niedziela, 23 kwietnia 2017

Troubled Horse - Revolution on Repeat (2017)




"Kariera" Troubled Horse jak wynika z szybkiego researchu przepastnych archiwów netu już dość długa, bo wzmianki o powstaniu grupy kierują aż do roku 2003-ego. Natomiast dorobek płytowy mizerny, jedynie na koncie samotny długograj sprzed pięciu lat, który wówczas (już teraz wiem :)) także kilkukrotnie przesłuchałem. Napiszę więcej, jeżeli mnie pamięć nie myli to ja swego czasu nawet Szwedów na żywca oglądałem, a miało to miejsce w grodzie Kraka przy okazji klubowego mini festiwalu na którym z ogromną radością show kameralny (bo wraz z małżonką przy stoliku z pomarańczową lampką) Amerykanów z Orchid widziałem. Jednak nie był to wówczas zapewne porywający ich występ, skoro w pamięci się wyraźnie nie odłożył, a i sama debiutancka Step Inside większego wrażenia na mnie nie zrobiła. Ot solidny retro rock, ze sporą ilością klawisza, bardziej zapatrzony w tradycję bigbitu (tak wiem, że to polskie określenie tradycyjnego rock'n'rolla :)) w warunkach europejskich spod znaku The Animals, niż rozimprowizowanych herosów spod egidy Led Zeppelin. Stąd w moim muzycznym życiu wyłącznie na moment się pojawili i cichaczem z niego zniknęli, większego śladu nie pozostawiając. Nie dziwi mnie zatem, iż kiedy kumpel podrzucił mi info o nowym albumie ekipy Troubled Horse przez chwilę dumałem o kogo mu chodzi. "A to ci goście", triumfalnie oznajmiłem, kiedy pierwsze skojarzenie skleciłem i dalej to już z górki kolejne z pamięci wydobyłem, lecz entuzjazmu wielkiego nie wykazywałem, a bo i dlaczego. "Opatrzność" jednak czuwała bym nie zignorował krążka, który zbiegiem okoliczności do mnie dociera. Coś mi szeptało, że trzeba Revolution on Repeat zlokalizować i sprawdzić. Jakież było moje zdziwienie przez pryzmat wcześniejszych z kapelą doświadczeń, gdy po pierwszym odsłuchu przez dłuższy czas nie potrafiłem się od tego materiału uwolnić. Zupełnym jednak  faworytem okazał się numer The Haunted, który w zapętleniu z ekscytacją, wręcz obłąkaniem kręcił się chyba nastokrotnie. Ogólnie zawartość nowego longa różni się zasadniczo od tego co na Step Inside retro rockersi zamieścili. Zamiast wszędobylskich plam i plumknań parapetu więcej ognia krzesanego - gitary tną kapitalne klasyczne w formie, jednak na swój sposób uwspółcześnione riffy, sekcja dodaje animuszu, bas szyje pulsujące tematy, perkusja podbija ich moc, a wokalista z pasją wyśpiewuje kolejne wersy. To już nie jest ten wspomniany bigbit, tylko rasowy blues-rock, energetyczny hard-rock z nadal mrocznym folkiem w roli klimatycznego tła. Płyta absolutnie nie jest jednowymiarowa, bo obok ognistych rockerów sporo atmosfery budowanej za pośrednictwem powoli rozwijanych motywów - bluesowych brzdąkań wioseł spowitych bez przesadnej obfitości klawiszową mgiełką. Najważniejszym natomiast walorem Revolution on Repeat okazuje się permanentne napięcie, masa momentów kulminacyjnych, stałe trzymanie najwyższego poziomu entuzjazmu i pasji wykonawczej. Ten album kipi od dynamicznych kaskad, wyrazistych dźwięków skonstruowanych z szacunkiem dla tradycji i z młodzieńczą wręcz radością zagranych. Na koniec taka oto refleksja! Już myślałem, że ten sprzed kilku lat boom na retro granie powoli zaczynał umierać śmiercią naturalną, bo oto nie dostrzegałem świeżych propozycji mało znanych lub całkowicie nowych przedstawicieli nurtu. Owszem najlepsi z tonu nie spuszczali nagrywając świetne albumy, ale świeżej krwi, nie zauważałem. A tu nagle, znienacka taki Troubled Horse z siłą huraganu z nowym otwarciem wkracza, obok niego Blues Pills z opóźnieniem odkrywam i po raz drugi z entuzjazmem patrzę w przyszłość retro rocka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj