czwartek, 26 maja 2016

Gojira - L'Enfant Sauvage (2012)




Nie ma co dyskutować z teorią zakładającą, że określone dźwięki trafiają do człowieka w sprzyjających okolicznościach, kiedy jest już odpowiednio przygotowany do ich przyswojenia. Innymi słowy, prosto z mostu by jasność pełna była – kiedy przyjdzie na nie czas. :) L’Enfant Sauvage w 2012 roku pomimo prób dość wytrwałych jako całość do mnie nie trafiła, chociaż kilka kompozycji już od pierwszego odsłuchu wyraźnym echem powracało, gdy cisza nastawała. Tak już jest jednak, że kierując się powyżej wyłuszczona zasadą często po dłuższym czy krótszym czasie powracam do tych albumów, które intrygują, chociaż jakieś wielkiej przyjemności ówcześnie nie przynosiły. Tym razem wtórne podejście nastąpiło tuż po premierze pierwszego singla z nadchodzącej już wkrótce płyty. Stranded tak mocno wbił się w mą świadomość, że nie omieszkałem błyskawicznie odtworzyć zarówno L’Enfant Sauvage jak i The Way of All Flesh. O tym drugim krążku kilka zdań skreślę niebawem, a teraz maksymalnie subiektywna refleksja w temacie longa z 2012 roku. Na starcie nomen omen Explosia z riffem jak przystało na Gojire mechanicznym i sprzężeniami eksplozję przypominającymi. Mocne otwarcie numerem, który akurat melodyjnej chwytliwości w głównym temacie pozbawiony. Nie trzeba jednak długo czekać by usłyszeć mechaniczny puls precyzyjnie skonstruowanych riffów współegzystujący z przebojowym szlifem wwiercającym się w czaszkę. Kompozycja tytułowa to modelowy przykład tego waloru, który w wykonaniu Francuzów do mnie skutecznie przemawia. Temat główny zbudowany na przestrzennym motywie to największa siła Gojiry, taki który swą progresywną naturą i jednocześnie transowym zapętleniem nie wyłazi z łba łatwo. To samo odczucie towarzyszy mi, gdy z głośników wybrzmiewają Liquid Fire, Born in Winter, The Axe i przede wszystkim absolutnie zjawiskowy The Gift of Guilt, który to dodatkowo w wersji koncertowej zamieszczonej w sieci samym ascetycznym obrazem miażdży. Prócz tych perełek by nudy słuchacz nie zaznał ekipa Joe Duplantiera raczy przebogatymi, złożonymi rytmicznie i maksymalnie zintensyfikowanymi kompozycjami w rodzaju Planned Obsolescence, Mouth of Kala oraz Pain is a Master, zeschizowanym i ciężarnym The Fall jak i intrygująca miniaturką The Wild Healer. Podsumowując, natura ekipy znad Loary skomplikowana, bo w tym matematycznym układzie pancernych riffów, sprzężeń, pisków, uderzeń perkusji, basowych wygibasów, ryków i w miarę czystych wokalnych zawodzeń kryje się nie tylko intrygująca kombinatoryka, ale i progresywna świadomość o ogromnej wyobraźni. Odkrycie tego niełatwe, za to trud rekompensowany godziwą przyjemnością odkrywania tych dźwięków z perspektywy podatności na ich czar. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj