czwartek, 5 maja 2016

Spiritual Beggars - Sunrise to Sundown (2016)




Przeprowadziłem z Sunrise to Sundown swojego rodzaju eksperyment, doświadczenie które na celu miało sprawdzić jak szybko zużyty zostanie ten oldschoolowo przebojowy potencjał jaki Szwedzi na swym najnowszym albumie zamieścili. Eksploatacja krążka na maksa, do bólu niemal porzygania. :) Bezwzględnie, uparcie by przekonać się o jego klasie, zweryfikować właściwą wartość i dotrzeć do wszelkich zakamarków kompozycji. Myślę, że znam w tym momencie każdą nutę, wszelkie detale i mogę śmiało wydać własną opinię, która rzecz jasna nie ma większej siły oddziaływania ponad subiektywne przekonanie jakiegoś podrzędnego typa, któremu zamiast korzystać z prostackich uciech życia chce się pisać w niemal próżnie o przesłuchiwanych albumach. Żadna to kokieteria tylko smutne realia z jakimi należy się konfrontować z podniesiona głową. Komu prócz totalnych maniaków chce się jeszcze interesować muzyką z marginesu! Zapoznawać ze zdaniem innych, kiedy każdy wie najlepiej, posiada wiedzę wrodzoną (tylko taka teraz istnieje) ma głęboko w dupie (której dwa idealnie spasowane pośladki to ignorancja i arogancja) wszystko za wyjątkiem tego co w towarzystwie lans może zapewnić. Komu się pytam i z miejsca zaznaczam, że nie narzekam, tym bardziej się nie skarżę i głasków nie oczekuję, tylko informuję, że ta rzeczywistość, w tym segmencie nie spełnia moich oczekiwań - tyle! ;) Na szczęście gitarowe młócenie w tym klasycznym, energetycznym wydaniu nie potrzebuję miejsca w mainstreamie, bo tam traci swój drapieżny charakter na rzecz miałkiego podlizywania się za kasę. Lepiej dla takiej stylistyki, kiedy fan nieliczny ale w pełni oddany. Tak siebie w tym momencie spostrzegam, gdy Sunrise to Sundown z maniakalną gorliwością niemal w każdej codziennej sytuacji katowałem, a on nawet w drobnym stopniu nie dał mi odczuć znudzenia, wbijając mi na gębę ustawiczny grymas zadowolenia, udowadniając że wzorce przemielone wielokrotnie w różnorodnych konfiguracjach nadal mogą ogromną przyjemność przynosić. Purplowski (ten made in Richie Blackmoore) hard rock od Return to Zero jest dla ekipy Michaela Amotta drogowskazem i po raz kolejny opieranie się na legendarnych wzorach przynosi sukces artystyczny, bo te jedenaście numerów bez wyjątku to kapitalna robota. Kiedy dodatkowo pośród fundamentalnej inspiracji ikoną hard rocka potrafi się z gracją i odważnie przemycić fantastycznie zaaranżowane zagrania sięgające do współcześnie wyklinanych, naznaczanych piętnem kiczu charakterystycznych struktur spod znaku Whitesnake czy o zgrozo ;) Europe, to taki ruch zasługuję przynajmniej na miano outsiderskiej ekstrawagancji. Gdybym był właścicielem youngtimera rocznik 80, to wrzuciłbym na nos okulary Cobrettiego i z pełni wykorzystywanym potencjałem samochodowego stereo paradował po reprezentacyjnych ulicach miasta. Niech się gówniarze śmieją, niech to chociaż mają, bo na dobrej muzyce to za cholerę te rozkapryszone chłystki nie się znają! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj