sobota, 18 października 2014

Sanctuary - The Year the Sun Died (2014)




Rozpad Nevermore pogrążył mnie w żałobie i tylko, wkrótce po tym dramacie rzucona informacja o reaktywacji Sanctuary mogła ukoić mój ból. :) Stare Sanctuary to już niemal prehistoria, a ja nawet nie będę próbował dla lansu udawać, że ich ikoniczny dwupłytowy dorobek przerabiałem już pod koniec lat osiemdziesiątych. Świeżo upieczonym nastoletnim szczylem byłem ówcześnie, za cholerę zainteresowanym gitarową młócą. Piłka kopana, Wigry 3, dziorgi, trzepak i tym podobne manewry mnie kręciły. :) Nie minęło jednak kilka lat, a po inicjacyjnych doświadczeniach z metalową czy rockową materią, krążków Sanctuary udało mi się spróbować. Formacja już wtedy sczezła była w otchłani, w mrokach przeszłości się pogrążając, a ten charakterystyczny wokal Dane’a zaistniał na albumach narodzonego Nevermore. Dziś historia koło zatoczyła, a Warrel Dane w towarzystwie starych ziomali na nowo pod szyldem Sanctuary dał głos. Inny, takie mam subiektywne odczucie, bo po piskliwej manierze, jaka na Refuge Denied i Into the Mirror Black królowała już niewiele pozostało. Teraz to moc, potęga i jad w zdecydowanie dojrzalszej, wytrawnej formie. Nie mam zamiaru w ogólności i szczegółach The Year the Sun Died z poprzednikami konfrontować, bo czasy inne, możliwości producenckie w kwestii brzmienia nieporównywalne. Skupie się na krążku powrotnym, jako zdecydowanie nowym otwarciu i w tym założeniu zdyscyplinowanie będę próbował trwać. Od startu jest w nim zawarta najwyższa klasa i kropka! Świetnie rzeźbione riffy suną z impetem, mniej skomplikowane niż te spod łapy długopalczastego Loomisa, lecz w swej klasycznej formule równie zachwycające. Jeff z natury je komplikował, Lenny Rutledge zaś bardziej na bezpośredni efekt stawia, stąd w mym przekonaniu to zupełnie odmienne w założeniach style wiosłowania. Sporo melodii, zgrabnych gitarowych pasaży, maestrii solówek, prostej lecz niebanalnej galopady, ale i jednocześnie zwartej struktury w solidnym kręgosłupie rytmicznym. Przede wszystkim bębnów, bez popisów w sensie sztuki dla sztuki, tylko zdyscyplinowanie podległych kluczowej strukturze utworów. Produkcja czyściutka, sterylna, w pełni oddająca głęboką przestrzeń w kompozycjach zawartą. Pewnie liczne grono tych, co z dreszczem emocji i z wypiekami na twarzy wsłuchują się od kilkunastu dni w dźwięki The Year the Sun Died oceni, że więcej w tym dzisiejszym sanktuarium bogatej ornamentyki wprost z krążków Nevermore, niźli klasycznego szorstko-ostrego mielenia sprzed lat. I ja to rozumiem, z takim odczuciem jestem gotów po części się utożsamiać, jednak w moim pełnym przekonaniu w odpowiednich proporcjach tu egzystuje charakterystycznie uchwycona stylistyka Nevermore wespół z fundamentem archetypicznego stylu, jaki panowie z Sanctuary ćwierć wieku temu preferowali. Te dwadzieścia pięć lat różnicy (sic!) rzecz jasna słychać nader wyraźnie, ale nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewał się, iż inaczej będzie. Czy wolę stare czy nowe, bez dosłownej odpowiedzi to pytanie pozostawię. Mój sprzęt audio ma znacznie więcej do zaoferowania odtwarzając to, co współcześnie w studiu ukręcone, przy archaicznych klasykach zdarza mu się efekt brzmieniowy spłycać. Taki kontekst audiofilski ma znaczenie. ;) Podsumowanie czas skreślić, bom się rozpisał, znaczy rozpasał nieco. :) Mam ja teraz, gdy słucham reaktywacyjnego albumu legendy gębę uradowaną, łzy po części po zgonie jednej z moich ulubionych formacji otarte i apetyt na kontynuacje solowej działalności Dane’a zaostrzony. Znaczy satysfakcja w moim sercu zagościła. :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj