niedziela, 29 czerwca 2014

High on Fire - Snakes for the Divine (2010)




Zamiaru nie mam kreować się na wieloletniego fana działalności muzycznej Matta Pike’a i pod szyldem High on Fire funkcjonującej jego załogi. Bo zwyczajnie dopiero przy okazji krążka z 2012 roku, intrygującym tytułem opatrzonego, bakcyla na tego rodzaju młóckę złapałem. Szczerze mówiąc gdzieś kiedyś przy okazji Blessed Black Wings ich już próbowałem, jednak na owe czasy zamętu w mojej świadomości nie poczynili skoro kolejne dwa albumy bez echa całkowicie dla mnie przeszły. Jednak co się odwlecze to nie uciecze jak słynne przysłowie prawi i wrzucając bieg wsteczny po kolei dyskografie High on Fire studiuje. Dziś wedle standardów chronologicznych słów kilka o płycie, co bezpośrednią poprzedniczką De Vermis Mysteriis. Może ona jakichś niezwykle przychylnych recenzji wśród twardogłowych zwolenników formacji nie zebrała - bo niby bardziej melodyjna z mniejszą zawartością gruzu w gruzie w stosunku do starych albumów się jawiła. Ja jednak zbytnio tej chłodnej oceny zrozumieć nie potrafię, bo z subiektywnego punktu widzenia to dla uszu moich kawał świetnej muzy, opartej na mocarnej konstrukcji rytmicznej gdzie basowo-perkusyjny szkielet kruszy mury intensywnym doładowaniem. Ale ja stosunkowo świeżym słuchaczem twórczości High on Fire jestem i pewnie brak mi odpowiedniego doświadczenia i perspektywy sentymentem do pierwszych wydawnictw kierowanej. ;) Znaczy z innego pułapu startowałem, bardziej gotowy na zabawę melodią w obrębie firmowego dla grupy łojenia jestem. Stąd przykładowo takie numery jak Frost Hammer, Bastard Samurai, How Dark We Pray czy okraszony niemal maidenowskimi gitarami wałek tytułowy łykam bez popitki, stawiając je na równi z kompozycjami z De Vermis Mysteriis. Nie odczuwam jakiegoś zażenowania z powyższej tezy wynikającego, nie mam poczucia przepaści, jaka dzieli obydwa krążki – żadnej dysproporcji między nimi nie słyszę. Snakes for the Divine kapitalnie broni się świetnymi kawałkami, w odpowiednim stężeni dawkującymi jad z gitarowego zgiełku się sączący, przy odpowiednim jednocześnie natężeniu ciężaru mocarnego wiosłowania. Jest szybko, agresywnie i brutalnie rzecz jasna, ale i riffy równie efektownie do doomowej miazgi kreowania są zaprzęgnięte. I co najważniejsze toporność z gatunkowej przynależności wynikająca tutaj absolutnie do głosu nie dochodzi. Po wielokrotnym z płytą stosunku ;) nadal odczuwam do niej pociąg i zupełnie ona na swej atrakcyjności nie traci. Znaczy się ma w sobie to coś, co ciągle w orbicie swojej mnie, jako słuchacza utrzymuje. Za to szacunek niewątpliwy ekipie amerykańskich łomignatów się należy.

P.S. Teraz czekam na ataki radykałów, że chuja się znam na HoF twórczości! ;) :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj