poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Seven / Siedem (1995) - David Fincher




Siedem grzechów, siedem dni - dwie godziny zagryzania pazurów w fotelu. Kawał to historii kina dla mnie, szczególnie, że dla mrocznej, nastoletniej duszy ten surowy, ciężki jak diabli thriller zaiste intrygującym przeżyciem był. Wszystko tu wtłoczone bezbłędnie w punkt, że siedem głównych walorów siódemki wyliczę! Raz! Napięcie permanentne - główny walor kapitalnego, wzorcowego kryminału/thrillera, nie wyłącznie do samego pozornie kluczowego śledztwa się odnoszące. Ono w samych bohaterach, ich osobowościach, psychice bólem przesiąkniętej ukryte. Dwa! Scenariusz nieszablonowy, zagadka wciągająca, zaskakująca w przebiegu, odkrywana stopniowo i kulminacją opad szczęki powodująca - pełna detalicznej szczegółowości. Trzy! Klimat  mrokiem, duszną atmosferą przytłaczający, istotną rolą deszczu zmywającego brud i brutalność otoczenia chłoszczący. Cztery! Aktorski kunszt weterana Morgana Freemana doskonale doświadczeniem i dojrzałością zawodową Kevina Spacey i świeżością ówcześnie wschodzących gwiazd w osobach Gwyneth Paltrow i Brada Pitta wspomagana. Pięć! Postaci dramatu tego - scenarzysty perfekcją, skrupulatnością opisane. Każda wyjątkowa z bagażem doświadczeń, własną zagmatwaną historią na teraźniejszy stan psychiczny wpływającą. Sześć! Dźwiękowa oprawa od otwarcia łamiąca schemat orkiestrowych, podniosłych hymnów, niepokojącymi, trwożącymi, aranżacją surową stopionymi odgłosami zastąpiona. Siedem! Scenografia kapitalną pracą kamery, zdjęć maestrią uchwycona, sama w sobie bezbłędnie jedną z głównych ról w obrazie odgrywająca. Zamykając analizy przymiotnikami zdominowane tu złożoność tego dzieła iście oszałamiająca, a  smakowanie wszelakich szczegółów szczodrze występujących pomimo wieloletniego już z dziełem tym obcowania nadal fascynująca. I tu tezę odważną postawię, iż walor decydujący z perspektywy w tym, iż ząb czasu w jakimkolwiek stopniu nie nadgryzł wartości i atrakcyjności siódemki. Ona oczywiście w prostej linii perfekcji całościowej obrazu następstwem. I być może ci nieszczęśnicy fasadowo spostrzegający, jednowymiarową dla nich, spektakularnymi morderstwami przesłoniętą wartość obrazu Finchera konstrukcję, w nim właśnie początek trendu na obleśną retorykę w kryminałach upatrują. W żaden sposób jednak w subiektywnym moim przekonaniu kicze typu Pił startu do historii detektywów Somerseta i Millsa nie mają - one przy niej niczym wydmuszka u boku jajka faberge.

P.S. Powyższe rozważania sponsorowała cyfra 7 - taki miałki żarcik na koniec! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj