czwartek, 23 lipca 2015

J. Edgar (2011) - Clint Eastwood




Biograficzny obraz ze spektakularną historią Stanów Zjednoczonych w tle. To robi wrażenie i każe wyrazić spore uznanie zarówno dla Eastwooda za atrakcyjną formę jak i dla dokonań postaci jaką zechciał fabularnie przybliżyć. Kilkadziesiąt lat na fotelu szefa Federalnego Biura Śledczego w obliczu różnorodnych perturbacji politycznych to nie lada wyczyn. I w tym miejscu prawie całkowicie kończy się me uznanie dla Johna Edgara Hoovera, bo zdając sobie sprawę z cech jakie musi posiadać człowiek tak długo piastujący kluczowe stanowisko, okoliczności społeczno-politycznych w których funkcjonował i przede wszystkim właściwości brutalnie cynicznego świata polityki to trudno w takich uwarunkowaniach być zwyczajnie szlachetną postacią. Eastwood z właściwym mu, pozbawionym jednowymiarowości spojrzenia oglądem historii i współczesności ukazuje człowieka pełnego sprzeczności. Pisząc zrozumiale, używając określeń bezpośrednich z konotacjami religijnymi o wartościowaniu decydujących - ani dobrego ani złego. Posiadającego mnóstwo zalet i jednocześnie równie znaczącą ilość poważnych wad. Bo to (trzeba uczciwie przyznać) człowiek z jasnymi zasadami, praktyczny, poukładany, konsekwentny i staranny. Do tego wizjoner, pełen pomysłów wręcz rewolucyjnych, podchodzący do pracy z zapałem i pasją. Niestety jak się okazuje szalenie władczy i bezkompromisowy, kierowany chorobliwą ambicją, gigantycznym przekonaniem o nieomylności i obsesją nie tylko kontroli ale zwłaszcza pozostawienia na kartach historii własnego nieskazitelnego obrazu - legendy niekwestionowanej. Postać skomplikowana, niejednoznaczna u której wśród fundamentalnych przyczyn takich właśnie psychologicznych dyspozycji czy zachowań leży toksyczna relacja z matką. Wychowany bez ojca, przytłoczony przez dominującą osobowość matki, której światopogląd czy ideologiczne przekonania do bólu konserwatywne - dodatkowo bez opamiętania poddawany nadmiernym oczekiwaniom. Wytresowany przez rodzicielkę z głębokim przywiązaniem do niej ale i jednocześnie marzący o wolnym i nieskrępowanym manifestowaniu własnych poglądów czy orientacji seksualnej (sceny z nauką tańca i sukienką matki robią piorunujące wrażenie). Ten głęboko nieszczęśliwy mężczyzna, zawodowo osiągający szczyty w życiu osobistym pozbawiony własnej tożsamości niewolnik konwenansów i tradycjonalistycznej mentalności. Utajony homoseksualista paradoksalnie dla kamuflażu walczący ze wszelkimi przejawami inności i moralnego zepsucia. Z perspektywy sposobu lustracji postaci Hoovera mój szacunek dla Clinta Eastwooda wynika nie tylko z warsztatowej biegłości, intelektualnej błyskotliwości czy jego dorobku artystycznego - uznanie mu należne wiąże też z tym, że mając przekonania konserwatywne stać go na względnie krytyczne, rozsądne i racjonalne prześwietlenie ikon z którymi w fundamentalnych kwestiach zapewne się zgadza. Na miejscu byłoby teraz dosłowne zacytowanie pewnej niezwykle trafnej wypowiedzi Eastwooda. Mianowicie: "Jeżeli tym co  powstrzymuje cię przed byciem złym człowiekiem są nauki i przykazania religijne - już jesteś złym człowiekiem". Nic dodać, nic ująć!

P.S. Na marginesie jeszcze o dwóch rzeczach. Pierwsza do technicznej strony produkcji się odnosi - wizualnie świetny z jednym mankamentem, słaba ta charakteryzacja, szczególnie w przypadku postaci Clyda Tolsona. Mimika gumowej maski psuje nieco efekt i co przykre daje argument przy krytycznej ocenie. Drugie natomiast to skojarzenie jakiego nie jestem w stanie przemilczeć. Amerykanie mieli swojego Edgara, my mamy rodzimego Jarosława. Zbyt wiele tutaj zbieżności. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj