piątek, 24 marca 2017

The Gathering - if_then_else (2001)




Dość często ostatnio pozwalam zaistnieć wokalnie Anneke van Giersbergen i zastanawiam się czy powinienem zacząć martwić się tą tendencją - szczególnie, iż byłem od lat przekonany, że niewieście trele mnie już nie interesują. :) Może powodem powracania na nowo do kilku albumów The Gathering nie są popisy pani wokalistki, a sama muzyka i jej jakość? Bez rozstrzygania czy magnesem Anneke czy warstwa instrumentalna, przyznaję jednak, iż odrobinę się wstydzę, gdy taki rodzaj wrażliwości muzycznej zaczyna u mnie dominować. To taka eteryczna magia, której się poddaje, a z którą ze względu na płeć nie powinno być mi po drodze. :) Usprawiedliwiam teraz te kroki, stosując strategię żartu, spojrzenia na sprawę z przymrużeniem oka, jednakże „poważnie” pisząc mam świadomość, iż subtelnieje z wiekiem, a przyszłość moja może być już pisana pod znakiem totalnej słabości do miękkich dźwięków. ;) Może na wyrost dramatyzuję, ale strach jest, kiedy pomyślę gdzie mogą zawitać moje gusta za lat kilka, może kilkanaście. :) Póki co napędzany sentymentem kontakt z kompozycjami Holendrów nie jest jeszcze szczytem łagodności, bo w miarę ciężkich gitar na if_then_else całkowicie nie zarzucili, a w poniektórych numerach rasowa rockowa werwa wyczuwalna jest odpowiednio wyraźnie. Wiosła może nie dominują, ale skutecznie przypominają, iż nawet jeżeli The Gathering na krążku z 2001 roku zmierza w stronę czegoś w rodzaju transowego trip hopu z wyraźnym progresywnym zacięciem, to jednak pamięta z jakiej muzycznej ziemi pochodzi. Od siermiężnego doom metalu przecież zaczynali, a że przy nim nie pozostali, tylko dobrze świadczyć o nich może. Bowiem broń hmmm… (nie)Boże, absolutnie nie deprecjonując wartości różnorodnego metalowego rzężenia uważam, że każdy zespół, który sam siebie szanuje powinien zawsze podążać za głosem instynktu i nie ograniczać się do odcinania kuponów od zdobytej (w tym akurat przypadku) względnej sławy. Szacunek zyskany odwagą podążania własną drogą, nie zważając na trendy i rezygnując z cumowania w bezpiecznej przystani jest wart znacznie więcej niż ten powiązany z pozostawaniem w artystycznej stagnacji, produkując kolejne wariacje na temat najbardziej popularnego własnego albumu i przy okazji nabijając sobie kieszeń srebrnikami za cenę poddania się presji fanów i rynku. Przynajmniej ja w kontekście The Gathernig zasadniczo w wyższym stopniu cenię przykładowo właśnie if_then_elese czy How to Measure a Planet? od Nightime Birds, będącego słabszą kopią swego czasu genialnego Mandylion. Rozumiem, że The Gathering po tej nie w pełni udanej próbie zdyskontowania swojego najpopularniejszego krążka poczuli, iż nie tędy droga do artystycznego samospełnienia, a kolejne akty przywiązania do stylu albumu z roku 1995 będą nierozsądnym brnięciem w ślepą uliczką. Szczególnie, że był w nich potencjał na więcej, co udowodnili pisząc kolejne rozdziały w swojej historii i robiąc to na tyle sprawnie i ekscytująco, że nawet po latach dobrze się gawędzi o płytach odnajdujących się w rejonach coraz mocniej oddalonych od doomowo gotyckich korzeni. Pisałem przy okazji refleksji w przedmiocie How to Measure a Planet? iż zweryfikuje z dzisiejszej perspektywy także wartość krążków po if_then_Else nagranych i coraz mocniejsze mam przekonanie, że słowa dotrzymam, bo częste ostatnio w odtwarzaczu wizyty płyt z lat 1995-2001 grunt pod wycieczki do bliższej przeszłości przygotowują.

P.S. Obietnica złożona i to po linii obaw o których powyżej pisałem. Teraz nic mnie nie uratuje przed zatonięciem w rzewnym plumkaniu. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj