środa, 21 stycznia 2015

Pantera - Vulgar Display of Power (1992)




Co tu banałami ciskać, że historia metalu, album pomnikowy itd. :) Wszyscy ci, którzy z gitarową młócą cokolwiek mają wspólnego to wiedzą i nie trzeba ich przekonywać, że te frazesy poparte są autentycznym dowodami w postaci kapitalnych kompozycji. Takie numery jak Mouth of War, Walk, Fucking Hostile, This Love to prawdziwe cacuszka, zresztą cały krążek jest niezwykle równy i trudno określać zawarte na nim utwory, jako lepsze czy nawet odrobinę gorsze. To niezwykle równa płyta, szczególnie gdy zestawić ją z oczywiście wyśmienitymi, jednako nie unikającymi drobnych wpadek następcami. Na szczególne uznanie zasługuje Anselmo, który swą agresywną prezencją sceniczną i rasowym darciem ryja wykonuje kapitalną robotę. Wszystko tutaj dopięte jest idealnie, gdy teksty rozprawiające się z frustracjami i wszelkim gównem, jakie przechodzą naznaczeni dotkliwie emocjonalni rozbitkowie, wywrzeszczane są z trzewi z taką osobistą pasją. Pantera to na ogólnie rozumianej scenie thrashowej ewenement, gdy obok takich ikon amerykańskiej motorycznej galopady jak Testament, Exodus, Megadeth czy przede wszystkim stara Metallica ich postawić. Różnią się wyraźnie od powyższych załóg, a ich podstawowy walor w pochodzeniu przede wszystkim zawarty. Nie znajduję w stylu Pantery ani ździebka patosu, czy wpływu heavy nadęcia, zamiast tego w tych numerach od chuja wkurwienia, surowego mięcha i buzującego niczym na ringu testosteronu. Bo jak tatuaże Hetfielda i spółki sterylnymi czachami po oczach biły to dziary ziomali nieodżałowanego Dimebaga Darrela upierdolone brudem i dekadencją bagnistej Luizjany - to taka metafora, gdyby ktoś już teraz rysunki z łap wymienionych panów porównywał. :) Tak na marginesie stwierdzając, tylko raz Metallica po części zbliżyła się do formuły, jaką za kilka lat tak skutecznie wypromowali się muzycy Pantery.  …And Justice for All się ta płyta nazywała, a kompozycje na niej zawarte potencjalnie w moim przekonaniu mogły być po części inspiracją dla porzucenia przez czarnego kocura spandexu jaki klejnoty opinał i brokatu w trwałych ondulacjach pobłyskującego, które u zarania zdobiły ich oblicza. To ta cześć historii kociego drapieżnika, o której już sami jej członkowie zapomnieli lub przynajmniej robili wszystko by została z ich przeszłości wymazana. :) Tak też i ja czynię na nią zasłonę milczenia spuszczając. Szczęśliwie w odpowiednim momencie się opamiętali stając się ”cowboyami z piekła rodem” – thrash core’owymi skurwielami bez kapeluszy z rondem. Strzelającymi takimi seriami kapitalnych riffów, które najwyższy szacunek maniaków na zawsze im zapewniły. Ta opowieść z takim impetem w 1990 roku zainicjowana niestety szybko się skończyła – jeszcze tylko trzy albumy studyjne, prócz wulgarnego pokazu siły zrobili i ich drogi się rozeszły. Każdy z członków grupy z własnym bagażem doświadczeń i przeżyć kolejne rozdziały w różnych konfiguracjach personalnych, w dłuższej lub krótszej perspektywie czasowej zapisał. Zresztą każdy szanujący się fan gitarowej młócy wie, co i jak dalej miało miejsce, więc nie zamierzam tutaj w wikipedię się bawić. Podsumowując, to album trwalszy niż spiż – tego jestem pewien!

2 komentarze:

  1. Zawsze miałem poczucie, że w tym albumie musi tkwić coś wyjątkowego i parę razy do niego podchodziłem. Nie zatrybiło jeszcze. Cowboys From Hell łykam bez popity, Far Beyond Driven również, ale do Vulgar chyba jeszcze długo się nie przekonam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie od Vulgar... po Reinventing to stal szlachetna, bez żadnego ogniska korozji. ;) :)

      Usuń

Drukuj