czwartek, 12 maja 2016

Saving Private Ryan / Szeregowiec Ryan (1998) - Steven Spielberg




Stracił Spielberg szczególnie ostatnio instynkt, tą umiejętność łączenia kina rozrywkowego z istotnym, wartościowym przesłaniem jakie za pośrednictwem jego głośnych tytułów do ogromnej publiczności docierało. Znany od zawsze był jako spec od hollywoodzkich superprodukcji, ale potrafił także kilkukrotnie udowodnić, że nie tylko lekką komercją nakarmić widza potrafi. Na czele pośród tych wybitnych artystycznie i merytorycznie filmów Lista Schindlera musi być wymieniona, a obok niej zaraz Imperium Słońca, Kolor Purpury i właśnie Szeregowiec Ryan. W produkcjach sygnowanych jego nazwiskiem efekty specjalne częstokroć odgrywały ważną rolę i dzieło z 1998 roku jest tej tezy idealnym potwierdzeniem. Tutaj widowiskowość użytych sztuczek przekłada się wprost na efektywność budowania wrażenia jakoby w centrum akcji widz się znajdował, a wokół niego wojenna pożoga zbierała niezwykle realistycznie swoje żniwo. Sekwencja lądowania wojsk alianckich w Normandii to majstersztyk sam w sobie, równie wstrząsający emocjonalnie, poddający w wątpliwość przekonanie o cywilizacyjnych zdobyczach humanizmu, kiedy setki młodych istnień ludzkich uświęca swą krwią francuską ziemię jak i imponujący od strony czysto technicznej, gdy świst kul, huk eksplozji dosłownie rozrywa bębenki, a urywane fragmenty ciał i płynów fizjologicznych rozbijają się o obiektyw kamery. Robota Janusza Kamińskiego i całej ekipy technicznych specjalistów zaiste niesamowita, porównywalna wprost z tym co Sławomir Idziak (brawo Polska!) w kilka lat później dokonał współpracując z Ridleyem Scottem przy Helikopterze w ogniu. Ten sam chaos pola walki do bólu autentycznie uchwycony okiem kamery, to samo przerażenie w oczach żołnierzy postawionych przed obliczem śmierci i zmuszonych do instynktownej obrony własnego życia. Szeregowiec Ryan to nie jest obraz modelowo bezpieczny, taki w którym zachowuje się wyraźnie czarno-biały schemat, w którym jasno i klarownie wiadomo kto zły, a kto dobry. Nie jest to taki w stu procentach wojenny dramat w jankeskiej odsłonie, stosowana narracja bowiem przypomina bardziej obdarte z patriotycznego makijażu filmy pokroju Plutonu, niż upudrowane widowiskowe produkcje traktujące o działaniach wojennych powstające masowo w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Żeby beztrosko nie podłożyć się pod topór kata krytyki oczywiście czuję podczas projekcji, że Spielberg stosuje chwyty mogące być określane mianem emocjonalnej manipulacji, bo zarówno muzyka Johna Williamsa zalewa intensywnie całość patosem jak i łopot gwiaździstej flagi jest słyszalny, to jednako te tanie chwyty nie zabijają autentyczności dramatycznych wydarzeń, a tylko chronią film przed popadaniem w skrajny relatywizm i odpychającą totalną surowiznę. W tym zachowaniu odpowiednich proporcji widzę właśnie geniusz Stevena Spielberga, który wielokrotnie potrafił przełamać bezpośrednią brutalność i zrobić to z wdziękiem by obrazu nie pozbawić ambitnej psychologicznej głębi oraz nie przygotować akademickiego elaboratu dla przeintelektualizowanej, zmanierowanej elity. Odnalazł w tym przypadku złoty środek – uniknął taniego moralizatorstwa i radykalnej dosłowności prosto w oczy poskąpił. Tak, rozumiem także, że ten kompromis dla wielu może być decydującą wadą Szeregowca Ryana.

P.S. Patrząc na wojenne filmy, szczególnie ostatnimi czasy i biorąc pod uwagę okoliczności oraz współczesne polskie realia zastanawiam się kiedy zaczniemy uczyć dzieci, że wojna to żadne bohaterstwo, a ginący ludzie to niemal mityczni herosi. Kiedy historia ten doświadczony naród nauczy, że cierpienie, strach i bezradność to codzienność w obliczu wojny. Co to za chwała, która przelewa krew przypadkowych ofiar, co to za zwycięstwa kiedy każda strona konfliktu pogrążona we łzach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj