niedziela, 5 stycznia 2014

Leash Eye - V.I.D.I. (2011) / Hard Truckin' Rock (2013)




Polski Spiritual Beggars, taka łatka się po drugim albumie do nich przykleiła. I fakt, bo taki przykładowo Lee the Shy z epki From Hell to Wyoming, śmiało hulający na you tubie jednoznacznie ten kierunek potwierdzał. Kolejne numery już z V.I.D.I. bez wyjątku podkreślały, że inspiracja oprócz solidnego southern rocka, tylko z tymi mistrzami renowacji old schoolowej maniery w rocku się kojarzy. Frajdę mi dwójka sporą swego czasu zrobiła i ostro kręciła się szczególnie podczas pojazdem moim przemieszczania się z punktu A do B. Jednak miesiąc miodowy dla V.I.D.I. minął dosyć szybko i na wierzch wypływające pewne mankamenty albumu odrobinę zmieniły tą spontanicznie entuzjastyczną perspektywę. Tym głównym powodem wokalna ekspozycja Sebby, taka z manierą siłową i doczepianymi niepotrzebie do frazowania zawijasami w typie ooo yeah. Na cholerę jak się nie ma naturalnego amerykańskiego z południa akcentu udawać ten luz i pokracznie pozować na zblazowanie. Nie trybie! Gość wyje poprawnie i można by się do jego popisów przyzwyczaić, ale te końcówkowe finezyjne inaczej parady zabijają radość odbioru i na dłuższą metę zwyczajnie wkurwiają! Sorry boy :) ale tak to świdruje mi dziurę we łbie, że zwyczajnie chwilami te łaskotanie zwojów mnie do śmiechu doprowadza. Drugiej łyżki dziegciu w tej beczce miodu kompozycyjno-instrumentalnego szerzej komentować nie zamierzam, bo mógłbym za obowiązek przyjąć pastwienie się nad typowo polskim brzmieniem w każdej gitarowej młócce niezależnie od gatunku, podgatunku, niszy czy jak tam zwał. Zwyczajnie czego nie wyprodukuje się dla większości rodzimych wytwórni musi to być sterylne niczym narzędzia chirurga. Fakt w omawianym przypadku prócz nowoczesnego szlifu, także sporo tu buczy, huczy czy rzęzi, ale porównanie z albumami wzorcowymi SB jednoznacznie udowadnia, że tłusty to mamy u nas jedynie czwartek, a i jeszcze podgardla polityków i wielebnych - znaczy tłuste, żeby gramatycznie być poprawnym. :) A teraz odpowiedź na pytanie zapewne czemu, oj czemu to w jednym tekście dwa albumy Leash Eye ogarniam. Otóż, gdyż :) niczym Hard Truckin' Rock nie różni się od poprzedniego wytopu. I to z kolei ostatni mankament tych płytek, że są tak bliźniacze, iż rozpatrywanie ich w jednym ciągu jest nader usprawiedliwione. Od maniery wokalnej, przez powyżej zjechaną (może nader gwałtownie :)) produkcję po każdy inny detal. Może gdyby ten bidny Sebastian tu nie zawijał tym sztucznym teksańskim nawykiem moja uwaga skupiła by się wyłącznie na kapitalnym melodyjnym frazowaniu, rzeźbieniu rasowych riffów czy purplowskiej, a momentami saloonowej klawiszowej ornamentyce. Jednak chłop chyba naprawdę wierzy, że jeans, kapelusz i cowboyki czynią z niego rasowego twardziela z lanserską wadą wymowy. Przykro mi człowieku ale krzywdzisz tym zacięciem finalny efekt z krążka i mój słuch oczywiście, czego ci wybaczyć na razie w stanie nie jestem (chuj cię to pewnie interesuje). :) "Oł kiej" kończę pieprzyć ino o jednym i na koniec ostatnie dwie refleksje wrzucę jeszcze. Pierwsza odnośnie atmosfery całościowej albumów, mianowicie pomimo, że lubię sobie je wrzucić do odsłuchu całkiem często to gdzieś tam trochę wrażenie mam, że brakuje tu tego luzu w takiej stylistyce fundamentalnego. Topornością trąca, niczym chęć rozpierdzielu zrobienia monster truckiem, a w rzeczywistości takim Honkerem przejażdżka w okolicach Mrągowa - jeśli to jasne. Jakby nie jasne więcej światła na powyższe spektakularne porównanie nie zamierzam rzucać, tylko zapowiadaną podsumowującą mądrością zakończę. Uwaga, petarda idzie! Mimo wszystko naprawdę godne to krążki! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj