czwartek, 13 kwietnia 2017

Crystal Fairy - Crystal Fairy (2017)




Minął ponad miesiąc od premiery, a ja zdążyłem w międzyczasie debiut kryształowej wróżki błyskawicznie polubić, w chwilę później na bok odrzucić, by w końcu nawiązać z nim silne relacje, które podstawą zapewne długowiecznego do niego przywiązania. Sprawa jest prosta, mianowicie kompozycje przyobleczone zostały w tak charakterystyczny sound, że tylko sprzęt odtwarzający dysponujący możliwością uwypuklenia walorów zbasowanego ciężaru skrytego pod pierwszym planem jazgotliwie rzężących gitar, może dać przyjemność z odsłuchu. Niestety okoliczności, których opisem nie będę tutaj zanudzał sprawiły, że przez kilka godziny byłem skazany na kontakt z krążkiem Crystal Fairy bez odpowiedniego brzmienia, stąd też on pozbawiony mocy bardziej odrzucił niż przekonał. Czułem, że jest tutaj kompozycyjny potencjał, że taki skład personalny kitu nie wciska, lecz drażniąco płaski dźwięk dokonał swego i przez czas jakiś absolutnie gotowości do ponownego odsłuchu nie notowałem. Kiedy jednak po kilku dniach pauzy wybrzmiał w odpowiedniej oprawie, nie miałem wątpliwości, iż to rzecz która w tym roku przynajmniej w moich płytowych podsumowaniach namiesza. Walorem podstawowym idealna proporcja chwytliwości i surowego ciężaru - przemieszania archetypicznego punkowego zadziora ze stonerową przestrzenią, przebojowego potencjału z szaleństwem, masy przesterów z niebanalną melodyjnością, garażowych inklinacji z eksperymentatorskimi eksploracjami i doprawienia tego bulgoczącego wywaru oryginalnym pierwiastkiem wokalnym. Zasługa niepomierna by w efekcie końcowym cieszyć się takim zaskakująco spójnym kolażem leży zarówno w pracy kompozytorskiej weteranów, jak i w głosie niejakiej Teri Gender Bender, który ja, człowiek niebędący miłośnikiem damskich wokaliz może jedynie porównać do charyzmatycznych kobitek z The Dead Weather, względnie Royal Thunder, ze szczyptą jeszcze stylu legendarnej Kate Bush. Odjazdy w najróżniejsze tonacje, interpretacje sugestywne są cechą charakterystyczną i tym pikantnym dopełnieniem nieco obłąkanego charakteru albumu. Nudy w kontakcie absolutnie nie doświadczyłem, czułem że wyobraźnia odpowiedzialnych za jakość pracowała intensywnie, a horyzonty ich raczej nieograniczone. Wróżyć jednak na temat przyszłości projektu, w którym znane nazwiska działają nie mam zamiaru, wiedza ma w tej kwestii uboga, bo i sam krążek na rynku pojawił się bez większego wsparcia promocyjnego i w żadnym śledzonym rodzimym magazynie muzycznym większej wzmianki poza pojedynczą recenzją nie znalazłem. Stąd bez informacji ze źródła trudno wyrokować czy to świadomie wyłącznie jednorazowa robota, planowana długodystansowa przyszłość czy może spontaniczny wyskok. Czas pokaże, jednak nim on cierpliwy i sprawiedliwy weryfikację zamiarów ekipy pod postawnym kierownictwem Buzza Osborne’a przeprowadzi, ja swą muzyczną pasję karmił będę tym, co nagrali i skrycie wierzył, że to nie taka incydentalna sytuacja i w przyszłości z logo CF coś równie dobrego światło dzienne ujrzy. Oby! Szkoda by było takiego temperamentu w takiej konfiguracji personalnej!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj