wtorek, 7 marca 2017

Machine Head - The Burning Red (1999)




Z ogniem powiązana czerwień jest typowym odbiciem czasów w jakich powstawała - jednocześnie pójściem za modą jak i budowaniem jej względnej legendy. Wówczas album przyjęty dosyć chłodno dzisiaj poddany próbie czasu i osądowi z dystansu udowadnia, iż nie wszystko, co z nu metalem kojarzone musiało być kiczem. Trudno też nazywać ekipę Robba Flynna trendziarzami, skoro sami przyczynili się znacznie do zbudowania podstaw gatunku, który po chwilowej eksplozji popularności dostał od metalowego środowiska dosyć mocno po pysku. Jednak kiedy goście z Machine Head dostrzegli, że ta ścieżka krótka, a jeśli za jej zakrętem coś jest to tylko stagnacja, brak perspektyw rozwojowych i wreszcie stygmatyzacja, dosyć prędko kurs zmienili czego efektem Supercharger i zdecydowanie już Through the Ashes of Empires. Sprawiedliwość jednak grupie oddam, bo to chyba jedyni przedstawiciele nu metalu obok Deftones, którzy popularności na trendzie się dochrapali, ale nie szczeźli w niebycie i w nowych okolicznościach nieźle się urządzili. Może ich kariera to nie taka piękna muzyczna bajka, jaką napisali sobie chłopaki z Deftones, stając się ikoną ogólnie rozumianej rockowej awangardy. Jednak MH to zespół poważany, ich status na scenie wysoki i od lat na wysokim c utrzymywany. The Burning Red to płyta, która na zasłużone oklaski ze strony przynajmniej części grymaśnych fanów metalu poczekać musiała dłuższą chwilę, a już na pewno na moje uznanie, gdyż w momencie pojawienia się na rynku była bardziej rozczarowaniem niż rewelacją. Niby numery miały znakomite, odpowiednio potężne brzmienie, ale i bardziej zwarty, można by napisać piosenkowy charakter, przez co kojarzyły się z pójściem w kierunku nienawidzonej komercji. To w pewnym sensie mylne wrażenie, gdyż przebojowy potencjał wiązał się z lepszym warsztatem kompozytorskim dając finalnie efekt w postaci utworów lepiej skonstruowanych, przez co bardziej dojrzałych, w dodatku w żadnym stopniu pozorowanych - to się czuje że w nich taki groove naturalnie wibrował. Album jest cholernie równy i pośród autorskich kawałków żaden nie schodzi poniżej stabilnego wysokiego poziomu, a samo może nieco ryzykowne umieszczenie coveru The Police w środku stawki było zabiegiem rzadko praktykowanym - szczególnie takiego klasyka w rockowych annałach zapisanego złotymi zgłoskami i wyraźnie rozpoznawanego. Tutaj jednak nie burzy on treściwej istoty albumu, a ciekawy aranż dodaje mu atrakcyjności pomagając stopić się z gracją z autorskimi kompozycjami. Kiedy dzisiaj The Burning Red zaskakująco często gości w moim stereo, a jego ocena diametralnie różna od tej pierwotnej zadaje sobie teoretycznie niewygodne i burzące poczucie pewności siebie pytanie – jak wiele z tych dzisiejszych muzycznych rozczarowań w przyszłości stanie się klasykami? Chyba, że już teraz dotarłem do miejsca, w którym jestem już nieomylny. :)

P.S. I tylko look, jakim ówcześnie "imponował" Flynn z ziomalami to była błazenada kompletna. :) Na szczęście słuchając krążka nie muszę oglądać scen podobnych tym z obrazka do From this Day.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj