poniedziałek, 12 grudnia 2016

Sully (2016) - Clint Eastwood




Nie mam po seansie niemal żadnych krytycznych uwag. Nie przychylę się do dosyć popularnych opinii, że wiekowy Clint Eastwood po raz kolejny wynosi na piedestał herosa rodaka i czyni to w typowo hollywoodzkim stylu. To fakt, że sławi postać bohaterskiego amerykańskiego pilota ale budując jego ekranową sylwetkę unika pustego nadęcia, wtłaczając w jego miejsce interesująco ukazaną psychologię osobowości oraz głęboko przeanalizowana całą gamę towarzyszących kluczowemu zdarzeniu okoliczności. Nie wiem ile w filmowym obliczu prawdziwego Chesleya Sullenberga, a ile interpretacji czy wyobrażeń scenarzysty i reżysera. Na ile jest to efektownie podbarwione i starannie wypolerowane jego oblicze, konstruowane notabene na podstawie książki napisanej przez samego zainteresowanego. Nie ma to jednak chyba dla mnie większego znaczenia, gdy Eastwood wyraża się z głębokim szacunkiem o wzorcu profesjonalizmu i opanowania, efektywnie taktem impregnowanego na medialny szum i chwilową sławę. Walczącego z klasą i powściągliwością o własny honor i zasady, takiego w odpowiednich sytuacjach zarazem skromnego i pewnego swej wartości. Kapitana w dosłownym znaczeniu tego słowa! Do końca odpowiedzialnego za osoby oddane pod jego opiekę, odpornego na presję, wyważonego i rzeczowego. Nie zrobił z niego posągowego bohatera, tylko człowieka z krwi i kości naświetlając precyzyjnie jego cechy charakteru i manifestując zarazem własne przywiązanie do uniwersalnych wartości, które w obecnej rzeczywistości są zadeptywane przez pęd ku sławie za wszelką cenę, mechaniczne i pozbawione człowieczeństwa działania proceduralne i szarlataństwo bezwartościowych hipokrytów. Za to między innymi pomimo braku jednomyślności w kwestiach politycznych jestem ikonie kina wdzięczny. Mistrzowi, który dysponuje przenikliwości spojrzenia i odpowiednim dystansem potrafiąc do kina mainstreamowego przemycić wartości i unikając nadmiaru egzaltacji. Trafić w sedno od strony merytorycznej i artystycznej oraz przekonująco dla widza zrobić po prostu atrakcyjny film. Trzymający w napięciu, z żywymi emocjami oraz o ciekawej konstrukcji nawet wtedy gdy historia człowiekowi znana i wie on jaki ciąg zdarzeń będzie prowadził do finału. Te wszystkie sceny krótkiego lotu, awarii, później wodowania i w konsekwencji ewakuacji podczas akcji ratunkowej to modelowy przykład sytuacji kiedy widz w fotelu czuje realny przypływ adrenaliny i nawiązuje silną więź empatii z głównymi aktorami wydarzeń. Tutaj właśnie odczuwalna była namacalna dramaturgia pozwalająca na zrozumienie, iż pasażerowie i załoga stanęli oko w oko ze śmiercią, a na rzece Hudson doszło do "cudu". Cudu którego architektami zawodowcy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj