niedziela, 5 czerwca 2016

The Dillinger Escape Plan - Ire Works (2007)




Nie będę jednoznacznie określał miejsca Ire Works w dyskografii Dillingerów, gdyż zwyczajnie moja znajomość ich twórczości ograniczona do rozgryzienia, fakt detalicznego (bo jak inaczej wkręcić się w ich świat :)), lecz jedynie ostatnich trzech albumów, a wszystko co przed Ire Works to tajemnica jeszcze nadal dla mojej świadomości niezrozumiała. Wiem oczywiście, bo czytam od lat prasę branżową, że wraz z tym albumem doszło do istotnej roszady personalnej w szeregach Amerykanów i ona odcisnęła swoje piętno na powstałych kompozycjach, aczkolwiek już Miss Machine sugerowała odejście od wyłącznie połamanego mathcore’a w stronę aranżacji znacznie bardziej chwytliwych i wokalnej ekwilibrystyki korzystającej także z czystej barwy. To takie przekonanie nie wynikające z pełnej autopsji, a jedynie na opiniach tych, co się na działalności muzycznej ekipy z New Jersey znają bardziej. Ja Ire Works analizuje niejako na biegu wstecznym przez pryzmat wpierw One of Us is a Killer i Option Paralysis i na tym tle jest to album, który mógł obecny kierunek rozwoju zasadniczo narzucić. Pośród skomplikowanych matematycznych łamańców skrzętnie poukrywane zostały numery o ogromnym potencjale przebojowym, gdzie immanentny dla muzyków Dillingera szlif szalonych akrobatycznych wygibasów spięty został doskonałą aranżacyjną pracą (ba, pozwolę sobie ją nazwać sztuką) z pełną wyobraźni przestrzenią dla wokalnych popisów Grega Puciato oraz wirtuozerskich parad sekcji rytmicznej i gitarzysty. Muzyka jest ze swobodą puszczana w przeróżne rejony, a bogactwo wykorzystanych środków czerpanych z wielobarwnych stylistyk każe patrzeć na jej autorów z uznaniem. Idealnym przykładem symbiozy pomiędzy awangardą pokręconej technicznej kanonady i melodyjnym potencjałem niemal ocierającym się o pop będą Milk Lizard i Black Bubblegum, dodatkowo na potrzeby promocji krążka ubrane we wspaniałe klipy. Zresztą brak tu słabego kawałka, jakiejś zapchajdziury i nawet, jeśli część z kompozycji wymaga upartego rozkminiania by odnaleźć w nich ukryty zamysł to i tak wysiłek włożony w analizę i syntezę daje finalnie poczucie spełnienia, kiedy wszystkie klocki idealnie spasowane zaczynają tworzyć całość. Cieszę się ogromnie, że nie odpuściłem, kiedy chemii pomiędzy mną, a Dillingerem nie było. :)

P.S. Na marginesie dodam, że kiedy w Horse Hunter pojawia się głos Brenta Hinds z Mastodon moje spełnienie jest już kompletne. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj