piątek, 17 marca 2017

Manhattan (1979) - Woody Allen




Taka sytuacja! Mam wolny wieczór, spędzam go zatem dla „odmiany” na kanapie przerzucając kanały pomiędzy programami o ludziach uciekających od cywilizacji, żyjących na krańcach świata w ascetycznych warunkach, a sportowymi zmaganiami zawodowych koszykarzy z północnoamerykańskiego kontynentu. :) Dwa, trzy pstryczki na pilocie i przypadkiem wpadam na Kulturę (bo odkąd dobra zmiana włada publiczną, znaczy narodową TV to rzadko płacony abonament wykorzystuję) i widzę, że już za dwie minuty Allenowski Manhattan będzie pokazywany. Myślę sobie, że szkoda taką okazję przegapić, bo to tytuł z bogatego dorobku gawędziarza jeden z najgłośniejszych i najliczniej nagradzanych, a że ja braki w znajomości filmografii Konigsberga posiadam to wypada je w końcu systematycznie nadrabiać. Nie żebym charakterystycznej formy Allena nie lubił i nie doceniał, zwyczajnie ta intelektualna formuła nazbyt powtarzalna, a przeto po kilkunastu produkcjach nie aż tak atrakcyjna. Są jednak takie chwile kiedy z satysfakcją spotykam się z jego bystrymi analizami, a po lampce wina (czasem dwóch, trzech…) to już robię to z ekscytacją. :) Przyjazne zbiegi okoliczności wówczas wieczorem kierowały, zatem wiadomo… obejrzałem żarliwie Manhattan. :) Nie napiszę jednak nic nowego ponad to co do tej pory w temacie filmów Allena pisałem, bo to klasyczna wariacja z Nowym Jorkiem w roli równoprawnego bohatera fabuły, z bogactwem wymyślnych figur językowych, konstrukcji dialogów błyskotliwej, określeń wyrafinowanych i intelektualnego dyskursu o sztuce, kulturze i filozofii. Rozgadane, czasem przepaplane, z poczuciem humoru, bo mimo, że takie intelektualne to w rozrywkowym przecież tonie. Taka romantyczna i nieco kontrowersyjna historia, gdzie Diane Keaton błyszczy, wielka Meryl Streep swój charakter zaznacza, a dominuje narcystyczny Pan z metra cięty. Gdzie słowa psychoanalityk i apodyktyczna pojawiają się dziesiątki razy, a bohaterowie pół życia spędzają na zastanawianiu się gdzie doszukać się sztucznego problemu, bo tych prawdziwych to raczej nie mają. Klasyczne kino czerpiące z hollywoodzkiego dorobku, nieco ubarwione manierą Allena, a mnie wciąż nie przestaje dziwić, że tak kreatywny i bystry umysł miast przekraczać granice, otwierać nowe drzwi to z uporem fiksuje się na cyklicznym robieniu kina powtarzalnego. Przecież każda jego kolejna produkcja to tak naprawdę kalka ikonicznych obrazów sprzed lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj