piątek, 2 września 2016

Napalm Death - Utilitarian (2012)




Nie dziwi mnie, że dobra passa Napalm Death trwa, bo materiały studyjne cyklicznie fanom podsuwane trzymają od lat bardzo wysoki poziom, lub wzlatują nawet ponad to czego się od nich oczekuje. Utilitarian sprzed czterech lat jest tej tezy żywym dowodem przekonując nawet malkontentów, że wieloletnia obecność na scenie i funkcjonowanie w niszy z natury formalnie ograniczonej nie musi skazywać weterana na sentymentalne (czytaj bo świeżości brak) powielanie klasycznych rozwiązań sprzed dekady lub nawet dwóch. Napalm Death to zespół wyjątkowy z wielu powodów, których wymienianie w tym miejscu byłoby wyłącznie klonowaniem oczywistych i jednoznacznych opinii jakich w środowisku się dorobili. Zatem daruję sobie mnożenia komplementów, których bezsporną zasadność w pełni uznaję i napiszę tylko, iż Utilitarian oferuje wszystko to z czym ekipa Brytoli utożsamiana. Obłędną dynamikę i ciężar z brutalnym brzmieniem, punkową zadziorność, metalowe precyzyjne cięcia i noisowy zgiełk, a ponadto urozmaicenie w postaci czystych i potężnych chóralnych zaśpiewów. Ich niewiele, lecz właśnie w tym zabiegu siła - w tym drobnym wybiegu tkwi spora atrakcja. Absolutnie nie zmienia ona charakteru kompozycji, jest jedynie skutecznym sposobem na ożywienie standardowej koegzystencji skrzeku Mitcha Harrisa z bulgotem Marka Greenwaya. To prawdziwie furiacki, zintensyfikowany pokaz siły weteranów, którzy nie bardzo chcą spuścić z tonu, dowodząc z przytupem, że zyskany szacunek jest czynnikiem zobowiązującym i skutecznie mobilizującym. Ale oni jak napisałem - są przecież wyjątkowi, stąd to mnie nie dziwi. :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj