czwartek, 21 sierpnia 2014

The Queen / Królowa (2006) - Stephen Frears




Mieszane odczucia, mętlik po trosze w głowie bo ocena tego obrazu ewoluowała wraz z płynącymi przed oczami kadrami. Dlaczego się zawiodłem i jestem usatysfakcjonowany jednoczesnie! Co w nim tak niezwykłego, że jednoznacznej opinii wyrazic w stanie nie jestem? Bo był tak sztampowo zrealizowany, zachowawczy w formie, że aż nudny - niczym produkcje telewizyjne o rzecz jasna okrojonym budżecie. Bo odczucie śledzenia jakiejś brukowcami inspirowanej paplaniny odniosłem, jakoby przeglądanie plotkarskich mediów. W głowie usadowiło się przekonanie, że naturalnie jakiś Brytyjczyk musiał te wydarzenia zekranizować, a padło na akurat Frearsa. To jak w naszym grajdołku ciśnienie wymuszone by fabularną relację z katastrofy Tupolewa wyprodukować. Nie mówiąc już (tu bluźnierstwo ;) ) o hymnach pochwalnych jakie z impetem po śmierci Wojtyły rynek filmowy zalały. :( To taka na marginesie uwaga, a wracając do obrazu Frearsa - racjonalna, rzeczowa ocena działań ginie, szczególnie gdy postać ze świecznika w mniej lub bardziej tragicznych okolicznościach "ziemski wymiar" opuszcza. Diana oficjalnie dla społeczeństwa i w rodzinie, księżniczka ludzkich serc w tabloidach, w oczach przeciętnych poddanych i dziewczyna z plebsu wśród wyobcowanej elity, w groteskowym kokonie przywilejów ale i nad wyraz wyśrubowanych oczekiwań. Jak żyć w tak zmanierowanym, zimnym otoczeniu z maminsynkiem małżeństwo tworzyć. To jeden biegun relacji, z drugiej strony kobieta ikona, żywa historia, królowa, przywódczyni, głowa imperium, bez emocji na zewnątrz okazywanych, stanowcza i wymagająca. Ona standardy tworząca i nimi jednocześnie zniewolona presji pospólstwa łasego na tanią retorykę zostaje poddana i jej z godnością finalnie po części ustępuje. To zaleta największa  obrazu Frearsa, która poziom podnosi zdecydowanie, że obserwuję wyborną psychologiczną konstrukcję. Relacje na różnych płaszczyznach pomiędzy głównymi postaciami dramatu, ukazane przenikliwie i z klasą. Sugestywnie porywają sceny rozprawy o gabarytach jelenia, gdy z ekranu telewizora wyzierają wiadomości o rozpaczy społeczeństwa po śmierci Diany. Gdy Elżbieta II bardziej przejęła się upolowanym jeleniem niż zgonem matki swych wnuków czy kiedy przekonana o własnej porażce kwiaty od małej dziewczynki dostaje. To te smaczki zmieniają moje chłodne spostrzeganie The Queen pobudzone produkcyjną przeciętnością. Gdyby nie one wraz rzecz jasna z pierwszorzędnym warsztatem Helen Mirren, gdzie już po kilku minutach nie dostrzegałem różnicy pomiędzy postacią kreowaną, a rzeczywistą, refleksja moja byłaby na rozczarowaniu jedynie kreślona. Szczęśliwie Frears zadbał o castingowy majstersztyk, odnośnie głównych postaci (dobry Michael Sheen i przede wszystkim rewelacyjny James Cromwell) oraz pokazał smykałkę do umiejętnego odzwierciedlenia złożonych relacji i uwarunkowań psychologicznych. Tym sposobem honor jego został uratowany. :)

P.S. Ja tu się tak ekscytuje, a pytanie podstawowe brzmi! Na ile obraz postaci jest realistyczny, na ile relacje są trafnie ukazane, a wydarzenia zgodnie z rzeczywistością zinterpretowane. Kto by tam ekipę filmową na monarsze salony wpuścił i z takimi detalami zapoznał! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj