poniedziałek, 19 grudnia 2016

Snowden (2016) - Oliver Stone




O tym, iż Oliver Stone filmy ekscytujące robić potrafi z pewnością nie muszę przekonywać. Tyle, że jak niegdyś za złotego okresu swojej reżyserskiej twórczości kręcił wielowymiarowe dzieła, które oprócz podejmowania nośnych, częstokroć kontrowersyjnych tematów posiadały w sobie ogromną dawkę emocji, tak te nowe ograniczone zostały wyłącznie do rzetelnego, ale jednak opisywania rzeczywistości bez koniecznego emocjonalnego komponentu. Tak też spostrzegam najnowszy obraz mistrza, jako warsztatowo bezdyskusyjnie poprawną próbę fabularnego zagospodarowania interesujących zdarzeń, jednak bez intensywnie podkręcanych emocji i niestety z dosyć płytką psychologią kluczowej postaci. I jestem przy okazji refleksji z filmem związanych bardzo daleko od oceny poglądów politycznych Stone’a, które nie wydają się tak jednoznaczne jakoby histeria pewnych środowisk sugerowała. Ja zwracam przede wszystkim uwagę wyłącznie na fakt powiązany ze wzbudzaniem we mnie odpowiedniego napięcia, gdy opowiadana historia przez ekran z charakterem przepływa. Przykro mi, ale w moim przekonaniu utracił Oliver Stone w którymś momencie umiejętność w tworzeniu kina najistotniejszą. Uśmiercił w sobie instynkt, dar który dawał mu przewagę nad konkurencją. Poświęcił emocjonalną głębię i dramatyzm z niej wynikający na rzecz suchego, dokumentalnego rozwijania w sobie zamiłowania do roztrząsania wszelkich spiskowych teorii, tylko po to by udowodnić stawiane tezy, przekonać widza bez możliwości swobodnego subiektywnego odczytania i interpretacji. Faktografia jednostronna, beznamiętna perspektywa zdominowała przekaz, w którym sam człowiek zatracił swoją istotną rolę, bohater został potraktowany instrumentalnie i wiara w intelekt adresata postawiona pod znakiem zapytania. Ja po seansie nie odczułem jakiegokolwiek ukłucia, bo i za gardło złapany silnie nie zostałem i uczucia z trudem przełykanej śliny nie zaznałem. Daleko ma Snowden do szczytu jaki kilkukrotnie z przytupem Stone zdobywał i biorąc pod uwagę powyższe wady trudno rozpisywać się o postaci Edwarda Snowdena, kiedy brak emocjonalnej łączności z jego filmowym wizerunkiem. Na zasadzie bliższa ciału koszula, wolę gdy historia dotyka problemów mnie względnie dotyczących, a nie przekonuje do czegoś co wiem, że ma miejsce ale mój bezpośredni wpływ na zmiany jest niemal żaden. Ta współczesna, zakrojona na ogromną skalę manipulacja i inwigilacja to dla mnie zupełny kosmos – totalna niewiadoma i niezrozumiała etycznie forma wymuszania przekonań. Żebym źle nie został zrozumiany – jestem tych zjawisk świadomy, ale mam też pokorę wobec swojej niewiedzy. Nie mam zamiaru budować skomplikowanych wywodów, czy stawiać radykalnych tez dysponując strzępkiem wiedzy.

P.S. W fabule Stone zawodzi, natomiast w dokumencie triumfuje. Oglądana ostatnio Historia Stanów Zjednoczonych jego autorstwa to rzecz znakomita - przykuwająca uwagę nie tylko zawartością merytoryczną, śmiałymi tezami i przekonującymi argumentami oraz ogromem włożonej pracy czy konstrukcją, ale także od strony wizualnej osiągająca poziom efektowny. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj