czwartek, 26 stycznia 2017

The Tree of Life / Drzewo życia (2011) - Terrence Malick




The Tree of Life jest percepcyjnie pełne sprzeczności, bowiem będąc dziełem niezwykle oryginalnym pod względem formy, intrygując i fascynując w zasadzie stanowi niewyobrażalnie nużący przeintelektualizowany zakalec. Ono jest z pewnością głębokie, uduchowione i analityczne ale i niemiłosiernie nadęte niczym recytacje Daniela Olbrychskiego. Inaczej pisząc jest w nim niezwykle wartościowa treść, ale sposób jej prezentacji sam w sobie zamiast skupiać uwagę na warstwie merytorycznej, koncentrację przenosi na ten drażniąco-męczący aspekt wykonawczy. Nawet jeśli sam obraz kształtowany wirtuozerską pracą kamery zachwyca, aktorzy w idealnej z nim symbiozie istnieją i mam ja też świadomość, że temat i sposób spostrzegania reżysera jest wyjątkowo dojrzały i artystycznie przyodziany w masę symboli, to czuję jednocześnie, że ważniejsze od nich staje się ego samego Malicka. Odpływa on w tej natchnionej poetyckiej megalomanii tak dalece, że nawet starając się być maksymalnie wyrozumiałym dla tej jego "oratorskiej" pozy, nie potrafię zaakceptować rozbijania rytmu obrazu kilkudziesięciominutową animacją. Rozumiem, że trzeba bezgranicznie akceptować te egzaltowane przestrzenie, powolne zasłuchania w obserwacjach, by wejść w świat tej historii, ale nie jestem w stanie zrozumieć, po co Malick widza poddaje aż tak ekstremalnej próbie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj