sobota, 20 grudnia 2014

Bloodbath - Grand Morbid Funeral (2014)




Bloodbath powraca zza światów i zaskakuje, nie zawartością ani jakością, a wyborem frontmana. Mikael Akerfeldt pewnie już na stałe wziął rozbrat z tego rodzaju rzeźnicką twórczością, a jego następcą „rany boskie” :) Nick Holmes się okazał. Przyznam, że odrobinę zaniedbawszy śledzenie tego, co w obozie Bloodbath na czas jakiś przed premierą Grand Morbid Funeral się działo, ta wiadomość runęła na mnie niczym dobre wieści z serwisów informacyjnych tzn. równie raptownie jak i nieoczekiwanie. Nie mam rzecz jasna jakiejś awersji do Holmesa, ale takiej wolty z jego strony się nie spodziewałem, mimo iż na nowo obudzona fascynacja Mackintosha i spółki twardszym łojeniem jakiś kurs na old time wskazywała. Ja bardziej niż na fakt częstego zataczania okręgów i powroty sporej grupy legend do grania tego, z czym zaczynali, nacisk kładę na jakość samą w sobie tego swoistego sentymentalizmu. Stąd długo konsternacja na mojej gębie nie gościła, a jej miejsce zastąpiło poczucie, że Pan chimeryczny przyjmując na barki spore wyzwanie pod tym ciężarem z hukiem na dechy się nie osunął. Może ta jego growlowa chrypka :) nie ma mocy Akerfeldta czy jadu Petera Tägtgrena, ale poziom trzyma i materiału, jako całości nie pogrąża. Czwarty album Bloodbath i kolejne nieco odmienne podejście do tematu, bo kiedy jedynka jasno i wyraźnie do archetypicznego deathowego soundu nawiązywała, dwójka z tą bezpośredniością nieco zrywała, a trójka to już dokładnie z rejonów Szwecji za ocean do jankeskiej krainy się przeniosła - to czwarta odsłona tego mielenia łączy to, co takie sławy jak Morbid Angel i Entombed u zarania praktykowały z funeralnym klimatem podniosłego obrzędu. Mam tutaj na myśli aurę, jaką Tom G. Warrior kiedyś w Celtic Frost, a obecnie w Tryptikon kreuje. Taki mój subiektywny ogląd tego materiału i może nie jakieś finezyjne, tylko czysto spontaniczne wnioski. Jest na tym krążku dynamiczna, chwytliwa galopada Unite the Pain, Famine of God’s Word czy Let the Stillborn Come to Me, spotęgowana charakterystycznym zgniataniem tego, co jeszcze się ostało po tych huraganowych powiewach (Anne i numer tytułowy), dodatkowo przy obrzędowej atmosferze płynącej z Church of Vastitas. Wszystko zrobione z odpowiednią precyzją i charyzmą, jakością i dramaturgią, no i opakowane w sugestywny obrazek, co bonusowo raduje. I chociaż na dzień dzisiejszy będąc zadowolonym z obcowania z kolejnym mocnym materiałem tych starych wyjadaczy, nie jestem w stanie uznać wyższości dzisiejszego Bloodbath nad tym sprzed kilku czy nastu laty. Jest pytanie, czy powodem jeszcze nieporównywalnie słabsza znajomość Grand Morbid Funeral, sentyment do wcześniejszych albumów czy ten nieprzewidziany udział Nicka Holmesa. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj