poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pearl Jam - Ten (1991)




Przyznaje szczerze, iż jedynka ekipy Eddie'go Veddera po autentycznym przez lat kilka w niej się zatraceniu przez spory okres późniejszy nie pojawiała się albo wcale, albo też z rzadka bardzo gościła w moim odtwarzaczu. I niezrozumiałe to dzisiaj dla mnie, gdyż odnowiwszy czas jakiś temu głęboki z Ten związek uczuciowy, w przekonaniu moim stanowi on jeden z najwybitniejszych krążków w historii rocka. Jedenaście niewątpliwych przebojów, klimat początku lat dziewięćdziesiątych perfekcyjnie oddających, pełnych emocjonalnej ekspresji raz łkającego innym razem wyrywającego z trzewi głębokie tony Veddera. Album płynie niczym malownicza rzeka, raz wartko innym razem leniwie, zawsze jednak pozostawiając ślad wyraźny w duszach tych co na przygodę tą intensywną się zdecydowali. Skondensowany to w ponad pięćdziesięciu minutach manifest pokolenia, które łącząc w estetyce dźwiękowej wpływy klasycznego rocka z lat siedemdziesiątych z energią i żywiołowością punku oraz echami twórczej progresji i art rocka, współtworzyli znienawidzony przez thrashowe środowisko flanelowy grunge. I chociaż motoryczne patatajki i perkusyjne kanonady thrashowe szanuje, a kilka tej rewolucji muzycznej wytopy wręcz wielbię nigdy zgonu konwencji tej nie wiązałem z modą na grunge. Bardziej skłonny osobiście byłem/jestem zmarginalizowanie jego roli na karby naturalnego zmęczenia materiału złożyć niż przypisywać działalności takich formacji jak Soundgarden, Alice in Chains, Nirvany czy właśnie Pearl Jam.  Zmieniły się czasy, surowa estetyka pokolenia siarczystego wygaru nie wystarczała już do wyrażenia psychiki ówczesnych smarkaczy i tak w miejsce bezpośredniego wyszczekania niezgody, szokowania lekceważeniem norm, wdarły się zdecydowanie bardziej subtelne w poetyckim swoim wymiarze dźwięki Pearl Jam i im podobnych. W tym jednak oryginalność i magnetyzm twórców Ten, iż charakterystyczna, śpiewna niezwykle wokalna maniera introwertycznego ich wokalisty wymusiła w sposób naturalny w kompozycjach szlif o niemal balladowo-folkowej aurze. Dzięki niemu mam przyjemność kosztować takich perełek jak Black, Jeremy, Garden, Release czy Oceans. Absolutnych majstersztyków młodzieńczej niewinności i naiwności, wiary w możliwość zmiany tego cynicznego świata, poruszających intensywnie hymnów stworzonych dzięki niepowstrzymanej energii kreacji. I patrze sobie teraz na współczesną młodzieżową kulturę popularną i dreszcz niepokoju prawdziwy mnie przeszywa, gdyż ocenie mojej coraz bliżej starców jeszcze niedawno znienawidzonej gadce, że dzisiejsza młodzież już niewiele warta. Trudno bowiem nie ulec wrażeniu, iż bunt w popkulturze obecnej to tylko i wyłącznie kontestacja bez jakiejkolwiek pozytywnej alternatywy, takiej o konstruktywnym przesłaniu - budować lepsze jutro nie pomagająca, tylko skomleć potrafiąca na psychoterapeutycznej kozetce lub niszczyć w bezwartościowym szale. Albo taka autentyczna rzeczywistość albo przemyślenia moje zwyczajnie naftaliną śmierdzieć zaczynają! :)

P.S. Wiem - na szczęście nie tylko popkulturą dzisiejsze małolaty żyją, underground więcej pozytywnej energii ma do zaoferowania. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj