środa, 18 maja 2016

Radiohead - A Moon Shaped Pool (2016)




Szczerze zeznając to nie znam się gruntownie na dźwiękach jakie Radiohead od lat eksploruje. Kiedy pierwsze efekty pracy Brytyjczyków oficjalnie na światło dzienne wychodziły absolutnie w stronę wyspiarskiej alternatywy nie zerkałem, później gdy w ich twórczości elektroniczna awangarda miejsce gitar zajmowała tym bardziej nie była to moja bajka, a znajomość muzyki sygnowanej nazwą Radiohead jedynie do pojedynczych tytułów się ograniczała. Jakieś próby komitywy miały miejsce, a ich inspiracją przede wszystkim częste wyznania braci Cavanagh jakoby zakochani w kompozycjach Greenwooda i Yorke’a Anathemę na bliźniacze wody kierowali. Tak jak muzycy Anathemy dali się oczarować kompozycjom rodaków, tak ja nie byłem w stanie ulec jej magii. Nie wsiąkłem w tego rodzaju estetykę na tyle by stać się fanem, choć Codex z poprzedniego krążka już chyba na zawsze będzie mnie wprowadzał w stan intensywnej zadumy. Jako laik w temacie jestem jednak w stanie zrozumieć, że dla zdeklarowanych miłośników alternatywy promowanej na naszym podwórku przez między innymi wszędobylskiego, niestrudzonego Artura Rojka to grupa kultowa krytyce jakiejkolwiek nie poddawana. Nawet więcej traktowana w wiekomiejskim środowisku aspirującym do intelektualnej elity jako obowiązkowy atrybut przynależności do jej struktur. Lans na Radiohead jest pożądany i intensywnie stosowany, jednak nie mnie oceniać ile w nim autentycznej fascynacji, a ile trendziarskiej psychologii tłumu. Jak powyżej napisałem, nie znam się i pokora nakazuje mi powstrzymanie się przed dalszymi spekulacjami. :) Nie chcę wykazać się ignorancją, pragnę uniknąć także posądzenia o arogancję, nie oceniam i nie osądzam, a przynajmniej staram się pomimo naturalnej pokusy jaka u sarkastycznego dziada ciętego na lans dominuje, tego nie czynić. Pytanie teraz, tym co jakimś zbiegiem okoliczności czytają moje wypociny się nasuwa, na cholerę człowieku piszesz o muzyce grupy której na co dzień nie słuchasz, więcej tej muzyki nawet w podstawowym wymiarze nie znasz! Ano piszę, bo akurat A Moon Shaped Pool od kilku dni dosyć aktywnie przyswajam i robię to z nieskrywaną rozkoszą. :) Trudno mi zidentyfikować powód który zaciążył na takim obrocie spraw, bo zwyczajnie nie potrafię fachowo i wyczerpująco słowami opisać budowy nowego krążka i nie jestem w stanie merytorycznie porównać zawartości najnowszego albumu z produkcjami poprzednimi. Nie poświęciłem im przecież odpowiedniej ilości czasu, poskąpiłem osobistego emocjonalnego zaangażowania, nie wykazałem potrzebnej cierpliwości, ograniczając się do odsłuchów wyłącznie cząstkowych. Filozofia jak coś żre to się tego słucha, jak nie żre to się to odstawia w tych wszystkich przypadkach okazała się praktyczna, bo tak jak kiedyś nie było chemii tak w przypadku A Moon Shaped Pool jak na razie ta chemia, co zaskakuje, jest. Kręci mnie tak po prostu ta oniryczna atmosfera, eteryczna poświata i ilustracyjny charakter, szczególnie kiedy zmrok zapada i pozwala na pełne zatopienie się w dźwiękach. Więcej merytorycznie względem bieżącej twórczości ekipy Toma Yorke'a w tym momencie nie jestem w stanie napisać, więc nie będę porywał się na wymuszoną próbę bardziej wyczerpującego opisu, zrobią to rzecz jasna ci co ekspertami w sprawie. To moje chwilowe zainteresowanie, albo początek dłuższej kohabitacji, raptem jedynie z tym krążkiem przygoda lub też z szerszym przekrojem dyskografii Radiohead związek. Przekonam się o tym kiedy A Moon Shaped Pool swój egzamin z długotrwałej przyjaźni zda na ocenę pozytywną, wtedy to z pewnością na biegu wstecznym sięgać po kolejne albumy będę. Kompleksowa znajomość twórczości grupy jest więc możliwa i miejsce w mej duszy także do zagospodarowania się znajdzie. :) Może kiedyś na tych stronach pojawią się kompetentne recenzję pozostałych płyt – jednak tylko wtedy kiedy nastąpi zawiązanie z nimi głębszej relacji. :)

P.S. Mogłem napisać we wstępie, że to nie będzie typowa recenzja – powinienem uczciwie to zrobić! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj