czwartek, 23 marca 2017

Fear Factory - Digimortal (2001)




Szesnaście lat temu (nie mogę się nadal przyzwyczaić to takich wartości czasowych), Digimortal był rodzajem szoku i może nawet rozczarowania, gdyż niby stylistycznie pozostawali rozpoznawalni, w miejscu jednocześnie nie stojąc, a ich muzyka jakby obranego kierunku nie oceniać po prostu ewoluowała, to jednak coraz mniej było w niej pazura utożsamianego z brutalną agresją i totalną miazgą płynącą z uzyskiwanego brzmienia. Coś było na rzeczy, że zamiast „hard” kompozycje coraz bardziej kierowały się w „soft” stronę. Gitary niby cięły te rwane riffy, moc była jak zawsze konkretna, a melodia nie zastępowała mechanicznego pulsu, to jednak rytmika zmiękczona została coraz wyraźniej chwytliwymi refrenami. Zamiast autorskiej pochodnej chłoszczącego bezlitośnie zimnego odhumanizowanego industrialu, do odsłuchu dostałem materiał idący mocno w stronę modnych brzmień typowo nu metalowych. I chociaż Fear Factory od zawsze było uznawane za prekursora stygmatyzowanego trendu, to jednak na Demanufacture jak i Obsolete nie zaznałem tak wyraźnych konotacji z tym do bólu komercyjnym ujęciem gatunku. Na Digimortal niestety za dużo było tych wycieczek na „żenującą stronę mocy” i w efekcie nie zrobił ten album na mnie wrażenia porównywalnego z dwoma szacownymi poprzednikami. Co jednak człowiek spostrzegał ówcześnie jako rodzaj zawodu, dzisiaj widzi nieco inaczej, bo sporo się w międzyczasie wydarzyło i obraz dostrzegalny zmodyfikowało. Teraz z perspektywy lat nastu trzeba przyznać, że był to ostatni album z serii tych rozwijających autorską formułę w klasycznym składzie personalnym i niespychających grupy na manowce. Chociaż odejście Dino Cezaresa nie odbiło się tak od razu na jakości dźwięków, bo Archetype to bardzo dobry krążek, to już Transgression był totalną pomyłką i ostatecznym impulsem do zarzucenia kontynuowania dzieła spełnienia bez przysadzistego gitarzysty. Słucham sobie obecnie Digimortal, przyznaję, że po dłuższej przerwie i z chęcią po kolejne odsłuchy tego materiału sięgam. Nadal w konfrontacji z klasykami z lat dziewięćdziesiątych wypada on skromniej, ale nie czuje już tej przepaści pomiędzy nimi, jaka wówczas nakazywała zastanawiać się czy granicy nie przekroczyli. Oni jej nie przekroczyli, tylko z wyczuciem gdzieś niekoniecznie po linii prostej przesunęli. 

2 komentarze:

  1. Niby słaby krążek ale i tak lubię go bardziej od dwóch ostatnich;)

    OdpowiedzUsuń
  2. The Industrialist słabizna, może jedynie jako mini album po wykrojeniu najlepszych numerów dałby radę, natomiast Genexus trzyma poziom i jest powrotem do formy.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj