czwartek, 27 kwietnia 2017

Man on Fire / Człowiek w ogniu (2004) - Tony Scott




Od wielkiego dzwonu zacieram rączki z radości gdy czarnoskóry faworyt dojrzałych kobiet, znany jako Denzel Washington na ekranie swoje umiejętności aktorskie prezentuje. Zwyczajnie one wątpliwej jakości, raczej ograniczone tylko do używania autopilota, powielania tych samych gestów, tej samej mimiki. Utyskuje sobie teraz w najlepsze, bowiem rzadko jest "Pan postawny" autentyczny i wzbudza swoją grą jakiekolwiek emocje. W tym przypadku akurat obok takich aktorów charakterystycznych jak Christopher Walken i Mickey Rourke wypada jednak przekonująco. Bo tym razem, może jakimś cudem reżyser, który przecież za speca od kina akcji był uważany, do wzniesienia się na szczyt gwiazdora zainspirował, obsadził w roli dobrze dla niego skrojonej i sam kapitalnie opowiedział mocną historię z głęboką warstwą emocjonalną. Temat ochroniarza z mroczną przeszłością zapijającego psychiczne problemy i vendetta stanowiąca główny cel jego egzystencji może wykorzystywany wielokrotnie i z innych tytułów często znany, ale w tej odsłonie to konkretna twarda jazda i w dodatku sporo chwytających za serce scen do przeżywania. Niby to rasowy sensacyjny film, ale chwilami ocierający się z zachowaniem oczywiście proporcji (by fana krwawej bitki nie odstraszyć) o psychologiczny dramat, gdyż o relacjach między ludźmi opowiada i to one właśnie stanowią główną oś wokół której akcja z walką ze skorumpowanymi policjantami, bezwzględnymi bandziorami kreowana. W nim chłodny profesjonalizm, gruba skóra twardziela i systematyczne jego z niej odzieranie, by finalnie ciepłą zażyłość z widzem zbudować - jest napięcie, jest nerwówka postaci udzielającą się widzowi i dynamika odpowiednio sterowana. Trochę męczy może ta unowocześniona forma, te ujęcia tuningowane, takie rwane pulsujące nazbyt wyrazistą barwą. Ich zbyt wiele, jednak można się do tej niekoniecznie trafionej formuły przyzwyczaić i pozwolić porwać historii niezbyt jednak oryginalnej.

P.S. Patrzę i widzę, tak to Dakota Fanning, ta sama która w American Pastoral ostatnio oglądana. Tak ta sama, tylko trzynaście lat robi różnicę. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj