poniedziałek, 30 czerwca 2014

Philadelphia / Filadelfia (1993) - Jonathan Demme




AIDS z angielskiego, Acquired Immune Deficiency Syndrome - zespół nabytego niedoboru odporności, końcowe stadium zakażenia wirusem HIV. Coś dziś cicho się zrobiło w tym temacie, jakby problem został opanowany lub zanikł całkowicie. A jeszcze czas jakiś temu, temat to był co burzę wokół siebie wywoływał, zarówno w wielu krajach globu jak i na naszym rodzimym podwórku, że przypomnę tylko głośne protesty przeciwko inicjatywom Marka Kotańskiego, który w owym czasie jako nieliczny podał pomocną dłoń zakażonym. Współcześnie inne ważkie problemy zaprzątają ćwierć umysły tych co tak ochoczo protestują z krzyżami czy innymi atrybutami władzy niebieskiej. Rozumiecie ;) ta współczesna cywilizacja śmierci tak w otchłań nas prowadzi, zabierając nam resztki ludzkiej godności, że przy nich inkwizycja czy inne energiczne ruchy instrumentalnie religię traktujące to takie popierdółki. :( Wszystko dla mojego dobra i dobra twojego! A i oczywiście twojego i nawet twojego zboczeńcu, lewaku, ateisto, satanisto itd. itp. Przecież tych co trzeba nawracać, znaczy hołoty co zamiast przykładnie hipokryzję metodą czynić skłania się ku racjonalnym ideom mrowie. Oni zagrożeniem, oni zepsucie i zgorszenie sieją, a samozwańczy rycerze pana oczywiście biernie temu przyglądać się nie mogą. Miłosierdzie im kierunek wskazuje, praktyczny wymiar w ich działaniach przyjmując. Biorą zatem w swe ręce sprawy i gorącym żelazem zarazę próbują wypalić, infekcję jaką myśl człowieka wolnego od zabobonów, tego co naukę prawdziwym źródłem czyni, usuwają. Nic to nowego jak historia uczy, to działania co wyłącznie do bezsensownej nienawiści prowadzą poklask półgłówków zdobywając, podziałów są powodem i agresji w tfu! szczytnym celu! To wszystko powyżej sarkazmem w większości przeżarte, wyjaśniam by nie być błędnie zrozumianym! Wiem odrobinę przydługawy i banalnie natchniony ten wstęp do refleksji wokół klasyka kinematografii. :) To już ponad dwadzieścia roczków, od chwil gdy Filadelfia sporo zamieszania wywołała. Lata minęły, a obraz ten nadal wyjątkowym przeżyciem, bo z klasą nakręcony, z dobrym warsztatem aktorskim i przede wszystkim treścią. Składniki powyższe sprawnie wymieszane i przyprawione odpowiednio, pewność dają otrzymania potrawy wartościowej, smacznej, estetycznie podanej i treściwej. To kino z czasu perspektywy bliźniacze produkcjom takim jak Erin Brockovich - dramat sądowy typowo po amerykańsku podany, czyli w odpowiednim natężeniu patetyczny, politycznie poprawny ale przede wszystkim szczęśliwie o ważnym problemie traktujący. Przez to ten patos bardziej strawny, a poprawność w obrębie przekonań do zrozumienia. W skrócie, schemat maluczki vs. gigant, człowiek jako instrument do osiągania korzyści materialnych, tryb w machinie korporacyjnej i jego bezużyteczność gdy problem się pojawia. A w jego tle w jaskrawym świetle ukazana, stygmatyzacja, arogancja, hipokryzja, kariera i ryzyko, no i przede wszystkim nagle homoseksualizm jako główne zagrożenie - jakby gejów w starożytności czy średniowieczu nie było! :( Kontrowersyjna bomba bardzo wysoko kaloryczna, taka co wzbudza szeroką gamę odczuć. Ona burzy krew, podnosi emocje, wzrusza i porusza ale i pobudza krytyczne przekonania nie tylko wobec tych antybohaterów. Każe się zastanowić nad złożonością ludzkiego życia, konsekwencjami decyzji i zachowań ryzykownych. Nic nie jest kontrastowo czarno - białe, człowieka przekonania ewoluują lub dewoluują, oceny się zmieniają, a wątpliwości pobudzają do zadawania pytań. Tylko ta droga jest słuszna, niestety jak się wokół siebie rozglądam to ponadczasowość w stwierdzeniu Bertranda Russella dostrzegam, iż smutne to, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj