poniedziałek, 30 września 2024

High Parasite - Forever Burn (2024)

 

He he - pozwolę sobie zarechotać, gdyż jak sobie pomyślę co sobie myślę, to taki rechocik niepoważny, ale nie złośliwy nazbyt, mi się na mordce pojawia. Rzecz o sytuacji i reakcji - sytuacji obiektywnej, reakcji subiektywnej, nie wykluczonej iż też nie powszechnej na premierę tegoż poddawanego teraz refleksji projektu. Za jego sterem stoi Aaron Stainthorpe, czyli nie kto inny tylko wokal niestrudzonego My Dying Bride i rzecz jasna najbliższych braci towarzyszących sukcesowi Paradise Lost z czasów początkowych najtisów, kiedy obie formacje siedziały w czystym doomie gotyckim. Znający temat wiedzą, nieznający pewnie pokojarzą, jeśli są zainteresowani. Szkopuł główny tkwi mianowicie w tym (i on mnie tak bawi), iż Aaron wraz z kompanami w 2024 roku nagrał album jako żywo kojarzący się z "paradajsowym" okresem przejściowym, kiedy ekipa Mackintosha i Holmesa wydała One Second, a tym samym została już wówczas przez szalikowców twardego smęcenia wyklęta - zanim jeszcze postanowiła zostać nowymi ziomalowymi depeszami. Prawda że fajnie historia, niekoniecznie to samo, ale jednak koło zatoczyła, gdy wiedzieć iż Paradise Lost ostatnią dekadę na pełnej spędził na trudach powracania do łask radykałów, a dodatkowo równolegle wspomniani powyżej paradajsowi Panowie wydali przed umownie chwilą krążek pod szyldem nawiązującym do najbardziej swego czasu ich albumu przeklinanego. Fajnie, paradoksik goni paradoksik, a żeby dolać jeszcze więcej oliwy do tejże niegroźnej beki (uwaga!) ja uważam, że Forever Burn zjada fajną chwytliwością i (uwaga, uwaga!) szczerością krążek sygnowany logiem Host, chociaż tak jeden do jednego nie można ich stylistycznie do siebie przykładać. Pierwszy jest po całości quasi depeszowy, drugi natomiast po całości quasi paradajsowy z okresu pół depeszowego, pół inspirowanego sceną reprezentowaną tak przez The Sisters of Mercy czy Fields of the Nephilim. Fajnie, fajnie - pośmiałem się, a teraz powaga - chociaż trudno tak zaraz. High Parasite jest niedzisiejszy i absolutnie nie proponuje nuty z jaką dzisiaj identyfikacja dodaje nawet podstarzałym przedstawicielom mojego metalowego pokolenia punkty do statusu. Przecież mamy do czynienia z poniekąd spopowiałym metalowym rock'n'rollem, podbijanym intensywnie mrocznym klawiszem i korzystającym wokalnie obficie z mieszania ryku z grubymi czystymi tonami. oraz damskimi chórkami. Tylko jedno gatunek muzyczny, drugie jakość jego wykonania. Ja uważam, iż High Parasite nie ma się czego wstydzić i gdyby Aaron uczynił to mocno przed laty, mógłby poczynić na scenie zamieszanko. Dzisiaj rzecz jasna traktuję ten debiut jako fajną ciekawostkę i dowód na to, że nieźle się stylistyczne losy plotą. :)

niedziela, 29 września 2024

Weather Systems - Ocean Without A Shore (2024)

 

Szczerze? Jakby nie inaczej! Uważam iż Anathema na każdym etapie była wielka, a im dłużej pozostaje w zawieszeniu, tym jej brak naturalnie dotkliwszy i nadzieje mniejsze. Teraz dodatkowo po wydaniu przez Daniela Cavanagh albumu pod szyldem jawnie nawiązującym do jednego z krążków swojej macierzystej formacji to przekonany jestem, iż jej powrót stanął pod krytycznym znakiem zapytania. Pamiętając iż brat Vincent też coś indywidualnie kombinuje i dał niedawno znać o tym publikując epke własnego projektu. Także na horyzoncie bodaj długograj The Radicant, a w odsłuchu od dwóch dób u mnie Ocean Without A Shore Daniela. Przyznaję się jednak iż spisując na bardzo gorąco własne w debiucie Weather Systems przemyślenia pozostaje niejako w całkiem sporym szoku, bowiem nie liczyłem po zapoznaniu się jakiś czas temu z pierwszym singlem na materiał który moją uwagę na sto procent stu procent możliwych przykuje, to i nie mam większej wiedzy z kim akurat Daniel dokładnie nad Ocean Without A Shore współpracował. Proszę o wybaczenie, nie jest to teraz akurat takie najważniejsze, kiedy muszę odszczekać poniekąd swoje przekonanie, iż w The Radicant pokładałem większe nadzieje, a projekt Daniela ze względu na wtórność uznałem za mniej interesujący. Dzisiaj ja od 48 godzin wgłębiam się w jego premierowy album i jestem pod wrażeniem - wrażeniem chyba jeszcze większym niż te dziewięć indeksów, faktem iż tak bardzo potrzebowałem nowej płyty "Anathemy". :) Sytuacja jest jednako mocno skomplikowana, bowiem iż Ocean Without A Shore jest znacznie fajniejszy niż oczekiwałem i potrafi mnie niezwykle na sobie skoncentrować, ale mam też pewne uwagi, a one odnoszą się niejako do brzmienia, jakie nazbyt sterylne, a w momencie wejścia intensywnych gitar bodaj za mocno skompresowane, a ja bym postulował aby taka nuta wybrzmiewała bardziej organicznie, w znaczeniu naturalnie. Być może to odczucie jedynie tymczasowe i jeszcze zanim tydzień od premiery minie zmienię zdanie, ale teraz jest tak a nie inaczej, więc donoszę. Dziwne jest jeszcze to, że kompozycje posiadają sznycik rzecz jasna wprost współcześnie anathemowy, a dwa spośród nich stanowią nawet udaną kontynuację klasycznych Anathemy utworów, lecz gdy tak je wszystkie obierać ze skórki, gdzieś brak im tego czegoś co sprawiało, iż klasyczne dokonania były najzwyczajniej pełne i głębokie, a obecne pod nowym szyldem i z ograniczonym wkładem osobowym robią wrażenie właśnie pozbawionych zespołowego oddziaływania tak przy pierwotnym komponowaniu jak i dopieszczaniu podczas prób. To zdaje się powoduje moje lekkie wahanie i zdystansowanie, jakbym jednak bardzo nie mógł chwalić tego co wyobraźnia muzyczna Daniela mi zaoferowała. Poza tym Ocean Without A Shore trudno mi odbierać jako wprost Anathemy kontynuację, bowiem forma jej zawartości znacznie lepiej pasowałaby gdyby powstała być może oczywiście w okresie po wydaniu krążka do którego szyld projektu starszego z braci nawiązuje. Tutaj, w miejscu po ewentualnej reaktywacji widziałbym kierunek proponowany przez The Radicant - słysząc też że część z pomysłów Daniela nie boi się intrygującej elektroniki. Ona jest, ona ma wpływ, tak jak i puls podskórny, ale przede wszystkim gra tu postcrockowy, quasi floydowy i silnie orkiestracjami z parapetu przesiąknięty, osłuchany styl z przełomu 2010-2014 anathemowej dyskografii. 


P.S. W sumie to wiadomo, gdyż wynika samo z siebie, ale dodam posiłkując się minimalnie sparafrazowanymi słowami twórcy, iż ta płyta jest bardzo bezpośrednia, szczera i płynąca z serca – zabiera w podróż z kilkoma bardzo osobistymi, intensywnymi, emocjonalnymi utworami, będąc duchową, pochodząc z wyższego miejsca, więc powinna poruszać. 

sobota, 28 września 2024

Kaibutsu / Monster (2023) - Hirokazu Koreeda

 

Wychodzi od wątku zwodniczego, a przynajmniej nie będącego w dalszej fazie tak oczywistym jakoby się zdawało na początku, kiedy wydanie prostego osądu jest jak najbardziej uzasadnione. Dzieje się coś niepokojącego z dojrzewającym chłopcem i matka próbuje dociec co jest przyczyną narastających problemów, a owo dociekanie nawiasem mówiąc odbywa się w dość specyficznym klimacie teatralnej nieco pokory - rozumiem że rzecz jasna charakterystycznym dla obyczajowości kraju kwitnącej wiśni. Kiedy jednak widz buduje sobie na fundamencie dostępnej wiedzy już całkiem wyraźne przekonanie, nagle następuje coś w rodzaju zmiany kąta spojrzenia i na jaw zaczynają wypływać fakty jakich z dotychczasowej perspektywy poznać nie byliśmy w stanie, gdyż oto każdy ma swój punkt widzenia i swoje ograniczenia wynikające z niemożliwości uczestniczenia w wydarzeniach bezpośrednio, a wyciąganie wniosków następuje li tylko naturalnie na podstawie dostępnej wiedzy interpretowania. Spoglądamy zatem na historię oczami trzech głównych jej bohaterów, przy czym ta najbardziej istotna, bowiem dziecięca perspektywa rozpoznawana jest przez pryzmat pary chłopców, którzy jak się okaże (stop, bez konkretnych spojlerów) ukrywają kluczowe tajemnicę i za sprawą ciekawie skonstruowanego scenariusza odsłaniają ją w ostatniej fazie obrazu. Obrazu który myślę opowiada przede wszystkim o różnicy spojrzeń pomiędzy dziecięcą i dorosła optyką, ale też stawia tezę iż tak jak sposób rozumowania i wnioskowania istnień młodych i dorosłych jest różny, tak dotykające ich problemy z odnalezieniem się w skomplikowanej społecznej rzeczywistości nie są już tak odmienne. Koreeda opowiada tą złożoną pozornie tylko, zwyczajną przecież życiową historię w immanentnym dla jego twórczości stylu, w którym wyczulenie na drobiazgi buduje tak wrażenie złożoności, jak i oddaje szeroko i głęboko sens i znaczenie procesów psychicznych i społecznych ich kontekstów. Ponadto Koreeda posiada ten dar, iż jego narracja jest zawsze subtelna i płynna zarazem, a scenariusz jaki opracowuje tym samym staje się mocno wciągającym i przyjaznym w przyswajaniu materiałem, bez względu na to jakby często nie był w swej istocie dosyć kontrowersyjny, w znaczeniu dotykający spraw o których dyskusja może być potencjalnie burzliwa. Tym sposobem w przypadku Monster, korzystając ze świetnego scenariusza, udowadniającego doskonały przegląd sytuacji i orientacje w problematyce, a dodatkowo z bardzo rzetelną stroną logiczną (przyczynowo-skutkową) powstał nie pozbawiony wyrazistych metafor przejmująco-wzruszający, bardzo ujmujący storytelling o sile pozoru, wobec niego bezsilności - ze względu na podniesiony powyżej brak możliwości uczestniczenia w decydujących etapach kształtujących się następstw, erudycyjny dokument tak o niebezpieczeństwie fałszywej interpretacji opartej na dostępnych skrawkach prawdy obiektywnej, jak i w pozytywnym jak najbardziej sensie mocy czystej empatii. Wszystkie całe to dobro do mądrej refleksji, osadzone na gruncie przyjaźni zrodzonej w obliczu niezrozumienia przez świat dorosłych i zagubienia w świecie rówieśników. Doskonała warsztatowo praca, finalnie osiągająca poziom jaki mogę śmiało nazwać najzwyczajniej niezwykle pięknym filmem.

piątek, 27 września 2024

Club Zero (2023) - Jessica Hausner

 

Pierwsza refleksja (trochę w związku, trochę nie - bo taka nadarzyła się okazja), że dzisiaj młodzi inteligentni, a tym samym współcześni myślę intelektualiści dzielą się poniekąd na: a) do obrzydzenia poprawnych politycznie, więc i małpujących niestety wszystkie nowe trendy postępowców i b) na karykaturalnie prześmiewczych, kontestujących i ironizujących wszystko i wszędzie (już na początku swojego życia zgorzkniałych) wyznawców sarkazmu praktycznego - w sumie z płynną i przenikającą się linia podziału pomiędzy nimi. Kolejne intrygujące wnioski już wprost powiązane z tytułem, a pośród nich między innymi konstatacje o przede wszystkim be konsumpcjonizmie, dyscyplinie vs. samodyscyplinie czy empatii wręcz groteskowej oraz poczuciu winy wywoływaniu - grzechu charakteru wdrukowywaniu. Bowiem nowe, starannie przemyślane i zaczepne dzieło filmowe Jessiki Hausner o patoświadomości opowieścią. O mechanizmie paradoksalnie szeroko otwartych oczu ale patrzących refleksyjnie w tylko jednym kierunku. Każda inna perspektywa totalnie ze świadomości wyrugowana, co tą jedyną słuszną czyni w zasadzie sekciarską. O tym głównie, ale nie jedynie, bowiem obok równolegle produkowane problemy tzw. wprost wynikające, a i tematykę bardzo mocno poszerzające, stąd poddać analizie Club Zero, to wpaść w otchłań niekończących się deliberacji wewnętrznych samego ze sobą i najgorzej zewnętrznej dyskusji z przedstawicielami innych perspektyw, nurtów światopoglądowych, wrażliwości czy najzwyczajniej różnych możliwości percepcyjnych, tudzież na perswazję poziomu podatności - bo Club dzieli i skłóca. Skomplikowana materia niby, a jednocześnie osadzona na fundamencie oczywistych metod i technik podszeptywania. Gdyż Club Zero pije do raczej oczywistości, czyli godnych potępienia bowiem ogromnie szkodliwych perfidnych mechanizmów oddziaływania, wpływania na postawy i przymuszania do nich podstępnie, korzystając z ideologii miłości, szantaży emocjonalnych czy stygmatyzowania. Posuwania się do granic absurdu z pełnym przekonaniem o szlachetnych i właściwych intencjach. Poddani owemu praniu mózgów niby przeżywają bo analizują, ale emocji nie znają. Zamiast czynić bardziej ich ludzkimi kreuje się egocentrycznych mechanicznych zombiaków, szczerze i narcystycznie przekonanych o swojej wyjątkowości na zasadzie wiem lepiej, bo zostałem oświecony co (powiedzcie mi) czy pozwala ich odróżnić od religijnych sekciarzy? To pytanie między innymi myślę bardzo skutecznie próbuje Hausner zadać i czyni owe o ekstremizmach w nieoczywistych kwestiach rozważania niezwykle interesującymi, szczególnie iż jej technika narracyjna to samo gęste. Kocham taką uroczo przerażającą kąśliwa metodę, z bardzo poważną miną w formie satyry uskutecznianą. Kocham ją za celne kłucie tam gdzie zero odporności na krytykę. Kocham za systematyczne popularne skrobanie marchewki i wzrok bardzo zdziwiony, gdy skrobany się odwraca z pretensją. Kocham poza tym za całokształt quasi "lanthimowskiej" maniery narracyjno-wizualnej i kocham za powyższe nawet jeśli uważam iż jest to strategia oparta na podglądactwie, ale podpatrywać i wzorować się jednako potrafiąc zrobić „swoje” przekonująco, to znacznie mniej gorzej niż szablonem próbować oddziaływać, lecz kompletnie bez intensywnego smaku i zapachu. Kocham za potężną dawkę sugestywnego chłodu, w scenach które podobnie jak u wspomnianego mistrza Lanthimosa ryją i rozsadzają banię oferując mi mega przyjemne przekornie odczucie. Kocham kocham kocham też w tymże akurat przypadku dlatego że paradoksalnie tak oburza nowoczesnych lewaków, którzy za cholerę dostrzec nie potrafią tak często własnego komizmu i z klapkami na oczach niby w postępowym baranim pędzie i z oślim uparciem realizują narzucając swoje niebezpieczne wizje w formie pomysłów, co niczym nie odróżnia ich od podobnie w sensie natężenia, choć w detalach oczywiście inaczej zatrważająco przezabawnej konserwy. Kocham wreszcie Club Zero za muzykę z tła - raczej mało standardowo opracowaną i polecam całościowo jako cudownie niepokorną lekcję jak odważnie obnażać niemal patologiczne odpały w środowiskach z którymi się w zasadzie utożsamiamy. Ja bym za ten film Hausner ozłocił, jednak jak widzę po reakcjach - radykalni czują się przez nią obrażeni, bo jak tak mogła!

P.S. Nawet szanowani postępowi światopoglądowo filmowi krytycy w większości nie byli na Club Zero gotowi - zastępczo zje**** za formę nie za treść, a przecież czuć w tym ich zje**** smrodek dochodzący od tego co ich naprawdę uwiera. Żałosne moi drodzy. :) 

czwartek, 26 września 2024

The Fortune / Fortuna (1975) - Mike Nichols

 

Zaczyna się takim jazzem swingującym jak niemalże każdy film szanowanego Woody’ego. Trochę to zwariowana komedia sytuacyjna z gatunku tych co królowały w latach pięćdziesiątych, a że Fortuna powstała już w ósmej dekadzie tegoż ubiegłego wieku XX, to też w swojej dekadzie musiała wyglądać nieco archaicznie, szczególnie gdy zauważyć że mniej więcej w tym samym czasie (dokładnie w chwilunię później) Nicholson zagrał u Formana w Locie nad kukułczym gniazdem. Wiadomo już co mam na myśli pisząc o archaicznym stylu, ale nie wyszło żenująco bowiem duet w postaci szarżującego Nicholsona i (jak go nie bardzo lubię tak tu mi gość leży) Beatty’ego Warrena daje radę i zapewne też widzowie gustujący w klasyce hollywoodzkiej w rodzaju Pół żartem, pół serio, czyli formuły „wilderowskiej” zostaną owinięci przez wspomnianą aktorską spółkę wokół paluszka. Fortuna ponadto dziwnie bardziej właśnie kojarzy mi się z charakterystyką filmów Billy’ego Wildera niż kinem Mike’a Nicholsa i to jest w sumie główna i paradoksalnie intrygująca jej cecha, jaka (uwaga pije do wstępu) co nieco może nawet przypaść do gustu za sprawą charakterystycznej maniery wielbicielom klimatu Allena, który zawsze świadomie swoje filmy sprowadzał do znamion quasi parodystyki hollywoodzkiego hitami sypania podczas owocnych lat pięćdziesiątych, czy po części nawet bardzo starej komedii przedwojennej. Tak jak widzę i słyszę tak piszę. Można się nie zgadzać, lecz przymuszać mnie do zmiany perspektywy nie radzę. :)

wtorek, 24 września 2024

The Pawnbroker / Lombardzista (1964) - Sidney Lumet

 

Bezwzględna rzeczywistość i upiorna przeszłość, w może nie najbardziej popularnym ale jednak potężnym klasyku amerykańskiego kina. Egzystencjalny przekaz w bogatym mądrością, dla koneserów kina kultowym dramacie osadzonym w warunkach biednej nowojorskiej dzielnicy, sięgający kontekstami daleko poza nią, ale i oddający celnie okoliczności miejsca, czasu i ludzi. Cała tutaj w tle dramatu bohatera menażeria cwaniaków, frustratów i biedaków z wyboru - mend i wyrzutków jak ich rozgoryczony, rozżalony określa. Jednak to co w niej kluczem i istotą, to przebijające wspomnienia w błyskowych retrospekcjach oraz doskonały Rod Steiger – fachowo przez speców od robienia twarzy postarzały w tej erudycyjnej rozprawie o człowieku cierpiącym, z sugestywnie mimicznie jałowym obliczem na zewnątrz, a wewnątrz z odbezpieczonym granatem samounicestwienia, jeśli tylko pozwoli sobie na chwile słabości. Człowieku uciekającym z premedytacją od uczuć, od ludzi - trzymającym się uzasadnienie od jakiejkolwiek więzi na kontrolowany dystans. Pozornie bez frustracji i gniewu, bez współczucia impregnowany na budujące emocje świadomie, nie wierzącym zastępczo w nic poza pieniądzem - przynajmniej w deklaracjach. Nie może on sobie pozwolić na chwile słabości, gdyż pęknie wewnętrznie, rozsypie się na tysiące nie do złożenia kawałków. Wielokrotnie kapitalny Sidney Lumet w potwornie duszny sposób o człowieku martwym za życia, trwającym w nieprzemijającej traumie Auschwitz. Nie zawsze rzucający na kolana Lumet, tym razem zamykający narrację porywającym, bowiem skumulowanym, puentującym, brutalnie dramatycznym finałem z "atonalnym" fusion jazzem Quincy Jonesa w tle. Powiesz o filmografii Lumeta że to prawda, dodasz jednak że awangardowy jazz i holokaust - no nie wiesz. Jeśli jeszcze nie widziałeś Lombardzisty zrozumiem. Jeśli... to nakazuję obejrzyj i zmień zdanie!

poniedziałek, 23 września 2024

The Wings of the Dove / Miłość i śmierć w Wenecji (1997) - Iain Softley

 

Ach te romanse wszystkie filmowe z każdej wdzięcznej kostiumowej epoki! Ach ten anturaż z dekoracji i scenografii - przedmioty, lokacje i ludzie zupełnie naturalnie niedzisiejsi. Jakby się chciało żyć w tych okolicznościach gdyby było się posiadaczem dobrze prosperującego, odziedziczonego rzecz jasna po ustawionych przodkach majątku. Gdyby się było arystokratą jeszcze lepiej o wyglądzie półboga i gdyby człowieka wreszcie w jego rzeczywistości nie trzymały wszystkie te nowoczesne gadżety ułatwiające funkcjonowanie i zapewniające rozrywkę w na przykład pełne słoty jesienno-zimowe popołudnia i wieczory. :) Ważne, oj ważne te związane z epoką warunki, bowiem tak samo Panie jak Panowie potrzebują pary - pary obowiązkowo z majątkiem. A już totalnie na serio pisząc - miłości lub pieniędzy chociaż, bo nie zawsze jedno łączy się z drugim, a najlepszy towar na rynku finansowym nie musi być tym najbardziej czarującym, z którym łączy intensywna chemia. Panienka i kawaler, obydwoje bez grosza, ale ona z rodzinnymi koligacjami, które w towarzystwie pomagają zaistnieć i dają szansę na dobre za mąż pójście. Miłość i nieuleczalna choroba, a wraz z nimi cierpienia serca i ciała - duszy wzloty i upadki. Tak w skrócie o fabule, w jakiej też zazdrość, wyzwalająca poczucie krzywdy, pomimo że zaaranżowanej. Namiętność i plan, a jak jest z planami zapytajcie jak będzie okazja najwyższego, ja widzę że bywa iż ich realizacja nie idzie gładko, bądź aktorzy tegoż spektaklu zmieniają zdanie, czy nie dźwigają wyzwania, tudzież po prostu los płata decydującego figla. Fakt, uczucia też potrafią zaskoczyć - bowiem panujemy nad nimi często jedynie pozornie. Dobre brytyjsko-hollywoodzkie kino jakie może wzbudzić sympatię wizualnie i scenariuszowo, a mnie najbardziej podobają się tutaj zdjęcia i ujęcia z perspektywy sufitu, które urozmaicają obraz, akurat w tym gatunku i tak bogato zdobiony barwą, kostiumami i rekwizytami.

P.S. Dla porządku jeszcze informacja - na na motywach powieści Henry’ego Jamesa ta miłosna rozgrywka.

czwartek, 19 września 2024

The Black Keys - Ohio Players (2024)

 

The Black Keys zawsze byli radio friendly, ale z tego co jako fan umiarkowany na ich płytach dosłyszałem, potencjał hiciarski często ograniczał się jednak do raczej kilku numerów, a często pośród indeksów znajdował się jeden tylko, który potrafił zawojować listy przebojów z intensywnością najwyższą. Powyższa uwaga w największym stopniu uzasadniona, bowiem najnowszy ich krążek może pochwalić się tak numerem bardzo mocno wypromowanym - Beautiful People (Stay High) - ale też nie mam odrobiny wątpliwości, iż dla odmiany (i to jest nowość) około dziesiątka z kawałków dałaby sobie radę w radiowych ramówkach, gdyby one oczywiście bardziej otworzyły swe podwoje na przebojowego piosenkowego pół bluesa, ćwierć soulu, ćwierć indie rocka. Nie twierdzę jednocześnie, iż Ohio Players jest mega łatwym do odtworzenia, nastawionym wyłącznie na chwytliwość albumem, bowiem tylko kompletny ignorant nie doceni tak bogactwa zagospodarowanych wypływów stylistycznych (bardzo bardzo na tak raperskie akcje i nawiązania do nuty z filmowej pulpy), jak i wysokich lotów umiejętności tak aranżerskich oraz warsztatowych duetu z Akron-Ohio. Najistotniejszym przecież walorem Ohio Players zdaje się być kapitalne wyczucie tematu, w sensie też groove oparty na świetnie nabijanym rytmie i zostających ze słuchaczem, tudzież zachęcających jego do bioderkami pogibania. :) The Black Keys zawsze był taneczny, ale z tego co jako fan umiarkowany na ich płytach dosłyszałem, potencjał do beztroskiego pobujania ograniczał się jednak do raczej kilku numerów, a często pośród indeksów znajdował się jeden tylko, który potrafił porywać do tanecznego szaleństwa z intensywnością najwyższą. :) Apeluję aby czytając te wypocinki mocno brać sobie do serduszka frazę "jako fan umiarkowany", bowiem nie jest to z pewnością odczucie fanboy'a. Ja pomimo że Ohio wychwalam, to i tak ponad The Black Keys wciąż wyżej cenię ich mniej znanych północnoamerykańskich ziomali z Kanady. Dla niewtajemniczonych, na myśli mam The Blue Stones - duet z Ontario.

środa, 18 września 2024

I'm Not There / I'm Not There. Gdzie indziej jestem (2007) - Todd Haynes

 

Bycza obsada mnie zaskoczyła, a znałem ze słyszenia tytuł i tytułu długo unikałem, gdyż odstraszała opinia o przeintelektualizowanej koncepcji, choć jakimś cudem nie wiedziałem że taka po byku liga tu występuje. :) Projekt bardzo oryginalny (niby dokument, a opowiedziany z aktorami, a nie autentycznymi bohaterami zjawiska) jakim folk rock rozpopularyzowany przez Boba Dylana. Niby na faktach z życia tegoż, ale co intrygujące nie potraktowanych tak dosłownie, pomimo iż w pewnym zagmatwaniu to zasadniczo ciekawie ubranych w połączone wątki z różnych miejsc, między innymi bluesowej czarnej Ameryki z lat pięćdziesiątych i londyńskiej sceny z kolejnej dekady. Te dwie polówki jednego jabłka mimo iż wizualnie zupełnie inaczej obrobione, to spajające się w jedną formę z merytorycznym klejem, lecz w sumie to jeszcze nie wszystko, bo postaci, a dokładnie wcieleń/interpretacji dylanowskich tej trochę tak, a trochę nie biografii wiele i za każdą kryje się nie tyle znany aktor lub aktorka, ale i sama przemyślana historia - może nie nazbyt szeroko przedstawiona, być może tylko liźnięta powierzchownie, jednako dla zrozumienia sensu ważna. Niestety plątanina mito-stereotypów i odsłanianych w formie interpretacji tajemnic związanych z osobą Dylana, a tym bardziej konwencja niejednorodnej narracji przeszkadza w jasnym zrozumieniu treści, więc i kogoś kto w detalach z życia bohatera niewystarczająco biegły może zmęczyć i sprowokować do zadania pytania - po cholerę aż tak mętnie? Z drugiej strony jeśli natomiast człowiek miłośnikiem twórczości króla uduchowionego i społecznie wrażliwego folku, to uzasadniona wątpliwość po cholerę tak o nim skomplikowanie, kiedy Dylan raczej w kierunku upraszczania, a nie nadinterpretowania w swojej sztuce podążał. Na szczęście atmosfera sporo chwil zagubienie wynagradza, bowiem jak na obraz o scenie muzycznej i muzykach z klimatem artyzmu i rockowej nonszalancji, z cały czas niemal równolegle do opowiadanej historii wizualnie podkręconymi kawałkami z gatunku może dać przyjemność na poziomie słuchu i wzroku. Mimo scen zainscenizowanych, też trochę w koncepcji optycznej archiwaliów, a te które nimi nie są, w wielu przypadkach takież też plastycznie przypominają. Zatem jako mało wkręcony w dylanowskie pieśni i życie, widzę i słyszę nie same plusy, nie wszystko ogarniając.

wtorek, 17 września 2024

Little Odessa / Mała Odessa (1994) - James Gray

 

Hollywoodzki, a jednocześnie depresyjny - co rzadko ze sobą w parze występuje, kiedy mowa o produkcjach dominującej w światowej filmowej branży fabryki mainstreamowych obrazów. Przygnębiający autentyzmem przyswajanych scen, które miały się szczególnie w ówczesnej świadomości mieszkańca Europy Wschodniej (transformacja - przemiany ustrojowe) nijak do jego wyobrażeń o krainie ze snów gdzieś za oceanem. Brighton Beach gdzie rozgrywa się akcja, nazywano niegdyś pieszczotliwie "małą Odessą", a po upadku ZSRR i napływie nowej fali emigrantów nad oceaniczną dzielnicę nowojorskiego Brooklynu ochrzczono "małą Rosją". Brighton Beach góruje nad Atlantykiem niczym Krym nad Morzem Czarnym, stąd bodaj oprócz dominacji przybyszów ze wschodniej Europy to skojarzenie. Jak daje do zrozumienia James Gray, toczyło się tam życie rozczarowanych niełatwą rzeczywistością i sprowadzonych nieczęsto do poziomu klasy najniższej (Joshua Shapiro w jednej ze scen żali się, iż jego rodzina w ojczyźnie była inteligentna), musząc zmagać się nie tylko z wyzwaniami związanymi z przetrwaniem w warunkach ustroju kapitalistycznego, ale także funkcjonować w towarzystwie rożnej maści drobnych i grubszych gangsterów – niby ziomków, ale wybierających łatwą drogę do pieniędzy i władzy. W tych trudnych, spowitych akurat mroczną zimą warunkach rozgrywa się dramat rodziny podzielonej, poddanej sprawdzianowi siły więzi i lojalności - rodziny dręczącej choroby i mrocznego balastu, które ją spajają, ale bardziej jednak antagonizują zarazem. Drugi film w karierze Jamesa Gray'a opowiada (to moje wrażenie, oczywiście nie doświadczenie) przekonująco szczerze o życiu tejże emigracji i światku przestępczym będącym tegoż życia elementem istotnie składowym. Opowiada technicznie sprawnie i narracyjnie wyraziście, a Tim Roth całkiem nieźle odnajduję się ze swoim osobliwie smarkatym obliczem fizycznym w roli zimnego mordercy. Najmocniejszy jest jednak tutaj finał, w którym muzyka chóralna charakterystyczna dla prawosławnego obrządku odgrywa niezwykle znaczącą rolę i wraz ze scenariuszem na wzór quasi greckiej tragedii z dodatkowo dla siły przekazu trafnie nie zamkniętym końcem, potrafi przyprawić o dreszcze podczas seansu i sprawić, że Mała Odessa jest niezwykle sugestywna. Ja akurat lubię gdy w kinie happy endom mówi się stanowcze nie!

poniedziałek, 16 września 2024

Presumed Innocent / Uznany za niewinnego (1990) - Alan J. Pakula

 

Klasyk zasłużony, obecnie jak donoszą portale kulturalne odgrzany pod postacią serialu, w którym Jake Gyllenhaal podobno jak Harrison Ford, Ruth Negga (mam oko od jakiegoś czasu) i Renate Reinsve (mam oko od niedawna) odpowiednio wcielające się w postaci odtwarzane niegdyś przez Bonnie Bedelie i Grete Scacchi. Oryginał więc sobie na tą okoliczność odświeżyłem, choć jako obsesyjny jedynie miłośnik za jednym posiedzeniem konsumowanego długiego metrażu, a żaden fan serialami zarywanych nocek zapewne tego nowego nie sprawdzę. Pretekst jednak bardzo szanuję, bowiem trwam w przekonaniu że Uznany za niewinnego to jeden z najlepszych obrazów szanowanego specjalisty od kryminalnych dramatów z wątkiem sądowym i sam w sobie niegdyś (za małolata sprawdzony) doskonały przykład ciekawego i angażującego kina z przełomu lat 80/90. Fundamentem fachowo skrojona kryminalna intryga, umówmy się raczej bez przegięć/pomysłów z sufitu w których autentyczność w odniesieniu do kontekstu trudno byłoby uwierzyć. Wszystko jest w nimże zadowalająco logiczne i zazębia się, bowiem po pierwsze w scenariuszu ważniejsza od fajerwerkami strzelającej wyobraźni jest przyczynowość reakcji, a po drugie natura ludzka i jej podatność na namiętności - mniej zdrowego rozsądku więcej reakcji chemicznych w mózgu określanych miłością, bądź trafniej pożądaniem. Słaby, podatny na kobiece walory facet i kobieta ambitna, a dalej po zawiązaniu akcji seria konsekwencji kiedy ktoś piękną i zaradną z ********* i **** urażonej (no tak) morduje. Ponadto z dobrym twistem obraz, a to nie zawsze takie oczywiste. Klasycznie udramatyzowane kino w eleganckim stylu i z oczywistym, a jednak tym razem zaskakująco dobrze widzem kręcącym najprzystojniejszym bodaj stolarzem/cieślą w historii Hollywood. Szacuneczek!

niedziela, 15 września 2024

The Men Who Stare at Goats / Człowiek, który gapił się na kozy (2009) - Grant Heslov

 

Nazwiska ach te nazwiska, one niby same nie grają, ale tworzą magię i jeśli dają z siebie chociaż połowę ze swego potencjału, to często wystarczy, a tutaj akurat są i grają w konwencji coenowskiej znakomicie. Gdybym nie wiedział kto stoi za kierownictwem realizacyjnym, to poniekąd pomyślałbym że to film braciszków Coenów, bo fajnie z przymrużeniem temat obrobiony i może taka hybryda się podobać, kiedy wspomniane aktorstwo kapitalnie z nią spójne. Dziennikarz wpada na trop eksperymentalnego oddziału wojskowego złożonego z żołnierzy posiadających rzekomo zdolności paranormalne i się cyrk z rozkminą na grubo zaczyna. Komedia szpiegowska raczej bez hamulców, bowiem abstrakcyjny humor wbija się w klimat pythonowski, więc albo lubisz albo w popłochu zanim ktoś nie zauważy że kompletnie nie trybisz zwiewasz. Bardzo zabawnie publicystycznie o problemach ówczesnego świata, jakie z dzisiejszej perspektywy były tylko preludium do wydarzeń z tu i tam teraz. Satyrycznie lecz nie dla wszystkich i w sumie jeśli mam być szczery, przyznając się do w stu procentach prawdziwych odczuć, to nigdy nie pałałem do bodajże jedynej długometrażowej próby reżyserskiej Faisiliego (Prawdziwe kłamstwa - tak Granta Heslova kojarzę) wyjątkową sympatią - mimo że ona w jakimś stopniu jako kultowa w swoim czasie funkcjonowała. Ja tak mam że Monty zasadniczo tak, a braciszkowie różnie - do opinii stada natomiast zawsze a'la okoniem. :)

sobota, 14 września 2024

Bent Knee - Twenty Pills Without Water (2024)

 

Uskuteczniam rozpoznanie, sprawdzam co to za ekipa, po przypadkowym na ich klip z tekstem natrafieniu. Widzę że Boston, Massachusetts (lubię z kilku powodów) i czytam, iż to żadni nowicjusze, bowiem od 2011 roku albumami częstują, tylko że w stylistycznej, kilkugatunkowej niszy gdzie nie zawsze myszkuję. Art rock, awangarda - barokowy pop, hmmm... Jeszcze nie rozmieniłem, zanim tekst ten powstał co tam dokładnie poszczególne całościowo tym bardziej, a fragmentarycznie nawet poprzednie wydawnictwa zawierały. Słyszę wyłącznie z bieżącego longa nutę i mam kilka skojarzeń natychmiast, kiedy ona mi w głowie gości. Znaczy po pierwsze wokalna charakterystyka, czyli głos niejakiej Courtney Swain, jaki przywodzi na myśl raczej brzmieniem powiązanie z nieoczywistymi zawijasami. Maksymalnie współcześnie poniekąd Tori Gender Bender z Le Butcherettes i Emma Näslund - Gaupa, gdyby szukać tylko po wokalistkach bandów. Historycznie natomiast rzecz biorąc każda babeczka przypominająca sposobem artykulacji legendę w osobie Kate Bush, więc spory wybór gdyby znać szeroko kilkudziesięcioletni dorobek sceny rockowej czy popowej. Muzycznie w zgodzie z opisem z Wikipedii. choć podejrzewam iż Twenty Pills Without Water jest pierwszym albumem w dorobku Bent Knee na którym zespół wchodzi na poziom już stricte dojrzały i daje sobie tym samym szansę zaistnieć nie wyłącznie w świadomości fanów stylistyki, ale szerszej grupy doceniającej jakość muzyki bez względu na przynależność gatunkową. Innymi słowy domniemam że może być to przełom. Bardzo mi leży taka wibrująca muza, która określa też ciekawy kierunek rozwoju, będąc zarazem intrygującą oraz na swój sposób chwytliwą z wyraźnym perspektywicznym duchem. Gdzieś w międzyczasie wpadła mi też w oko między innymi deklaracja o inspiracji Radiohead, ale że ja nadal z rzecznymi nie jestem za pan brat, a jedynie szanuje i wciąż obwąchuję, to mogę się zgodzić, lecz w szczegóły odwagi by się zagłębić nie mam. Dla mnie najzwyczajniej rzecz biorąc bohaterowie tej refleksji nieco gatunkowo egzotyczni są po prostu i coś mnie w tym ich muzycznym pulsie na tyle hipnotyzuje, że postanowiłem przez jakiś czas z Twenty Pills Without Water w kontakcie pozostać, a finalnie być może wcisnąć do kategorii będę obserwował szczególnie. Fajnie odprężająca jest to nuta, a na razie z programu płyty faworyzuję kapitalny Forest, I Klike It, Illiterate i najmocniej Big Bagel Manifesto. Zobaczę co dalszy czas spędzony z Twenty Pills Without Water przyniesie i liczę, że kolejne ich kroki tylko moje zainteresowanie zwiększą. 

czwartek, 12 września 2024

Głupcy (2022) - Tomasz Wasilewski

 

Nie będąc miłośnikiem filmów Wasilewskiego, nie mogę jednak nie ulegać pokusie oglądania jego kolejnych nowych obrazów. Dziwi mnie to tym bardziej, że każdy seans to rodzaj skompresowanego cierpienia i wręcz wprost masochistyczna przyjemność - boję się zatem cholera siebie i o siebie! Możliwe że lubię się nimi krzywdzić ale oceniać nie przestaję w miarę surowo, bo fakt ma gość dobre oko i optycznie każda jego całościowa praca i z operatorem w detalach współpraca, to naprawdę jest wysoki poziom, lecz żeby człowiek równie absorbująco opowiadał, to już nie tak do końca. Proponowana narracja wizualna i tematyka serwuje tak klimat przygnębienia jak i brnięcia w totalnie upodlającą autopsję życia bohaterów, którzy na własne życzenie częstokroć doprowadzili swój świat do takiego depresyjnego stanu. Pamiętam ostatnie dwa głośne Wasilewskiego tytuły i były to filmy idealnie również potwierdzające takowy stan rzeczy, a Głupcy zwyczajnie jak na reżysera, bowiem apatycznie kontynuują konsekwentny pochód jego ścieżką bolesną, portretującą miłość dla postaci bezwzględną. Patrzę, śledzę rozwój wydarzeń i od początku jestem przymuszony aby wszystkiego istotnego się jedynie domyślać i choć niby nie jest trudno, to jednak wciąż z przekonaniem wydaje mi się jestem świadkiem sytuacji, które bez odrobiny złych intencji można nazwać patologicznymi. Konsekwencji decyzji dorosłych ludzi, jacy pod wpływem ekstremalnie niezrozumiałych decyzji świadomie skomplikowali życie nie tylko sobie ale i istotą niewinnym z ich otoczenia najbliższego (no jprdl, przecież niewiele bardziej ekstremalnych wyzwań sobie mogę wyobrazić ponad opiekę nad wyjącym z bólu psychicznego i fizycznego wyrzutem sumienia) i wszystko co taką potworną reperkusją w imię poddania się uczuciu, ale takiemu które właśnie jest bezdyskusyjnie akurat tym razem wbrew naturze i zdrowemu rozsądkowi. Przebił Tomasz poprzednie kontrowersje z hukiem i nie został poklepany przez widzów, ani krytyków za odwagę. 

P.S. Scenografia - ona po seansie pozostaje w pamięci, a w jej centrum wzorzyste tapety, zatem pytam czy Wasilewski chciał trochę nie tylko wizualnie w styl Almodóvara zagrać? Tylko to nie jest południowe, czyli gorąco słoneczne, a bardzo północno-wschodnie zatem tak uroczo też tandetne, ale chłodem jednak mocarnym smaga. Inspiracja hiszpańskim mistrzem to również przyroda, a ja nie powiem że słabo na przykład wyglądają te sceny z kamienicy z widokiem na morze.

środa, 11 września 2024

Petrovy v grippe / Gorączka (2021) - Kiriłł Sieriebriennikow

 

Niezły odjazd (to stricte o filmie) i niezły numer (o sytuacji), gdyż to ostatni chyba ruski film od ruskich (wiem, pieniądz też w nim zachodni) jaki trafił na poziom oficjalnej selekcji Festiwalu w Cannes (konkurs główny), bo chyba póki co trudno sobie wyobrazić że coś kinematograficznego z kraju agresora mogłoby zostać z entuzjazmem oficjalnie w Europie Zachodniej przyjęte. Prawidłowe, bardzo ludzkie zachowanie, nie mam pretensji mimo że rosyjskie (jeszcze wtedy) filmy były często bardzo wysokiej jakości europejskim kąskiem. W sumie brak mi wiedzy co się teraz tam na wschodzie kręci i kto może kręcić, bowiem raz propaganda dwa zamordyzm, więc i prawdziwi wolni chociaż względnie artyści zaistnieć nie mogą. Do rzeczy jednak i zamiast polityki oraz wylewania żalu z pogardą, to o sztuce, choć sztuce z konkretnym kontekstem społeczno-politycznym. Petrovy v grippe jest faktycznie brawurowo zainscenizowanym i imponująco rozkręconym komentarzem. Komentarzem do rzeczywistości rosyjskiej z jak domniemam już lat dwutysięcznych (wiek bohatera), tylko w formie artystycznej i dla usprawiedliwienia jak i zwodzenia w formule lekko surrealistycznej - niemniej jednak bardzo brutalnej prosto na szczenę wyprowadzonym półprostym. Reżyser opowiada historię widzianą niby w malignie i łączy to co podpowiada majacząca wyobraźnia z tym co myślę bardzo realne, lecz wypierane, bo trudne naturalnie do zniesienia. Realia surowe, wymagające - totalna niemal anomia, dzika transformacja, która jak dziś już wiemy zmieniła oblicze tamtej ziemi wyłącznie pozornie. Litry alkoholu, psychiczne zaburzenia jako ucieczka od tu i teraz - traumy postsocjalistycznego radziecko-rosyjskiego miasta. W roli głównej postać ludzka, mimo tego obiektem zjadliwej analizy ojczyzna wielkiej kultury i kraj kompletnej moralnej degrengolady. Przemocy i beznadziei na co dzień, a bujanie w chmurach intelektualnego artyzmu od święta. Prania mózgów na poziomie mega zaawansowanym i frustracji zinternalizowanej jako najbardziej zwyczajnej cześć osobowości na spółę z wtopioną w jej strukturę mentalnością niewolnika. Czy to Rosja carska, ZSRR czy dzisiejsza żałosna rosyjska federacja, żadna jeśli idzie o pryncypia różnica - tylko otoczki czasowo nieco różne. Mądre, głębokie i w nieoczywisty sposób błyskotliwe, a do tego świetnie wyreżyserowane kino – kompletnie nie dla każdego, stąd prewencyjnie odradzam. :) Mógłbym ponadto kąśliwie napisać, że Ari Aster robiąc Bo się boi nie omieszkał się na nim wzorować, ale nie wiem - kto go tam wie, jednak ja czuje tutaj podobny vibe, szczególnie w tych podróżach do dzieciństwa, tudzież zerkając zahipnotyzowany w głąb quasi trójwymiarowego plakatu, aczkolwiek skrajnie różna mentalność miejsca zmienia radykalnie punkt widzenia i siłę oddziaływania. Zmienia! Fakt!

P.S. Podobało mi się jeszcze w jaki sposób żyje tutaj światło. Sztuczne intensywne, wyraziste światło, w świecie brudnej szarej egzystencji. Fajnie, że nie zapomniałem tego dodać. :)

wtorek, 10 września 2024

Kobieta z... (2023) - Małgorzata Szumowska, Michał Englert

 

Kolejny film Szumowskiej, a tym bardziej jeśli to po polsku film Szumowskiej, to ja się już boję, gdyż można się spodziewać poniekąd lekkiego dziwoląga, bo akurat Małgośka to konteksty historyczne nasze ojczyźniane nie do końca tak biegle wplata. Stąd raczej zamiast subtelnych odniesień spodziewałem się po raz wtóry grubego ociosania. Szumowska zawsze ambitnie, zawsze podejmując trudne tematy, bądź stając w obronie uciemiężonych i nie można o jej obrazach powiedzieć że nie są jakieś, ale nie ma co prawdy zaklinać, Polską rzeczywistość jaka istotnym tłem, ogarnia raczej stereotypowo - wedle takichże niestety potocznych znaczeń. W najnowszym swoim obrazie myślę nie odcina się od tego rodzaju rutyny, ale i pozornie bardzo ważne tło społeczno-historyczne nie odgrywa tu nazbyt chyba zasadniczej roli. Ono jest, ono ma wpływ niebagatelny (schyłek peerelu, transformacja, dzikie lata przełomu wieków i wreszcie zeuropeizowanie względne), ale raczej jego charakter i oddziaływanie wplecione tym razem bez totalnej łopatologii praktycznej. Mimo to towarzyszący jej po raz pierwszy w roli współreżysera Michał Englert w oraz nasza młodsza eksportowa Agnieszka Holland po tymże konteksto-tle jednak tylko się świadomie prześlizguje, a winę ponosi lichy scenariusz, lub może jego konstrukcja chroni zapędy reżyserki przed przerostem czegoś w rodzaju "pojęcie mam liche, ale będę udawała iż jestem ekspertką". Koncentracja z konteksto-tła historycznego zostaje w miarę właściwie przeniesiona na przeżycia emocjonalnego bohatera/bohaterki i jego/jej zaburzeń (jakby chciała konserwa) tożsamości seksualnej, czy jak woli postępowa centro-lewica błędu natury poprawianego przez człowieka. Emocjonalnie wygląda wszystko jak na "szumowczyznę" całkiem przekonująco, ale naprawdę to zasługa dobrej obsady i w tym segmencie przeżyć dziać się zaczyna dopiero w konsekwencji rozwoju wydarzeń, z biegiem czasu i ha ha wraz ze zmianą aktorów - czy płynną, jednakże mam wątpliwości. Joanna Kulig potrafi także w tym przypadku wejść w szarżę i kiedy wchodzi w akcję stanowczo, a robi to tym razem ilościowo oszczędnie, jest zarazem gorąco i lodowato, tak że być może ciary i poty zarazem. :) On Andrzej/Alina Mateusz Więcławek jest aktorsko przygotowany bez zarzutu, jednak wbicie się w jego postać Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik zrywa ograniczenia i okoliczności targają rolą i często wpychają siłą rzeczy aktorkę na bandę, a ona robi takie figury, że unika po bandzie zjazdu. Innymi słowy pierwsze dwa kwadranse są tylko preludium do właściwych półtorej godziny filmu, w którym Szumowska dzięki zaangażowaniu odpowiedniego warsztatu aktorskiego robi prawie bardzo dobre kino. Strasznie mi przykro (niech to szlag po raz enty) kino które szkoda że sama psuje jakimiś w tym przypadku akcjami typu kompletnie przegiętej epizodycznej zmiany głosu, tudzież tym paradokumentalnym nieco fragmentem z autentycznym spotkaniem osób po tranzycji. Uważam że jedno jest groteskowe, a drugie wyraźnie nie spina się z pozostałym właściwym obrazem - jest wciśnięte jakby na siłę i w sumie zagrane przez przygotowany warsztatowo skład wypadłoby paradoksalnie bardziej naturalnie. Najgorsze jednak, że powstał film bez mocnego rytmu, jakby kilka razy pobudzany, który co już naj najgrosze, nie wiem czy dobrze w kraju alergii na inność przysłuży/przysłużył się sprawie - niekoniecznie przez sugestywny tytuł prowokujący. Na Szumowską bodaj Ci do których powinien trafić i potrząsnąć ich człowieczeństwem mają myślę alergię. Do pewnego stopnia ich rozumiem - kompletnie się jednocześnie z ich światopoglądem w sprawie nie zgadzając.

poniedziałek, 9 września 2024

Anciients - Beyond the Reach of the Sun (2024)

 

Heavy-progressive-sludge metalowi Kanadyjczycy po ośmiu latach powracają z nowym składem i studyjnym longiem, a ja w międzyczasie niemal zdążyłem zapomnieć o ich istnieniu, szczególnie iż w kategorii gatunkowej w jakiej rzeźbią ich miejsce w międzyczasie zajęli Szkoci z Dvne, wydając podczas ciszy z obozu Anciients trzy albumy, z których dwa ostatnie poznałem i mocno do serducha przytuliłem. Za powyższy stan rzeczy, że wyżej cenię Dvne niż Anciients wpływa także fakt najzwyczajniej dwa poprzednie krążki ekipy zza oceanu były dobre, ale jednak bliżej im do materiałów bardzo porządnych niż w jakimkolwiek stopniu wyjątkowych. Kiedyś o nich pisałem że to najjaśniej spoglądając i opisując hybryda Opeth, Mastodon oraz Enslaved - tyle że z żadnym z powyższych jednak równać się nie mogą pod względem wyobraźni muzycznej, bowiem ani Heart of Oak, ani też Voice of the Void nie potrafiły zaskoczyć i zafascynować na maksa, a tylko wzbudzić odruch przyznający im poprawną klasę. Dzisiaj robię odsłuchy Beyond the Reach of the Sun i podobne przekonanie mnie nie opuszcza, pomimo że znajduję tutaj tak fragmenty jak i całe kompozycję jakie tak skupiają uwagę, jak i zasługują na oklaski, kiedy intensywne pasaże fajnie współgrają z przemyślanymi harmoniami. Całościowo mimo wszystko płyta wypada tylko poprawnie i nie czuję w sobie działania siły do niej przyciągającej. Może gdybym za sprawą nieznajomości wspomnianych powyżej gigantów nie był świadomy jakie przekozaczne łamańce w gatunku można skomponować i jak zahipnotyzować w przypadku Dvne, porywając współbrzmieniami melodii i siły, to zapewne nowy materiał Anciients zrobiłby na mnie większe wrażenie. Poza tym musieliby jeszcze coś zrobić z tymi czystymi a'la chóralnymi zaśpiewami, które brzmią przeciętnie, bo raczej mdło, a to niby drobiazg pośród wielu czynników konstytuujących styl Kanadyjczyków, ale jednak szczegół wysunięty na front walki o przychylność słuchacza. Może gdyby w przyszłości poszli w kierunku zamykającego program In The Absence of Wisdom (szukam chyba zbyt na siłę), bądź najbardziej Candescence, czyli w moim przekonaniu pod względem spójności dopracowanego mega przednio numeru, mógłbym zobaczyć w nich to czego na razie nie dostrzegam. Ale to numer instrumentalny, a ja lubię wokale więc...

niedziela, 8 września 2024

Vampire humaniste cherche suicidaire consentant / Humanitarna wampirzyca poszukuje osób chcących popełnić samobójstwo (2023) - Ariane Louis-Seize

 

Cóż, spodziewałem się więcej, co wynikało z treści ochów dostępnych w rekomendacjach, a trafiła się realnie opowiastka niby ambitna ale której (gdybym był nieco złośliwy) bliżej do Rodziny Adamsów, czy tego co kiedyś odwalił Julek Machulski i nie dało się tego badziewia potwornego zdzierżyć. Poniekąd na szczęście tylko kicz, o czym za moment już poniżej, gdyby już teraz ktoś w popłochu czmychał, nie chcąc na jakąkolwiek puentę której akurat nie będzie, czy zmianę znaku ocennej retoryki poczekać. :) Humanitarnej wampirzycy z tymi wymienionymi (gdyby ta złośliwość) jako uzupełnienie do twarzy, ale nie kropla w krople bliźniacze te produkcje, gdyż “wampirzyca” bazuje na dość oczywistym ale nie błahym pomyśle i chciałaby być jednak poważną lirycznie psychologiczną opowieścią o niedopasowaniu do otoczenia i wymagań, odrzuceniu itd. Romantycznie liryczną historią w mrocznej poświacie, bardziej kompletnie ujmując, a jest filmem młodzieżowym i grzecznym, bez czegoś intrygującego. Pomiędzy wspomnianymi a „wampirzycą” mimo momentami mocno osłabiającymi, bo kojarzącymi się tandetnie fragmentami, jest przepaść znacząca, bo niepoważnie o niepoważnych, a lekko z dystansem o poważnych to co innego w rzeczy samej. Ta atmosfera w trakcie seansu zaczyna być w sumie względnie urokliwa, jednak raczej zapętlanie się w banałach o nastoletniej psychice i gonienie w kółeczko oraz nie zaskakiwanie czymkolwiek powoduje, że uczucie tracącego na intensywności, ale jednak rozczarowania mnie nie opuściło do końca. Co w zasadzie ciekawe, bowiem prócz znajomości całkiem wysokich ocen Humanitarnej wampirzycy, to zupełnie nie wiedziałem czego po filmie którego najciekawszym momentem zaprezentowanie tytułu się spodziewać.

P.S. To jakby dwa obrazy w jednym. Głównie na otwarcie nic, a na rozwinięcie i częściowo na zamknięcie całkiem znośne coś.

piątek, 6 września 2024

The Cotton Club / Cotton Club (1984) - Francis Ford Coppola

 

Swingujący jazz tutaj równoprawnym bohaterem, wraz z klasycznie, nie tylko przez pryzmat miłości nazbyt romantycznie odbieraną gangsterską lat dwudziestych. Prohibicja i interesy półświatka, zdobny styl Coppoli, gwiazdorska obsada - czy mogło się zatem nie udać? Mogło i poniekąd obok klapy finansowej artystycznie też się nie udało, bowiem sporo się dzieje, widz absolutnie się nie nudzi, bawiąc się nawet jeśli nie gustuje w gatunku całkiem dobrze, jednak oczekując kina zawiłej, konkretnie mocnymi kontekstami społeczno-obyczajowymi dopieszczonej akcji po linii najsławniejszej produkcji Coppoli, to się zawiedzie, gdyż tak sobie kombinuje i z akrobacji myślowych uskutecznionych wychodzi mi, że Cotton Club jest tym w Coppoli filmografii, czym New York New York w filmowej spuściźnie Scorsese. Bliżej bowiem im obydwu do niekoniecznie dobrze wyczutych standardów musicalowych, niż w pierwszym przypadku wspomnianej gangsterki z szalonych lat dwudziestych, a w drugim ambitnego dramatu obyczajowego. Zgadzam się także z opinią, że Cotton Club został przeestetyzowany i popchnięty bez hamulców w stronę szołmeństwa, gdzie nie liczy się realizm oparty na logiczności następujących po sobie wydarzeń, będących skutkiem zachowań i postaw bohaterów, a miast tego wszystko podporządkowane jest wizualnej ferii - nie ma co się oczekiwać, że pod publiczkę. Proszę jednak abym nie był źle zrozumiany - ja widzę w tym pasję i wyobraźnię, a i pieniądz zapewne jak na owe czasy przeokrutny, lecz ten świat wykreowany, mimo że bardzo wdzięczny do filmowej obróbki, w tym przypadku nie spiął się z moimi oczekiwaniami fabularno-scenariuszowymi. Za mało ognia, za dużo przepychu – co jest w sumie częstą przypadłością musicali czy jak w tej sytuacji quasi musicali. 

P.S. Coppola zrobił jak chciał, albo chciał zrobić jak sobie zakładał. Stawiam na ten drugi scenariusz.