środa, 11 stycznia 2017

Amores Perros (2000) - Alejandro González Iñárritu




Pełnowymiarowy debiut Alejandro Gonzáleza Iñárritu to kawał soczystego, krwistego mięcha, zainspirowanego niewątpliwie twórczością Quentina Trantino. Pogmatwana, bo składająca się z segmentów narracja o charakterze swoistej mozaiki oraz bezpośrednia surowa przemoc wraz z przenikliwą treścią czerpie z największego hitu Tarantino, stając się jednocześnie jedną z kluczowych cech obrazów meksykanina. Wszystko w Amores Perros do bólu prawdziwe, bez półśrodków, cholernie sugestywne i ekspresyjne – mroczne i duszne. Trzy równoległe historie stanowią opowieść, jedna od startu niemalże jasna, przewidywalna, a dwie następne tajemnicze, rozwijane z początku jakby na marginesie i doklejane cyklicznie by stawać się stopniowo równoprawnym, osobnym wątkiem szerszego kontekstu wydarzeń. Splatają się one, ich bohaterowie stają sobie na drodze, a ślepy los czy bardziej konsekwencje dokonywanych wyborów scenariusz piszą. Bohaterami ludzie prawdziwi, z różnych warstw społecznych, o zupełnej odmienności mentalnej, ale z tymi samymi namiętnościami, pragnieniami i pokusami sugerującymi niekoniecznie dobre życiowe wybory. Tu jest zapewne klucz do zrozumienia tego obrazu, dotarcia do jego sedna i przesłania. Ta „suka miłość” przybiera różnorodne postaci i komplikuje życie niemiłosiernie. Dla tej namiętności poświęca się wszystko i to ona potrafi odebrać nam równie wiele. Tak, nie ma przebacz - jesteśmy tym, co straciliśmy!  

P.S. Film cholernie ciężki, temat poważny ale nie mogę powstrzymać się przed niepoprawnym komentarzem, zwanym w tym przypadku (może na wyrost) żartem. Mianowicie, donoszę że podczas kręcenia zdjęć nie ucierpiał żaden pies! ;) :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj