niedziela, 2 kwietnia 2017

Lorde - Pure Heroine (2013)




Nie taki autor tego bloga wiekowo zaawansowany, jakby jego utyskiwania wskazywały i nie taki radykalnie ograniczony wyłącznie do gitarowego grania, jakby nazwa bloga sugerowała. :) On oczywiście przede wszystkim za albumy, gdzie wiosła kluczową rolę odgrywają dałby się pokroić, ale nie samym jazgotem człowiek żyć musi kiedy wokół masa inspiracji niekoniecznie o proweniencjach rockowych. Lubi zatem ten amatorski pismak od czasu do czasu zaznać rozkoszy muzycznej z rejonów innych niż zwykle, a że sporo rekomendacji śledzi i otwarty umysł  posiada to i trafia na perełki, które spostrzeganie współczesnej muzyki mu weryfikują. :) Wpadł on zatem niedawno, oczywiście ze sporym poślizgiem, bo prawie czteroletnim na album dziewczęcia, które podczas jego rejestracji miało lat zaledwie siedemnaście. Niewiarygodne, gdyż tych dziesięć kompozycji z czystej heroiny to niezwykle dojrzałe numery zaśpiewane z pewnością rutyniarki. Kompozytorsko skrojone z wprawą i wyczuciem, z chwytliwymi tekstami i bijącą wykonawczą charyzmą. Pewnie w powstaniu tak fantastycznej płyty pomagał ktoś bardziej doświadczony, ale mam przekonanie, że nie próbował narzucać swojego charakteru, lecz naprowadzał tylko panienkę na odpowiednie rozwiązania aranżerskie. Ta stylistyka Szanownemu Panu blogerowi rzecz jasna nie w pełni znana, a gdyby trzeba było nakreślić jej ramy to skojarzenia z takimi nazwami jak ALT J, Of Monsters and Man czy wokalistkami w typie Lany del Rey i Susane Sundfør wiedza mu podpowiada. Zatem fundamentem ambitny pop i kombinacje elektroniką, gdzie rytm przede wszystkim wyznacza zakres i zasięg. Posiłkując się wiedzą z netu napisać by trzeba, że to indie pop, nawet indie rock lub indie electronic - art/dream/electro pop, cokolwiek to oznacza. :) Dominuje tutaj praktyczny minimalizm - forma powściągliwa, a efekt tego zabiegu narkotyczny. Bowiem krążek w trans wprowadza, uzależnienie od niego rozwija i specyficzny rodzaj szczęścia determinuje. Mnie porwał od pierwszego odsłuchu i powracam do tych dźwięków szczególnie często, gdy zmrok zapadnie, a dzień mijający da się we znaki. On wtedy balsamem łagodzącym wszelkie podrażnienia, sposobem na uspokojenie skołatanych nerwów. Talent tej młodej damy bezsprzecznie ogromny, nadzieje w nim pokładane zapewne niebotyczne, lecz i ryzyko, że w łapskach specjalistów z branży trafi, a oni już będą wiedzieć jak z nieoszlifowanego diamentu klejnot zrobić połyskujący, lecz bez naturalnie przyrodzonej wartości. Tego się nieco obawiam po przesłuchaniu pierwszego singla z nadchodzącej już w czerwcu drugiej płyty Lorde. Póki jednak całości nie sprawdzę powstrzymam się od wszelkich wydawanych radykalnych werdyktów na podstawie wróżenia z fusów. Czekam i zacieram łapska, bo czar fizyczności i głosu tego dziewczęcia niewiarygodny. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj