środa, 14 września 2016

Testament - Low (1994)




Pewnie wyłamię się ze schematu, w którym lata osiemdziesiąte, oceniane są jako te najbardziej wartościowe w historii ekipy Testament. Stwierdzając z pełną świadomością, że start ich był piorunujący, to jednak gdzieś z biegiem czasu nie w pełni wykorzystali drzemiące w nich możliwości i ogromną koniunkturę na thrashowe łojenie. Wśród wielkiej czwórki gatunku nie zaistnieli, a droga od The Legacy do Souls of Black to z pewnością nie równia pochyła, ale w moim przekonaniu obniżanie poziomu lotu. Fakt, że lata dziewięćdziesiąte absolutnie nie były dla motorycznego thrashu łaskawe paradoksalnie zmusił niezłomnego Erica Petersona do podjęcia radykalnych decyzji wiążących się z zastąpieniem dezertera Skolnicka po niesatysfakcjonującym The Ritual, innym wirtuozem wiosła, którym James Murphy się okazał. Zupełnie inny styl gry Murphy’ego plus dodatkowe przetasowania w składzie sprawiły, że naturalnie formuła muzyczna grupy została zmieniona, a efekt uzyskany nazwę bez ogródek niezwykle świeżym i ożywczym. I w tym miejscu dokonam identyfikacji dodatkowo zaskakującej, stwierdzę bowiem, iż to właśnie za sprawą Low Testament odnalazł trwałe miejsce w moim sercu i do dzisiaj z niekłamaną przyjemnością zaraz po genialnym The Gathering najczęściej sięgam właśnie po ten i nagrany jeszcze w trzy lata po nim album. To naprawdę rzecz wyjątkowa, kiedy zespół sytuacją rynkową, kryzysem popytu na scenie powodowany staje pod ścianą i zostaje zmuszony do skazanej na niepowodzenie walki o życie, a efekt uzyskany pod względem jakości jest znakomity, choć niekoniecznie skuteczny - co akurat częste. Niestety za sukcesem artystycznym nie kroczył ten komercyjny i summa summarum kapitalne numery w rodzaju Hail Mary, Legions, Chasing Fear czy Dog Faces Dog – brutalne w brzmieniu, ciekawe w kwestii aranżacyjnej i rewelacyjne w sferze wykonawczej musiały odczekać swoje by zaistnieć w szerszym kręgu. Z perspektywy czasu ówczesna postawa grupy zasługuje na bonusowe uznanie, gdyż krocząc własną ścieżką częstokroć pod prąd trendów, adaptując się na własnych zasadach do warunków, nie tyle finalnie przetrwali, ale także wyszli z zawirowań i perturbacji silniejsi. A wszystko dzięki Petersonowi i Billy’emu – upartym skubańcom potrafiącym przeć naprzód, znajdując po drodze wybitnych towarzyszy misji osadzania klasycznego thrashu w nowoczesnej formule. Podsumowując Low otworzył nowy rozdział, Demonic utrzymał odpowiedni kurs, ale to The Gathering wpisał ich złotymi głoskami do historii metalu, o czym już jakiś czas temu wychwalając dzieło z 1999 roku pisałem. Niemniej jednak by dotrzeć do miejsca w którym The Gathering określił ich arcyistotny wpływ na gatunek musieli stoczyć długą batalię, przełamać niemoc i postawić stopę na terenach zawłaszczonych przez ekspansywne młodzieżowe trendy. A na takie decyzje i działania stać wyłącznie największych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj