czwartek, 28 listopada 2013

AC/DC - Ballbreaker (1995) / Stiff Upper Lip (2000)




Dominująca teoria dotycząca twórczości AC/DC podobna jest tej, z jaką utożsamiana działalność ekipy Lemmy’ego Kilmistera. Znaczy, że w kółko nagrywają to samo, w różnych wariacjach i konfiguracjach. Znając, więc jeden album wiemy, co znajdziemy na każdym innym. Pozwolę się grzecznie nie do końca zgodzić z takim uproszczeniem, bo chociaż koncertowe oblicze Australijczyków do pewnego wspólnego mianownika sprowadza numery z różnych okresów, jednako studyjne krążki to już zupełnie inna bajka. Po pierwsze – brzmienie, oczywisty i chyba najpoważniejszy powód by z innej perspektywy oceniać płyty formacji, pozwalający wyraźnie wyodrębnić okresy działalności. Charakter albumów z pierwszej fazy kariery przez to zupełnie różny się wydaje. Bez porównania on przykładowo z tym, co kiczowaty plastikowy sound z lat 80-tych z kompozycjami grupy zrobił. Po drugie, osoba wokalisty, a na myśli mam tutaj wyraźną przemianę za sprawą zastąpienia Bona Scotta przez Briana Johnsona. Dobra, starczy może, nie będę się już rozwijał i truł dupę szerokimi, ultra precyzyjnymi analizami i przejdę już do sedna, a co myślę o okresie przed i po będących głównym tematem tych mądrości, zapewne gdzieś w niejasnej przyszłości odważę się ;) przyznać. Dla mojej muzycznej wrażliwości i szczególnego sentymentu dla produkcji z lat 90-tych, Ballbreaker i Stiff Upper Lip są kwintesencją tego, czym AC/DC jest oraz co najważniejsze, jaki efekt można było osiągnąć z idealnej symbiozy kompozytorskiego talentu, kapitalnego wyczucia groove'u, pełnego zaangażowania w muzykę i świetnie dobranego brzmienia. Zasługa tu nie tylko techniki, ale przede wszystkim doświadczenia, dojrzałości producentów czy inżynierów dźwięku by, sound szybko się nie zestarzał lub wartko trącił kiczem za sprawą zbytniego wykorzystania modnych w danym czasie patentów. Na Ballbreaker i Stiff Upper Lip od tej strony wszystko się zgadza i uwag bynajmniej mi brak. Brzmienie rzecz istotna, jednak fundamentem jakości jasne, że same numery są, a w głośnikach ze współpracy podstawowego rockowego instrumentarium uzyskano fantastyczny w subiektywnym moim odczuciu poziom. On na gruncie soczystego bluesa osiągnięty, tego, co od zawsze na krążkach AC/DC fundamentem, jednako w powyższych przypadkach sprowadzonego do korzennej wersji, okrojonej z szarpanej maniery goszczącej na produkcjach legendy do tamtej pory. Mniej tu typowej przebojowości, a znacznie więcej atmosfery, kawałki mniej szalone, silniej dojrzałością spowite. Na koniec podzielę się jeszcze taką oto bezpośrednią refleksją. Wiem, że dla wielu to, co te „kangury” grają to wiocha i buraczane muzykowanie dla „czerwonych karków”. Takich typów, co zamiast salonowej literackiej maniery, wolą saloonową (tak się to pisze?) medytacje ;) przy browarze lub szklaneczce łyskacza w towarzystwie kumpli i fajnych dziołch. I to fakt proste to jest łupanie, ale zawiera takie stężenie pozytywnych emocji, jakich w ultra technicznych, skomplikowanych dziełach dla pseudointelektualnej elity ze świecą szukać. Człowiek zapierdala (o jakie brzydkie wyrażenie) od rana niemal do wieczora ujebany (znów te wulgaryzmy) w gnoju, smarze czy innym paskudztwie i na koniec dnia ochotę ma zabawić się, a nic tak w nią skutecznie nie wkręca jak brzmienie wiosła Angusa. Zatem trza wbić do speluny i troski daleko poza zasięgiem świadomości przez chwilę pozostawić. Żyć po prostu, a ten intensywny jego wymiar po części (sporej) dzięki tym dźwiękom uzyskiwany. Cóż więcej od muzyki w takich warunkach żądać, kiedy ona pobudza i radość przynosi. AC/DC wiecznie żywe pozostaje, czy napędzane energią ziemi, kosmosu tą Boską czy zwyczajnie od fanów pochodzącą gówno (znowu prostactwo co mam je we krwi się odzywa) mnie to obchodzi! Ważne, że ona niewyczerpana, że JEST i BĘDZIE do końca! Rzekłem!

P.S. W żadnym przypadku nie pisałem o sobie, bo robotę mam czystą jak łza – zero nerwówki czy frustracji, przecież do kurwy nędzy (chamstwo werbalne po prostu) studia skończyłem. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj