poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Lorde - Melodrama (2017)




Po czterech latach od debiutu ówcześnie jeszcze nastoletnie dziewczę, dzisiaj już dojrzewająca w szybkim tempie kobieta wraca z nowym albumem, a oczekiwania co do jego jakości ogromne, bo czysta heroina nie tyle wprowadziła ją z dużym rozgłosem na salony, jak z hukiem ogromnym wyważyła do nich drzwi pozostawiając zapewne konkurencję tam wygodnie zasiadającą z mocno rozdziawionymi ze zdziwienia mordkami. Pytanie zatem oczywiste, czy Lorde spełniła pokładane w niej nadzieje i czy można w tym miejscu zdecydowanie stwierdzić, że pozostała jedną z najjaśniejszych gwiazd sceny, która w perspektywie wielu lat może wyznaczać zakres trendów. Przede wszystkim Melodrama to krążek z pewnością świetnie wyprodukowany, pełny ciekawych, momentami bardzo świeżych chociaż niekoniecznie rewolucyjnych rozwiązań oraz kapitalnej spójności pomiędzy dźwiękami, a bogatą w szczegóły interpretacją wokalną. Zarówno sporo tutaj potencjalnych hitów, jak i numerów które ambitnych artystycznie zwolenników intelektualnego popu zadowolą - pobudzających emocjonalnie hipnotycznych perełek flirtujących z całą paletą brzmień z pogranicza elektroniki kojarzącej się zarówno z indie rockiem, trip hopem, jak popem o czysto ejtisowych syntezatorowych proweniencjach. Album zdobny jest masą intrygujących bitów, odgłosów, pogłosów itp. wprowadzających tajemniczy klimat i podkręcających dramatyzm zabaw muzyczną materią oraz wpadających w ucho, mimo tego nie takich oczywistych refrenów. Odpowiedź na pytanie z początku refleksji jest chyba już oczywista, znaczy Lorde bezsprzecznie poszła za ciosem i przygotowała materiał, który niczym nie ustępuje debiutowi i chwilami nawet z nawiązką przynosi fanom oczekiwaną satysfakcję, szczególnie gdy w Writer in the Dark zaciąga niczym legendarna Kate Bush, ubarwia konstrukcje kompozycji dęciakami w Sober, silnie akcentuje charakter w Sober II, czy rozsiewa urzekający czar przy akompaniamencie pianina w Liabillity. Natomiast czy zgodnie z przewidywaniami Dawida Bowiego będzie "przyszłością muzyki", nie mam jeszcze do końca takiego przekonania. Życzyłbym sobie jeśli to możliwe, by mainstream nie wchłonął jej nazbyt szybko i nie zepsuł czyhającymi w tym środowisku pokusami. Talent w niej pulsujący intensywnie, możliwości ogromne i tylko od tego jak silna jej konstrukcja psychiczna i odporność na wpływy niekorzystne zależy jej miejsce w historii muzyki popularnej. Wbrew pozorom uważam, że niekonwencjonalny pop zawsze na propsie, że tak się lansersko wyrażę. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj