Napiszę wprost i
ograniczę się do jedynie kilku zwięzłych zdań. Mniej więcej w tym samym czasie
nad tragiczną historią z wyspy Utoya pochylił się Paul Greengrass (niewątpliwie
uznany światowej klasy fachowiec od fabularyzowania autentycznych
wstrząsających wydarzeń - Krwawa niedziela, Lot 93) i właśnie Erik Poppe - nabierająca od lat wiatru w żagle, jeszcze nadal lokalna, ale już chyba bardzo
mocno pukająca do elity europejskiej, norweska reżyserska figura. Jednak
obydwie produkcje łączy niewiele prócz rzecz jasna fundamentu, bowiem w odróżnieniu
od Greengrassa Poppe skupił się wyłącznie na samych wydarzeniach z wyspy, bez
całych okoliczności przed i po tragedii, patrząc na nie z perspektywy ofiar
szaleńca. Stąd efekt daleki jest od typowo fabularnej opowieści, czy kroniki
wydarzeń, a przybiera on formę niemal gry komputerowej, w której uczestniczymy
i z punktu widzenia pierwszej osoby walczymy o ocalenie. Kamera jest żywa, niezwykle
intensywnie dodająca charakter sytuacji w której strach, panika i chaos nadają
jej potwornie realistycznego sznytu. Dlatego też trudno polecać tego rodzaju seans, gdyż jest to przeżycie gwałtownie poruszające i szalenie traumatyczne,
sytuujące formalnie obraz na pograniczu wstrząsającego dokumentu i jak
wyżej zaznaczyłem angażującej psychicznie niemal realnej fizycznej walki o życie.
wtorek, 29 października 2019
poniedziałek, 28 października 2019
Churchill (2017) - Jonathan Teplitzky
Nie mam tak w stu
procentach przekonania, w czym tu widzę zasadniczy problem. Czy on może tkwi u
podstawy, że to obraz formalnie tak mocno przywiązany do klasycznych ram
filmowej biografii, graniczącej z hagiografią i w dodatku sprowadzającej sedno do drętwego roztrząsania newralgicznych życiowych momentów jej bohatera? Może jednak na nieco krytyczny, a na pewno mało
zaangażowany odbiór wpłynął zwykły splot okoliczności, powiązany z sytuacją, iż tak niedawno temu oglądałem
Czas mroku, czyli obraz w zasadzie sprowadzający się do wykorzystania tego
samego wątku, ale nieco bardziej atrakcyjnie dla oka fabularnie i zwłaszcza wizualnie zaaranżowanego.
Chyba że u podstaw braku zachwytu leży fakt tak oczywisty, że to film Jonathana
Teplitzky’ego, który jako reżyser konserwatywny nie zwykł w swoich obrazach
kombinować dla zwiększenia ekscytującego potencjału.?A może właściwie to
problemu brak, a ja na siłę szukam dziury w całym czepiające się złośliwie. ;) Na korzyść ekipy zaangażowanej w pracę bezdyskusyjnie przemawia bardzo dobra rola Briana
Coxa, wyraźnie jednak bliźniacza z tą Oldmana kreacją, mimo że bardziej intymna i z mniej wyeksponowaną charakteryzacją oraz skupienie się właśnie na kwestii merytorycznej sprowadzonej do emocji
Premiera Zjednoczonego Królestwa w obliczu odpowiedzialności i strachu potęgowanego
przeszłymi wojennym doświadczeniami oraz poczuciem winy chroniącym zmęczonego
przywódcę przed kolejnymi wyrzutami sumienia. Minusem natomiast (który trzeba z
wyrozumiałością przyjąć) nieuniknione w tego rodzaju filmowej estetyce szarżowanie
patosem i egzaltacji poziomem trudnym do zniesienia – dla usprawiedliwienia
jednakże dodam, iż podkreślającym zasadnie rangę chwili oraz bilans kosztów w
sensie poświęcenia młodego życia na krwawym polu bitwy. Dobrze jednak, że dla utrzymania równowagi
autentyzm zachowań nie jest aż tak teatralny jakby być mógł, gdyby reżyser zdecydowanie przekroczył
granice dobrego smaku i wszedł na terytorium pretensjonalnej tandety i co najważniejsze
psychologiczne uwarunkowania nie dają powodów aby rugać przez pryzmat irytującej posągowości postaci. Churchill w ujęciu Teplitzky'ego to człowiek z krwi
i kości – żaden wyłącznie charyzmatyczny mąż stanu, ale prócz nadanych przez historię cech twardego
zawodnika, także pełen wątpliwości staruszek wsparty na fundamencie asystującej troskliwej i wyrozumiałej małżonki.
sobota, 26 października 2019
The Laundromat / Pralnia (2019) - Steven Soderbergh
Oparta na „prawdziwych
tajemnicach” gorzka lekcja ekonomii w rozrywkowej, nastawionej na specyficzną
interakcję z widzem formule. Po linii tych wszystkich nadpobudliwych produkcji
o finansjerze (Big Short itp.), tylko z mniejszym rozmachem (choć Netflix nie
ogranicza)
i jeszcze większym dystansem (choć żadnej z tych temperamentnych produkcji o
przewałach luzu nie brakowało :)) - w sensie wykorzystania swobodnej formuły
opartej o całkiem zabawne poczucie humoru. Wysoce stężona ironiczna komedia o
prawdziwych ludzkich dramatach fundowanych przez cwaniaków wielkiego biznesu. W
niej świat spółek fasadowych, czyli rzeczywistość sprzedawanej iluzji, bez
ponoszenia żadnej odpowiedzialności. Bowiem wszyscy pragną kasy, nikt nie jest
odporny na pokusę bogactwa lub zaoszczędzenia grosza. Tą mniejszą (ciułacze-skarpeciarze) lub tą większą
(korporacyjne tuzy) - nie ma bata! Chciwość to najpopularniejszy grzech główny
na którego podatność czyhają skomplikowane systemy drenowania portfeli.
Świetnie zagrana edukacyjna tragifarsa (trójca Streep-Oldman-Banderas rządzi), ale jednak jako całość nie do końca tak genialna jakby być mogła, gdyby Soderbergh w końcu przedłożył
dopracowaną jakość nad hurtową ilość i zaprzestał kręcenia co roku nowego filmu,
skupiając się na jednym tytule w kilkuletnim przedziale czasowym. Bo przecież
ma człowiek łapę do świetnego kina, tylko strasznie dużo w nim jak podejrzewam niecierpliwości.
czwartek, 24 października 2019
Portrait de la jeune fille en feu / Portret kobiety w ogniu (2019) - Céline Sciamma
Nie wiem jak bardzo osoba Céline Sciamma była dotąd w europejskim kinie znana. Wnioskując po pobieżnym zapoznaniu się ze spisem jej dotychczasowej pracy myślę, że status młodej rokującej scenarzystki i reżyserki pasował do niej znakomicie, a to co obecnie obserwuje się wokół jej najnowszego obrazu może nie zakrawa na jakieś istne szaleństwo wzrostu rozpoznawalności, ale powoduje, iż jej nazwisko z pewnością wyjdzie wyraźnie poza znajomość tylko i wyłącznie wielbicieli niszowego artystycznego kina. Ja zdecydowanie jestem świadom, iż bez świetnych recenzji wspomaganych dość intensywną promocją między innymi w mediach społecznościowych, zapewne nie zwróciłbym uwagi na tytuł, który sam w sobie przecież zabrzmiał intrygująco. Może jakimś trafem, kierowany intuicją i ciekawością znalazłbym się podczas projekcji w kinowej sali, ale to dość małe prawdopodobieństwo, więc wdzięczny jestem, że jakość tego dzieła pozwoliła przygotować krytyce odpowiedni grunt promocyjny i dotrzeć też z tą wyjątkowo uczciwą reklamą do mnie. Mimo iż Portret kobiety w ogniu to wymagające kino dla może nie "kultowego" lecz z pewnością wysublimowanego widza, to nikt kto wrażliwy na piękno wizualne nie przejdzie obojętnie obok niezwykle malarskiej i poetyckiej historii żarliwej (może neurotycznej) namiętności, która nie miała szansy na wyczerpujące skonsumowanie, przez co stałą się nieśmiertelna. Historii w której tak samo dostrzeżemy klasyczne atrybuty romantycznego kina kostiumowego, tudzież mitologiczne pararele, jak i szeroki wachlarz sugestii i aluzji charakterystycznych dla współczesnego kina autorskiego - w tym silne wpływy, na szczęście w subtelnym duchu myśli feminizującej. Stąd Portret kobiety w ogniu, to idealna symbioza przepięknej formy wizualnej, leniwej powierzchownie, a pulsującej podskórnie charyzmatycznym nerwem narracji i głębokich filozoficzno-socjologicznych dociekań, skrytych pod właściwym intymnym portretem miłosnej relacji, malowanej urzekająco sugestywnie każdym drobnym gestem i dyskretnym spojrzeniem bohaterek.
P.S. To kino niezwykle kobiece, tak więc wymagające szczególnie od mężczyzn odwagi (co zrozumiałe dość zagubionych pośród szczególnie scen ckliwości), aby przyznać się do swojej podatności na wysokie stężenie romantyczności, przeżywając wewnętrznie potężny ładunek kłopotliwych dla płci dominującej emocji. :)
środa, 23 października 2019
Tool - Fear Inoculum (2019)
Już ponad miesiąc od
tej latami oczekiwanej premiery minął. Co jest zarówno niczym w odniesieniu do
czasu i cierpliwości w jaką fani uzbroić się musieli, jak i okresem wystarczającym jak się
okazuje, by kurz opadł, a niezwykle mocno nakręcone emocje straciły swą wrzącą temperaturę. Dziś z perspektywy odsłuchów liczonych w dziesiątki napiszę zdań
kilka. Jednocześnie w tonie ironicznym jakim dzieliłem się swymi zwięzłymi spostrzeżeniami na gorąco,
jak i we właściwej części refleksji spojrzę naturalnie na Fear Inoculum poważniej, bogaty
ponad miesięcznym doświadczeniem z nim obcowania. W zasadzie to na otwarcie (pocierając wówczas jak miliony innych zainteresowanych kolanem o kolano), mógłbym tak sobie zabłysnąć żartem złośliwym, że jak na świeżo rozpoznałem najnowsze dziecko toolowskiej
legendy, to pomyślałem że już rozumiem doskonale dlaczego tak się ociągali z
jego nagraniem i złaknionym apologetom (a zdecydowanie bardziej zawodowym krytykom i szydercom) efektu swojej długoletniej pracy zaprezentowaniem. ;) Wprost wówczas powiedziawszy - jak na ponad tuzin lat czekania, to nie ma szału, więc mogą mieć zgryźliwcy szanse na wyżywanie. I tak to obserwując bardzo liczne reakcje w sporym stopniu było, bowiem apetyt przecież rósł niepomiernie w trakcie wyczekiwania, a domysły i pomysły kłębiły się w głowach budując coraz trudniejsze do sprostania żądania. To jest oczywiście całkowicie nieodkrywczo dostrzegany najistotniejszy problem Fear Inoculum, że poprzeczka została tak wysoko ustawiona i równolegle zasadnie (bo to nie pierwszy lepszy zespolik rockowy) i niezasadnie (bo na eksperymenty, rewolty czy nawet poziom galaktyczny nie mogli tak najzwyczajniej wskoczyć, bo właściwie po co i dlaczego). Wziąwszy pod uwagę całą paletę zmiennych towarzyszących powstawaniu Fear Inoculum, to nie było przesłanek ponad te czysto ambicjonalne, by ikona wychodziła zbytnio przed szereg, bo to co do gatunku wniosła swego czasu to jej niepodważalna zasługa, a teraz należało tylko utrzymać pozycję - tym bardziej że doświadczenie i status kultowy nie sprzyja potrzebie przemian radykalnych. We mnie jednak nie było pretensji takowych - jako w statystycznym odbiorcy toolowskiej dźwiękowej formuły diagnozowałem potrzeby, których zaspokojenia żądałem, ale ich intensyfikacja skutecznie zbijana była zdroworozsądkowym mierzeniem rzeczywistości. Stąd kiedy zaprzyjaźniłem się z kolekcją nowych kompozycji, to w poczuciu satysfakcji i z każdym kolejnym odsłuchem intensywniejszego spełnienia, sam jeszcze dobitniej zrozumiałem, czego po tym krążku się spodziewałem i co mi on sam dał jako osobie dla której logotyp Tool to cała konstelacja przeżyć i oddziaływań kształtujących mój muzyczny gust. Fear Inoculum po szybkim wstępnym przetarciu przyniósł mi wewnętrzny spokój, harmonię i równowagę, nie otwierając od razu drzwi do wszystkich własnych walorów, ale jak to dojrzała kompozytorska robota zwykle czyni stopniowo wpuszczając do introwertycznego świata. Chociaż album w pełni skonfrontowany już z domysłami, przefiltrowany i rozłożony na czynniki pierwsze, to nie pokuszę się o dumne analityczne dociekania, tylko przez konieczny umiar aby tekst był w miarę przyswajalny dopiszę (bez rzecz jasna wyczerpania tematu, robiąc to maksymalnie przewidywalnie), że nowe dzieło klasyków jest w moim przekonaniu tak samo intrygująco wielowątkowe i przestrzenne, jak i w oczywisty sposób chwytliwe. Ponadto co szczególnie cieszy (bo obawy były) nie jest megalomaniacko przekombinowane i pomimo rozbudowanego charakteru oraz tematów progresywnie rozwijanych unika mielizn, dostarczając wciąż radości z odkrywania tego co jeszcze do tej pory nieodkryte, w atmosferze powracania do miejsca bezpiecznego, bo przytulnie swojego. Instrumentalnie prym wiedzie wirtuozerska praca zestawu perkusyjnego i basowe linie stanowiące jak od początku Tool przyzwyczaił kręgosłup całej misternie formowanej konstrukcji, w której rola wiosła Adama Jonesa nadzwyczaj ważna w chwilach erupcji rosnącego napięcia, kiedy nierzadko siecze naprawdę ostrym riffem. Ponad warsztatem instrumentalnym i aranżerskim, gdzie rozwiązania rytmiczne i poszczególne riffy nie zaskakują zbytnio, jest jeszcze linia wokalna, kapitalnie wpleciona w charakter numerów - włażąca pod skórę i hipnotyzująca swym magnetyzmem. Miałem pierwotnie wystartować i sfinalizować tekst stwierdzeniem, iż fajnie że nowy Tool jest i w tym lakonicznym stwierdzeniu zawarłbym to co lapidarnie najistotniejsze. Ale jak tu nie dodać jeszcze dwóch arcyważnych określeń sprowadzających się do prostego sensu, że takich właśnie cholernie bezpiecznie (w tym przypadku to nie jest oksymoron) meandrujących i absorbujących dźwięków z obozu Keenana, Chancellora, Jonesa i Carey'a potrzebowałem, by poczuć się jak w domu. Co uznaję za sukces zespołu i satysfakcję moją.
poniedziałek, 21 października 2019
Dogman (2018) - Matteo Garrone
O Jezusie, co to za
zapomniane przez twojego ojca miejsce! Betonowe blokowisko tuż nad brzegiem
morza, zamieszkane przez zmarginalizowaną garstkę funkcjonującą według prostego,
brutalnego kodeksu i terroryzowaną ustawicznie przez potężnego nieposkromionego
troglodytę z potwornym apetytem na narkotyki i przemoc. W tych smutnych i
przerażających beznadzieją okolicznościach umieścił Matteo Garrone dwóch głównych bohaterów, którzy symbolizują głęboko zakorzenione w ludzkiej psychice atawistyczne
zachowania. Jeden dominującą barbarzyńską siłę, drugi wobec niej uległość – ale nie ta dychotomia bezpośrednio zdaje się być tutaj kluczem
do zrozumienia sensu tej surowej opowieści, przekornie tylko sprowadzonej do przetrwania. W tej
pozornie prymitywnej i znaczeniowo głęboko metaforycznej relacji najistotniejszym
jest brak oczywistości. Przecież pytanie jest wyraźne - kto tutaj kogo trzyma na smyczy, a dokładnie jakimi
działaniami można uzyskać przewagę? W tej przewrotności właśnie dostrzegam geniusz myśli
Garrone, że we względnej prostocie formalnej (z użyciem skromnych środków budżetowych), przemycił problematykę o złożonej naturze oraz
pod odpychającą fasadą skrył dla widza inteligentnego rozbudowaną
psychologicznie historię postaci oraz w jej tragicznych i skomplikowanych aksjologicznie losach zawarł piękno prostych ludzkich odruchów, z troską jako tą właśnie newralgiczną. Ponadto w mistrzowski sposób dobrał obsadę i zainspirował
ją do uzyskania wysokiego poziomu autentyzmu - gromkie, absolutnie nieprzesadzone oklaski dla Marcello Fonte i Edoardo Pesce.
sobota, 19 października 2019
Ciemno, prawie noc (2019) - Borys Lankosz
Bezdyskusyjnie duży
plus (dodatni) za zdjęcia i całkiem spory (równie dodatni ;)) za klimat, który
świetne operatorskie oko Marcina Koszałki kreuje (na zawsze mam wtłoczone w pamięć, że
to ten sam człowiek z krótkometrażowego dokumentu Takiego pięknego syna
urodziłam). Ponadto wyraźny plus za ten surowy depresyjny charakter i poprawną
grę aktorską - nie wiem jednak czy oddającą autentyzm rozpisanych postaci jeden do
jednego, ale to co się w mój łeb jako wartość wryło, to jedynie zasługa Koszałki i właśnie obsady.
Te wszystkie żyjące w biedzie i beznadziei, na granicy lub w głębokiej
patologii postaci (Roma Gąsiorowska i popielniczka z lalki Barbie level master)
miały swoją siłę oddziaływania, ale i z drugiej mańki liczne też zbytnio kozaczyły
karykaturalną pozą (faworyta nie mam, bo konkurencja bogata była) – z pewnością na wyraźne życzenie reżysera i
pod dyktando scenariusza na podstawie powieści Joanny Bator. Natomiast jako
kwestie względnie dyskusyjną (stąd może być to plus ujemny, lub minus dodatni)
rozpatrywać należy to wszystko, co spowodowało że najnowszy film Lankosza
zebrał dość krytyczne, a na pewno niespodziewane mało entuzjastycznie opinie. Całe
to horrorowate naznaczenie, oniryczna baśniowość kojarząca się dzięki dobrej
woli z największym dziełem Guillermo Del Toro, czy ukierunkowanie na kryminał
skandynawski ma swój urok, ale tylko teoretycznie, bowiem Lankosz (a może już
Bator) mocno przeszarżował z natłokiem wątków i ekspozycją mocno
kontrowersyjnych scen. Co rzuciło się jeszcze w oczy i przyniosło skojarzenia podczas strasznie ciężkiego i od połowy śmiertelnie nużącego seansu? Tej intensywnie stylizowanej, zeschizowanej groteskowo niestety
i brutalnie surowej historii, to w zasadzie tylko charakterystyczne dla stylu
Lankosza filmowanie w kierunku teatralnego Rewersu. Wyszło właśnie tak pod
zamysł spektaklu odegranego w szerszych lokacjach wychodzących poza kameralne
cztery ściany. Itd... itp.... A na maksa wprost - ludzie jak to Lankosz spieprzył! Albo zwyczajnie zrobił człowiek,
co zrobić mógł z tak potwornie przeszarżowaną fabułą.
P.S. Nie wiem (mam
opory by się jeszcze jedną myślą podzielić) - może strasznie błądzę i na gniew
koneserów polskiego kina się narażę, ale dostrzegam tutaj, może nie inspiracje
merytoryczną, ale jakieś w ogólnej wizualnej formule (te barwy neonowe) nawiązanie do klasyki spod
znaku Sanatorium pod klepsydrą. Wykrztusiłem i teraz mam stracha!
czwartek, 17 października 2019
Joker (2019) - Todd Phillips
Miliony słów do znacznej potęgi podniesionych wypowiedziane, tych które w tonie zachwytu zasłużenie komplementują zaskakująco fascynującą robotę "gościa od Kac Vegas" oraz w głównej mierze fenomenalny warsztat aktorski zajęczowargiego młodszego brata nieodżałowanego Rivera Phoenixa. Zatem na cholerę potrzebne publiczne prezentowanie kolejnego zdania, tym bardziej opinia anonimowego amatorskiego quasi dziennikarzyny z przypisywanymi mu bez żadnej racjonalnej przyczyny wielkimi ambicjami zauważenia i zaistnienia? Może gdyby on napisał coś nowego, potrzebnego bo odkrywczego, a najlepiej odnalazł starannie zakamuflowane wady obrazu Todda Phillipsa i swoją przenikliwością oraz sarkastyczną naturą obnażył jego hochsztaplerskie sztuczki (niczym hipnotyzujące zaklęcie czarnoksiężnika rzucone na widzów miliony), wtedy warto by było czas poświęcić na tego rodzaju już nie wtórną lekturę. Kiedy jednak zasadniczo, a nawet w pełnym zakresie zgadza się on z recenzjami pochlebców i sam nudzi się śmiertelnie czytając ente hymny pochwalne, a jedyne co daje mu przyjemność z ich eksploracji, to nadzieja w praktyce spełniona, kiedy rzadko, ale jednak wpada na te fragmenty wychodzące poza schemat, zainfekowane kapitalnym poczuciem humoru i błyskotliwością ponad przeciętną, wywołującą intelektualne ożywienie i salwy ironicznego śmiechu, a sam jednak nie bardzo tym popisać się potrafi - zatem po co ma pisać?
P.S. Co bym jednak nie zapomniał z czym się posłusznie zgadzałem, a co mi w filmie Phillipsa zaimponowało, poniżej sobie streszczę i tutaj w jednym miejscu pozostawię. Pierwsze to postać i kreacja Joaquina, czyli fakt że figura uwolniona z kart komiksowych sag o super bohaterach umieszczona została w realistycznym do bólu kontekście. Uczłowieczona poprzez szereg wynikających z siebie i naukowo popartych ludzkich ułomności i totalnie eliminujących ze względnej normalności, w teorii niestety tylko walorów. Wrażliwość przegrywa sromotnie z brutalną rzeczywistością, popadając w szaleńczy nihilizm, jako wypadkowa długotrwałej frustracji i ustawicznego zobojętnienia na własne potrzeby. Arthur z bezradności i bezsilności tworzy alter ego, tym samym pielęgnuje obłęd i finalnie się w nim zatraca, a okoliczności zupełnie mu w tym kluczowym dla przemiany akcie nie przeszkadzają. Drastyczne fakty z rodzinnej przeszłości, traumatyczne dla psychiki latami wdrukowywane przeżycia, ale także rozgrzane nastroje społeczne oraz mediów na krew apetyt w decydujący sposób wpływają na destrukcyjne zapędy i docelowo rozpad dotychczasowej osobowości, tworząc zupełnie wypranego z emocji demiurga zbrodni. W interpretacji Phoenixa teoretyczne założenia spektakularnie zostały ukazane w praktyce, a stwierdzenie iż on sam urodził się właśnie dla tej roli nie wydaje się nadużyciem. Po drugie, gdyż to wielkie kino jednego aktora, nie byłoby tak wielkim kinem w ogólności, gdyby nie dopieszczone z detaliczną precyzją wszelkie elementy scenografii (lokacje, paleta barw), tak samo ścieżka dźwiękowa korzystająca zarówno z elektryzującej mocy standardów sprzed lat, jak i z mrocznej siły muzyki symfonicznej oraz scenariusz przywracający wiarę w kino spójne, oparte o logiczne następstwa i merytoryczne podstawy psychologiczno-socjologiczne, nad którym czuwał reżyser (nie do wiary) robiący przez wiele lat filmy może nie paździerzowe, ale z pewnością bez większych ambicji artystycznych. Tym samym dotarłem do miejsca w którym zamknę archiwizację na własny ewentualny użytek w post scriptum zapisaną, że takiego filmu od lat oczekiwałem od Guillermo del Toro, a dał mi je (nie do wiary raz jeszcze) "ten gość od Kac Vegas".
wtorek, 15 października 2019
Lazzaro Felice / Szczęśliwy Lazzaro (2018) - Alice Rohrwacher
W tym miejscu jak metodologiczna praktyka oceny filozoficznych traktatów nakazuje, powinna pojawić się równie rozbudowana
jak symboliczny charakter dzieła Alice Rohrwacher analiza. Powinna ona podług
potrzeb eksplanacyjnych odnieść się do każdego szczegółu alegorycznej
ekspozycji wizualnej, tak samo do metaforycznego sensu oraz wykorzystania
transcendentalnej formuły w przeniesionej do współczesności baśniowej formule.
Powinienem też jako człowiek z recenzenckimi ambicjami obowiązkowo precyzyjnie i z rozmachem rozpisać znaczenia, a
przede wszystkim doszukać się właściwych intencji i motywacji Alice Rohrwacher i jej
współpracowników. Tyle, że jej film zawierając w treści całą masę misternie
wplecionych subtelnych sugestii, jak i w ogólnym wystarczająco jasnym
przesłaniu odnosząc się do palących kwestii współcześnie dominujących, nijak
nie chce poddać się w tym momencie powyższym zaleceniom! Przynajmniej moje niestety wątłe możliwości
przejrzystego objaśniania dość osobliwie i z pewnością przenikliwie
intelektualnie rozpisanych historii kapitulują w starciu z erudycyjnymi możliwościami
twórców podobnych Alice Rohrwacher. Stąd zamiast silić się na budowanie elaboratu, w którym masło maślane będzie udawało naukową deskrypcję wartościowych i błyskotliwych znaczeń, ograniczę się do kilku zdań czysto duchowej oceny. Mianowicie obejrzałem film, który pomimo wątpliwej atrakcyjności wizualnej w sensie uzyskania przyciągającej wzrok faktury, dopuścił bym stawał się z każdą minutą coraz większym jego niewolnikiem i odkrywał z pasją nieoczywiste walory tej pozornej prostoty. Przede wszystkim jednak dzięki charakterowi jakim emanuje, a bez większej nadinterpretacji można go sprowadzić do cech pozbawionego niemal całkowicie temperamentu tytułowego bohatera, którego dobroduszność, niewinność, szlachetność i dobroć w czasach walki na nizinach społecznych o przetrwanie, a na szczytach społecznych o władzę dającą materialne dobra, bardzo przewrotnie przywraca sens i wiarę w człowieczeństwo. To szczerze pisząc wygląda tak, że ogólne przesłanie zrozumiałem i te może nie wszystkie, ale z pewnością ważne w ilości przeważającej, zarówno symboliczne, jak i wprost zasugerowane znaczenia wychwyciłem, więc trudno uznać, iż jest to obraz nazbyt przeintelektualizowany, czy po prostu przekombinowany. Szczególnie, że rozbudowana symbolika ozdabia z założenia prostą narrację, a dynamika akcji absolutnie nie należy do kategorii tych przytłaczających intensywnością. Zwyczajnie, aby zrozumieć i poczuć efekt wykonanej pracy przez zespół Alice Rohrwacher należy z czystym umysłem i bez żadnych wyjątkowych oczekiwań zapoznać się z powyższym obrazem. Na swój subiektywny sposób go przyswoić i w miarę możliwości i potrzeb przemyśleć. Gwarantuję iż osoby z wartościowymi duszami odnajdą tu bardzo wiele dla siebie.
poniedziałek, 14 października 2019
Boże ciało (2019) - Jan Komasa
Zaskakująco szybko i
bardzo wyraźnie przywrócił mi Jan Komasa wiarę w swój reżyserski potencjał. Po
tym jak Sala samobójców wywindowała go na wysoką pozycję pośród obiecujących
polskich reżyserów, tak głośne Miasto 44 druzgocąco mnie rozczarowało przynosząc
zwątpienie. Ale teraz, wraz z najnowszym tytułem Komasa wraca na odpowiednie
tory i mało tego, staje się nie tylko jednym z największych, ale chyba
największym z własnego pokolenia kandydatem do wielkiej, może nawet
ponad jedynie europejskiej kariery. Biorąc na warsztat samą w sobie niezwykłą i może nie
fundamentalnie, lecz jednak zasadniczo opartą o autentyczne wydarzenia
historię, dodał jej tak wyrazistego reżyserskiego szlifu, że każda scena stała
się rodzajem emocjonalnego katharsis. Wykorzystując jako pretekst motyw
wewnętrznej przemiany nieoczywistego bohatera (w tym miejscu uzasadniony długi wtręt) - bohater jest ofiarą własnych niedojrzałych decyzji, godnych potępienia czynów, lecz nie jest do szpiku kości zepsuty, gdyż tkwi w nim człowieczeństwo, które miota się pomiędzy muszę, a mogę! Po wtręcie, od nowego zdania kontynuuje, zakładam że bez utraty kluczowego wątku. ;) Przemiany... będącej wypadkową jego
prawdziwych potrzeb, realizowanego dość biernie rozliczenia z przeszłością poprzez desperacką, a praktycznie to kształtowaną zbiegami okoliczności próbę ucieczki w kierunku względnej normalności, dokonał reżyser sugestywnej
analizy (co ważne unikającej prostego podpierania się wyłącznie stereotypami) społeczności
małomiasteczkowej, konfrontując się z niejednoznacznymi przecież w ocenie realiami, w których kapłan poprzez
reprezentowanie Kościoła stanowi jednocześnie rodzaj wyroczni i spoiwa łączącego
członków wiejskiej wspólnoty. Przede wszystkim jednak pośród licznych nawiązań
socjologicznych ukazał czym jest pierwotna siła religii i gdzie tkwi jej
zasadnicza funkcja, będąca wypadkową fenomenu potrzeby wiary, a sprowadzająca się właściwie w
praktyce do poszukiwania oparcia w Bogu podczas doznawanego cierpienia.
To jest bowiem film o terapeutycznej roli wiary w Bożą moc udzielaną w postaci
wsparcia w sytuacjach kryzysowych. To film o nadawaniu sensu z bezsilności zdarzeniom
pozbawionym takiego realnego usprawiedliwienia, które prócz logicznego wyjaśnienia
przynieść może też upragnione ukojenie. Tutaj także, mimo że Komasa działa na granicy przesady i tym samym newralgicznej utraty wiarygodności, pozwalając na wtłaczanie do scenariusza natłoku motywów wynikających z potrzeby pełnego wykorzystania potencjału socjologiczno-psychologicznego, to w żadnym momencie jej nie przekracza. Wykorzystując fundament autentycznej historii nie dodaje nazbyt krzykliwych i kontrowersyjnych argumentów, a tylko naturalnie potrafi dostrzegać w zawiłej sytuacji, tak wiele typowych, wyjaśnianych przez nauki humanistyczne tendencji w ludzkich zachowaniach. To też ponad merytoryczną i emocjonalną
wartość, również film doskonale zagrany, a sam Bartosz Bielenia nie jest
jedynym, choć z pewnością najbardziej chyba wyrazistym przykładem kapitalnego
warsztatowego przygotowania i umiejętności uzyskania przekonującego autentyzmu
odgrywanej postaci. Łudząco fizycznie przypominający Christophera Walkena
fantastycznie wykorzystał własne wizualne atuty, jednak dzięki równie
doskonałym kreacjom drugoplanowym nie zdominował ekranu. Tak samo na uznanie
zasłużyła Eliza Rycombel, Tomasz Ziętek, Leszek Lichota, Barbara Kurzaj, czy
pojawiający się wyłącznie we wstępie i finale Łukasz Simlat. Jednak ponad nimi
pod względem mistrzowskiej wiarygodności funkcjonuje Aleksandra Konieczna,
która powściągliwym aktorstwem opartym o mimiczne niuanse w postaci
najdrobniejszych drgnięć mięśni twarzy, osiąga porażający efekt zatracenia i
zagubienia w potwornym bólu. Takie kapitalne zaplecze aktorskie prowadzone ręką utalentowanego i wyczulonego w tym akurat przypadku na przeholowanie reżysera, dało szansę na uzyskanie tego, co w miarę niedawno nie udało się Małgorzacie Szumowskiej, która kręcąc niezrozumiale nagradzaną Twarz, popełniła w rzeczy samej grzech groteskowego potraktowania absolutnie w głębi znaczeń niegroteskowej rzeczywistości i w głównej mierze samych postaci. Chcąc w teorii uzyskać efekt podobny co Komasa obnażyła swoją niewielką wiedzę o prowincjonalnych środowiskach, a wartość lokalnych wspólnot i roli w nich wiary ubrała, może nie w obraźliwe, lecz z pewnością karykaturalne oblicze. Komasa nie popełnił tego błędu, stworzył obraz zarówno krytyczny jak i zarazem film którego przesłanie nie wyśmiewa, a sieje wyrozumiałe dobro łączące to, co teoretycznie stoi w opozycji i bez elementarnej dobrej woli nie da się konstruktywnie zgłębić. Nie wytyka palcami ani nie usprawiedliwia, stawia lustro i próbuje zrozumieć docierając do jednostkowych i grupowych motywacji. Niezwykle wartościowe to kino, takie które w surowym wydaniu dostarcza pięknego choć bolesnego przeżycia. Łzy w oczach bohaterów i równie ustawiczne świeczki podczas seansu w moich. Celne diagnozy i trafnie odnalezione przyczyny. Ludzka ułomna natura - w niej zrozumiała gorycz, złość i potrzeba zemsty. Bezsilność wobec konstelacji tragicznych zdarzeń prowokowanych przez ludzkie nieodpowiedzialne działania kierowane niekontrolowaną frustracją lub też młodzieńczą euforią. Konstruktywne w przesłaniu kino brutalnej prawdy i kino mimo, że tragiczne, to w istocie optymistyczne, za które Kościół powinien być Komasie wdzięczny.
P.S. Jeszcze puenta nieoficjalna, która jest akurat ekstremalnie gorzka. Znaczy, że jak masz wyrok to nie masz szans by zostać księdzem, ale jak zostaniesz księdzem, to możesz mieć już wyje**** na potencjalne wyroki.
niedziela, 13 października 2019
Of Monsters and Men - Fever Dream (2019)
Gwoli archiwizacyjnej ścisłości przypominam, że dokładnie lat temu osiem islandzki Of Monsters and Men z impetem wbił się na listy przebojów za pośrednictwem mega ówcześnie popularnego singla Little Taks. Z pewnością głównie dzięki powyżej wspomnianemu, ale również bardzo dobrze sprzedającym się debiutem płytowym zaskarbił sobie sympatię milionów. Po kilku latach, a dokładnie na wiosnę 2015 powrócił z drugim krążkiem, lecz już takiego hajpu w telewizjach muzycznych chyba nie zanotował, chociaż może i nawet Beneath the Skin był to album lepszy od startowego. Oczywiście to sprawa dyskusyjna, subiektywnego osądu kwestia, bowiem to co się Panu X czy Pani Y podoba, nie musi jednocześnie Pani Z z automatu przypaść do gustu. ;) Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że obydwie produkcje miały swoje istotne walory, liczne wielkie momenty, a pomiędzy nimi dostrzegam zmiany wyłącznie o charakterze ewolucyjnym, żadnym zaś radykalnie rewolucyjnym. Dzisiaj zaś mam ogromną przyjemność odbierać słuchem i sercem zawartość trzeciej płyty tej jednej uroczej Pani i towarzyszących jej czterech równie młodych i utalentowanych Panów. Nie przypadkiem napisałem, iż kompozycje z Fever Dream tak samo jak zmysłem słuchu kosztuje się także szczególnie wrażliwą duszą, gdyż to muzyka przepięknie rozmarzona i z cudownym (mimo że z północy) ładunkiem ciepła w nutach zawartym. Może posiadająca przez fakt stylistycznej przynależności te cechy popu, które co bardziej wymagającą ambicji publiczność mogą skłonić do wydawania surowych opinii sprowadzających się do stwierdzenia, że to landrynkowy banał dla przewrażliwionej młodzieży, a nie pełnowartościowy kawałek naprawdę wymagającej świetnego warsztatu muzyki. Zgodzę się rzecz jasna, że Of Monsters and Men żadnych nowych lądów nie odkrywają, a technicznie rzecz biorąc ich twórczość opiera się bardziej na splocie wysokiego poziomu rozmarzonej emocjonalności i talentu do pisania ładnych melodii, niż prawdziwego geniuszu, który raczą wytrawne uszy melomanów od instrumentalistów wymagać. To nie ten kierunek, nie te rejony zaspokajania wygórowanych potrzeb. Tutaj, w miejscu gdzie swoje brzmienie lokują Islandczycy ważniejsze od biegłości są uczucia oraz całkiem zgrabne sięganie do inspiracji płynących z legendarnej już klasyki przede wszystkim syntezatorowego popu, lecz nie tylko. Nie szukając daleko i nie popadając w detaliczną analizę donoszę, że na przykład taki Sleepwalker oprócz hipnotycznej aury, posiada w charakterystycznych chórkach z tła manierę bliźniaczą z tą wykorzystywaną przez Eurythmics, a z innej strony w Róróró znacznie subtelniejszy w formie, ale jednak nowofalowy pomysł rytmiczny, czy w Wars taneczny funkowy szlif kojarzony z Daft Punk, wreszcie w zamykającym program albumu Sothsayer wypisz, wymaluj melodykę AOR-owską. Ogólnie grupa porzuciła całkowicie wszelkie dęciaki, jakie szczególnie na debiucie wyznaczały charakter kompozycji oraz zdecydowanie ograniczyła silnie z nimi kojarzone folkowe elementy i poszła odważnie w stronę elektroniki i większych przestrzeni uzyskując efekt podobny też nieco do tego co ich północni pobratymcy z A-ha wiele lat temu na światowy rynek muzyczny wprowadzili. Jest jednak nie tylko w obecnych dźwiękach Of Monsters and Men to coś co na początku tekstu zasugerowałem, a co odróżnia ich zarówno na współczesnej scenie i nie pozwala też by Fever Dream został skatalogowany jako ślepe naśladownictwo wyżej wymienionych grup pokroju Eurythmics i A-ha. To właśnie przepięknie rozmarzone przestrzenie w których wraz z tanecznym potencjałem dominuje absolutnie niebanalna liryczność, idealnie współgrająca z prostym aczkolwiek intrygującym obrazem z koperty.
czwartek, 10 października 2019
Yesterday (2019) - Danny Boyle
Dwóch dojrzałych gentlemanów, znanych w szerszym niż tylko brytyjskim kinowym środowisku wpadło na czarujący pomysł. Dokładnie to rówieśników rocznik 56, którzy na sto procent z ogromnym sentymentem wspominają czasy, kiedy jako smarkacze na własnej skórze doświadczali czym była beatlemania, postanowiło w formule ciepłego familijnego kina romantycznego oddać (pozbawiony szczęśliwie irytującej egzaltacji) należny hołd największym gwiazdom popu w historii. Danny Boyle (wiadomo Trainspotting) jako reżyser, wspomagany talentem pisarskim i doświadczeniem Richarda Curtisa (wiadomo scenariusze do Four Weddings and a Funeral, Notting Hill, Bridget Jones's Diary itd.) napisali i nakręcili urzekający quasi musical, oparty o przeboje czwórki z Liverpoolu, przenosząc sprytnie osobistą nostalgię do współczesności. Może realizacja jest dość sztampowa, bez większych ambicji, chwilami dość naiwna i nazbyt przesłodzona, lecz podstawowa koncepcja (o czym szczegółowo zobaczycie, jeśli obejrzycie) całkiem przewrotna i zawierająca w sobie sporo uniwersalnych prawd i wartości. Mnie przynajmniej kupiło proste, ale ważne przesłanie, wciągnęła ta zabawna satyryczna ekspresja i klimat świetnie wykorzystujący potencjał największych beatlesowskich przebojów oraz rozbawiło/wzruszyło kilka smakowitych aluzji (szczególnie ta kąśliwa o Coca Coli, ta bardzo mądra z żyjącym Lennonem, ta przekorna z Harrym Potterem i ta jeszcze jedna WAŻNA do samodzielnego odkrycia :)). Jeśli szanowny widz poszukuje filmu uroczego, ale nie przesadnie banalnego i chciałby sobie w środku, w widzu ponucić (bo śpiewać choć nie potrafi to lubi), to śmiało niech sobie seans zafunduje. Nie pożałuje. :)
wtorek, 8 października 2019
Das schweigende Klassenzimmer / Milcząca rewolucja (2018) - Lars Kraume
Spontaniczna minuta ciszy upamiętniająca ofiary węgierskiej rewolucji, czyli z pozoru niewinny protest w szkolnych ławach prowadzi do poważnych konsekwencji. Urasta do kwestii wagi państwowej, bezwzględnie ukaranej jako przykład walki partii z jakimikolwiek przejawami tendencji kontrrewolucyjnych. Dziś w okresie względnej stabilizacji kompletnie niezrozumiałych - nieadekwatnych do rozmiaru czynu reperkusji. Wówczas oczywiście, w czasach zamordyzmu i politycznej indoktrynacji absolutnie
naturalnych. Potężny aparat państwowy kontra zaangażowane naiwne dzieciaki. Brutalne
metody wymuszania uległości poprzez wykorzystywanie zależności, szantaże i represje. Prawdziwy
terror nie tylko psychiczny - to nie tylko szkoła z czasów które powinny być ostrzeżeniem
przed jakimikolwiek współczesnym przyzwoleniem na radykalne zideologizowanie sfery państwowości. Ufam iż w filmie Larsa Kraume celnie i wymownie zostało ukazane ówczesne zastraszone wschodnioniemieckie społeczeństwo. Stan psychiczny obywateli podzielonych przekonaniami - ślepo
wierzących kłamliwej propagandzie, umoczonych przełomami historycznymi w zbrodnie, robiących kariery dzięki cynizmowi bądź bezwarunkowej dyspozycyjności, albo dla odmiany tych ryzykujących nierzadko utratą życia, regularnie wieloletnimi wyrokami w politycznych procesach, jednak zachowujących trzeźwe
spojrzenie wbrew narzucanej optyce. Okoliczności ówczesne przecież strasznie skomplikowane - praktycznie zwycięski komunizm i oficjalnie pobity faszyzm wciąż jeszcze w kuluarowym starciu. Dwie równie radykalne ideologie i ta z nich wówczas na piedestale jako jedyna alternatywa wobec zbrodniczemu hitlerowskiemu totalitaryzmowi. Te same metody tylko pod inną nazwą, wykorzystujące perfidnie sytuację polityczno-społeczną w atmosferze odwetu. Bardzo ciekawie pokazane okoliczności zarówno polityczne jak i
relacje społeczne czy rodzinne w czasach jeszcze sprzed budowy muru
berlińskiego. Z początku takie względnie "letnie" kino, ewoluujące jednak szybko w poruszający dramat,
który sugestywnie emocjonalnie i rzetelnie merytorycznie ukazuje czym jest totalitaryzm
i do jakich podłych metod się odwołuje oraz jakich okrutnych narzędzi używa. Lars Kraume po świetnym Der Staat gegen Fritz Bauer ponownie rzeczowo, wyraziście i poruszająco rozlicza się z powojenną przeszłością Niemiec, budując angażującą widza narrację opartą na autentycznych wydarzeniach historycznych i odpowiednio pobudzanym napięciu. Kino zdecydowanie warte uwagi, zarówno w sensie świadectwa historycznego jak i ze względu na ludzki wymiar sportretowanego dramatu.
poniedziałek, 7 października 2019
Ad Astra (2019) - James Gray
Ostatni film Jamesa
Gray’a, który szczególnie na moje uznanie zasłużył, to był Own the Night z roku
2007-ego, bowiem The Immigrant i tym bardziej The Lost City of Z pomimo
realizacyjnej perfekcji i przede wszystkim wizualnej urody nie miały mi do
zaoferowania tego, co akurat obecnie najnowsza produkcja bezdyskusyjnie posiada.
Mówię o wspaniałej emocjonalnej uczcie w okolicznościach fantastycznej, wybornie
stylizowanej przygody, której od tego akurat autora absolutnie się nie
spodziewałem. Ponadto takie science fiction to ja rozumiem i do własnego
serduszka stęsknionego za kameralnym kinem osadzonym pośród gwiazd przytulam. Bo rad
jestem ogromnie z efektu pracy Gray’a, gdyż jej wynikiem hipnotyzująca obrazem i
intymną optyką podróż poprzez galaktyki do własnego wnętrza. Na poziomie dźwięku i obrazu ekscytująca, analitycznie wdzięczna i do autorskiego rozbijania treści na atomy zachęcająca, choć
w żadnym stopniu odkrywcza - filozoficzna (w kosmicznej otchłani) i
psychologiczna (w duszy bohatera) pasjonująca rozprawa. Pewnie jak wielu trafnie zauważy
niepozbawiona też dziur logicznych i jak to w kinie amerykańskim szerokim
gestem przypisywania bohaterowi cech wręcz nadludzkich - kiedy zbyt swobodnie
fika te koziołki w przestrzeni i fikając je zawsze trafia tam gdzie trafić
powinien. :) Ale to tylko takie marginalne czepialstwo, kiedy zasadniczo te
wszystkie wady to nic nieznaczące niedociągnięcia tła, bowiem tutaj liczy się coś
zupełnie innego. Pierwszy plan to właśnie doskonała, czerpiąca pełnymi
garściami z głównego wątku Czasu Apokalipsy Coppoli i nawiązująca też
naturalnie do filozofii kina Kubricka, rezonująca intensywnie metaforyczna
refleksja i genialne, godne licznych nagród mimiczne aktorstwo Pitta. Cała gama
uczuć została teoretycznie celująco, praktycznie minimalistycznie i mimo to sugestywnie odegrana, w tym kluczowa
wewnętrzna szarpanina tłumiona koniecznością ustawicznego zawodowego panowania nad odruchami. Tkwi w tej historii tajemnica i zarówno ona w utrzymującym napięcie scenariuszu, jak i w sposobie oddziaływania na widza. Szczerze, gdybym oparł się wyłącznie na racjonalnej płaszczyźnie mógłbym śmiało wypunktować wady. Jednak nie potrafię po odbyciu tego lotu zejść na ziemię i tylko orbituje z dystansem wokół jej słabości skupiając się na jej ulotnym właściwym wymiarze ideowo-medytacyjnym.
niedziela, 6 października 2019
Grâce à Dieu / Dzięki Bogu (2019) - François Ozon
Myślę iż takiego, filmu z wrażliwością bezpośrednio dotykającego tematu pedofilii w Kościele od jakiegoś czasu wyczekiwałem.
Ceniąc ogromnie to, co ostatnio zrobił Wojciech Smarzowski, jak i dostrzegając
walory pracy Toma McCarthy'ego wykonanej przy Spotlight, to jednak Ozon zwrócił najpełniej
uwagę na rzecz w tych licznych indywidualnych dramatach najistotniejszą.
Skierował światło na to, co z punktu widzenia ofiar decyduje o istocie walki z zakłamaną
i uprzywilejowaną instytucją, a co sprowadza się zarówno do odwagi by mówić o
krzywdzie i narażać się na powierzchowne medialne osądy oraz bolesne ran
rozdrapywanie, ale też zdobyć się dzięki wewnętrznej sile na porzucenie
motywacji opierającej się przede wszystkim na zemście. Moc emocjonalnego
oddziaływania filmu Ozona tkwi w mym przekonaniu w reżyserskiej przenikliwości
i ludzkiej wrażliwości dzięki którym potrafi on zarazem oddać należyty
szacunek ofiarom, jak i merytorycznie sięgnąć do samego jądra problematyki,
rezygnując z tak kuszącego wysuwania kontrowersji na plan pierwszy. Ozon nie
potrzebuje atakować instytucji korzystając z dużego kalibru amunicji, bowiem aby ukazać cyniczną strategię teoretycznej pokuty wystarczy, aby pozwolić jej
samej obnażyć prawdziwe motywy i porażającą cynizmem optykę wyznaczającą taktykę. Obraz stanowi precyzyjny zapis batalii z
hierarchią kościelną, oparty o autentyczne materiały dokumentujące prawdziwe
wydarzenia. Osobne historie pochodzących z różnych środowisk bohaterów, wskutek rozwoju wydarzeń zostają wplecione w długotrwały proces o charakterze
terapeutycznym poprzez solidarną grupową aktywność. Poprzez działania
nakierowane na dążenie do ukarania tak samo sprawców, jak i tych którzy
świadomi nadużyć przez lata zhańbili się grzechem zaniechania lub wprost nikczemnie ukrywali
przestępczy proceder przed wymiarem sprawiedliwości. Jednak nie samo rozliczanie draństwa jest tu motywem przewodnim, bowiem nie na samej instytucji zdaje się Ozon
skupiać. Reżyser w refleksyjnym tonie koncentruje się na przeżyciach ofiar i
ich poszukiwaniu drogi do oczyszczenia z traumatycznego bagażu. Każdy z nich
osiąga to w oderwaniu od rzeczywistej postawy odpowiedzialnych za ich
cierpienie, dzięki wsparciu najbliższego otoczenia i racjonalnemu spojrzeniu na zakłamaną rzeczywistość. Oczywiście ponosząc samemu znaczne koszta, ale też nie unikając
doświadczania tym bólem swoich najbliższych. Przykre, ale konieczne.
sobota, 5 października 2019
Midsommar / Midsommar. W biały dzień (2019) - Ari Aster
Dziesiątki
wyczerpujących analiz od kilku miesięcy wpychało się na fejsa ścianę. Może jeszcze więcej
ich zapewne naturalnie w szerokiej perspektywie czasu do mnie dotrze, a ten ich sprzed momentu natłok to tylko co najwyżej połowa kropel w morzu wszystkich, które powstają i powstaną. To siła
popularności, to moc oddziaływania marketingowego popartego, co istotne klasą debiutu Ari Astera, ale czy moc zainteresowania idzie w parze z
jakością wykonania i siłą rzeczywistego oddziaływania? Korzystając już dziś z osobistego
doświadczenia, lecz i podpierając się po trosze spojrzeniem innych par oczu i
interpretacją intelektualną innych umysłów stwierdzam, że tak od strony efektu
wizualnego będącego wynikiem pracy między innymi operatora o polskim
pochodzeniu, to kapitalna robota i jedna z najlepszych produkcji nie tylko tego
roku. Rzecz w tym jednak, że walor obrazu oparty o przewrotne wykorzystanie
pełnego słońca do uzyskania, może nie przede wszystkim, ale jednak również przerażenia, to zbyt mało by było aby wraz z chórem komplemenciarzy piać z zachwytu. To też
myślę, iż Aster wiedział i oprócz doskonałego warsztatowego rzemiosła względnie
jeszcze młodego speca od zdjęć, sam poszedł szerokim gestem w stronę
atrakcyjnej zabawy formą. W niej bowiem dostrzegam pierwszoplanową
rolę i świadomą motywacje twórcy, aby w gruncie rzeczy stworzyć mistyczny
spektakl o dość rozbudowanym widowiskowym charakterze. Może nieco zaszokować
aranżując rodzaj spirytystycznego horroru z obfitym wykorzystaniem pogańskich
guseł, tudzież okultystycznej symboliki w formule jednocześnie dramatycznego i groteskowego quasi misterium. Pod tą chwilami
mocno szokującą i dogłębnie hipnotyzującą warstwą tajemniczych obrzędów kryje się jednak
też intrygująca, choć tak jak myślę i dałem to do zrozumienia powyżej niefundamentalna
warstwa do intelektualnej analizy. Sprowadzająca się w zasadzie do próby odnalezienia
wsparcia i sensu poprzez docenienie znaczenia wspólnoty i czerpania z siły grupowej
empatii w przeżywaniu gniewu i żałoby będącej wynikiem potężnej traumy. Chciałbym
przez to półżartobliwie powiedzieć, że w pewnym, zapewne częściowym rozumieniu (być może tylko
moim) film Astera zachęca do korzystania w sytuacjach kryzysowych ze wsparcia terapii grupowej, jak i
przestrzega przed zagrożeniami sprowadzonymi do bezpośredniego sensu stwierdzenia "podziel się z grupą". Wspólnota pomaga i wykorzystuje, inaczej daje i odbiera, a
jak każdy średnio ogarnięty pięciolatek już wie, kto daje i odbiera ten się w
piekle poniewiera. ;)
piątek, 4 października 2019
Entombed - Bowels Of Earth (2019)
Będę uparty i nie odejdę od tagowania Entombed A.D. pod hasłem Entombed, mimo że to już trzeci long wydany pod szyldem z "przyrostkiem". Tak sobie w uzasadniony kiedyś sposób na wysokości Back to the Front ubzdurałem i nie ma bata, trzymać się tej zasady zamierzam - chociaż tak wiele w obozie legendy się zmieniło, to tak w zasadzie niewiele zmianom uległo, więc daje sobie prawo. ;) Zanim uległem potrzebie spisania tych zdań kilku, musiałem zrobić co najmniej naście sesji z Bowels of Earth, bym mógł umieścić w tekście coś więcej niż tylko suchy komunikat w rodzaju "nagrali/wydali". Problem w pierwszym kontakcie z materiałem polegał bowiem na tym, że tak bez żadnych pretensji przeleciał i większego zamieszania w świadomości nie zrobił. Czas mu więc poświęcony miał rzecz jasna zweryfikować czy to wada stała tkwiąca w charakterze numerów, czy może intensywność kompozycji i zwarta struktura powodowały, że zanim zagnieździ się w głowie trzeba pogrzebać w przykrytych żwawym tempem szczegółach. Może już teraz po miesięcznym z nim obcowaniu nie mam nadal przekonania, iż w nim coś więcej niż tylko rzemieślnicza poprawność, w kilku riffach, czy pomysłach aranżacyjnych chwilowy tylko błysk. Słyszę jednak niewątpliwie więcej i wyraźniej, że raz - jeszcze bardziej docisnęli pedał gazu, chociaż nie jest to blastów festiwal, i dwa - przez ten agresywniejszy ton, albo żywszy temperament uzyskali coś na kształt większej witalności, zarazem sięgając chyba po inspiracje z początków kariery. Ja przynajmniej nie dopatruje się w obecnym studyjnym obliczu zbyt wiele death'rolla i z czystym czarcim sumieniem mógłbym napisać, że Bowels of Earth to stu procentowa zawartość siarki w death metalu. W rytmice jest ogień i punkowa zadziorność, a w dość nielicznych solówkach pół na pół melodii i jazgotu. Sporo adrenaliny, mniej smoły - tylko finałowy To Eternal Night nawiązuje do tradycji mozolnego hymnu, inaczej ciężkiego walca przetaczającego się po kręgosłupie słuchacza i ostatecznie miażdżącego też jego czaszkę. Wszystko przed wałkiem zamykającym program płyty całkiem żwawo pędzi, stawiając najnowszą produkcję w świetle dwóch poprzednich krążków jako naturalną ewolucję - po charczącym, groove'm przesiąkniętym Back to the Front i jak widać teraz lepiej, stojącym w rozkroku pomiędzy nimi Dead Dawn.
czwartek, 3 października 2019
Mike Patton & Jean-Claude Vannier - Corpse Flower (2019)
Corpse Flower pięknie buja i genialnie hipnotyzuje, szczególnie w pierwszej części, gdzie akurat dominują takie perełki jak Ballad C.3.3., Camion, Chansons D'Amour i Browning, które śmiało odnalazłyby się w programie wymarzonej czwartej płyty Mr. Bungle, pełniąc rolę podobną do Retrovertigo, Pink Cigarette i Vanity Fair z zamykającej jak dotąd dyskografię Californii. Dalej i wcześniej też absolutnie nie jest słabo, bowiem tytułowa kompozycja wraz z On Top of the World (najbardziej chyba faithnomorowska) i schizoidalnymi Cold Sun Warm Beer, Hungry Ghost oraz A Schoolgirl's Day posiadają do zaoferowania może mniej groove'u, ale w zamian kapitalny, często osobny klimat jak i wysokie stężenie wyobraźni, bez pretensjonalnej megalomanii, bądź co gorsza mielizn. Jedynie finałowy Pink and Bleue skonstruowany w konwencji musicalu, tudzież ekscentrycznej rock opery, poprzez swój filmowy charakter (chyba najwięcej Vanniera), nie bardzo raczy korespondować z poprzedzającymi go utworami. Natomiast dopełniające stawkę Insolubles i Yard Bull nieco tylko przynudzają, choć zapewne ich forma również może znaleźć uznanie w oczach słuchacza. Nie będę filetował ostrym nożem co bardziej mięsistych fragmentów, dobierał się do liczenia kręgów w kręgosłupie i poddawał tkankę okalająca rdzeń drobiazgowej analizie, bo co jasne nie posiadam żadnej fachowej wiedzy warsztatowej w kwestii muzycznej, więc pozbawiony tychże kompetencji ośmieszać się nie zamierzam. Jako laik w świecie teorii dźwięku dodam tylko, że jestem niezmiernie rad, iż aranżacje wykorzystane na Corpse Flower są na tyle czytelne, a melodie przyjazne, pozwalając mi dość łatwo oswoić materiał stworzony przez muzyków, którzy w prostocie rozwiązań nie zwykli najczęściej gustować. Przynajmniej znajomość twórczości Pattona daje mi prawo do powyższego stwierdzenia, bowiem skomplikowanych pomysłów szczególnie pod szyldem Fantomasa, czy też w wielu różnych konfiguracjach personalnej współpracy nie żałował. Tutaj mimo wszystko umiar zachował, być może gdzieś powstrzymywany przez konwencję nawiązującą do poszukiwań inspiracji w tradycji piosenki francuskiej, tak jak bliźniaczo niegdyś czynił, kiedy Mondo Cane we włoskiej było zatopione. Poza tym myślę, że Vannier jako mentor (mimo że charakter Pattona dominuje), to w istocie oddziaływał na powstający materiał, powściągając szaleńcze zapędy młodszego kolegi. Chociaż cholera ich wie - jak mądrzejsi donoszą (ja tego nie wiem) Pan starszy też w przeszłości miewał chwile gwałtownych odlotów. ;)
P.S. Żałuje jednak bardzo, że części z tych pomysłów Patton nie zachował na potrzeby właśnie powrotnego albumu Mr. Bungle. One wydawałyby się idealnie pasować do formuły, która byłaby naturalnym rozwinięciem mojej ulubionej Californii.
środa, 2 października 2019
Opeth - In Cauda Venenum (2019)
Przekornym się zdaje być ostatnimi czasy maestro Akerfeldt, może też odrobinę niestabilnym szczególnie w stricte muzycznej formule, bądź jak też nieprzychylni metamorfozie Opeth złośliwcy odważnie swoje zdanie wyrażają, on zwyczajnie zagubiony pośród ambitnych, wymownie stylizowanych retro eksploracji. Dla każdego średnio nawet w temat wgryzającego się fana dokonań Akerfeldta jest wiadome, gdzie poszukuje on dla siebie inspiracji i jakie lądy próbuje z zapałem od czterech krążków odkrywać. Na fundamencie hardrockowym konstruuje przemyślane kompozycje, które intensywnie przesiąknięte zostają psychodelią o progresywnym charakterze, gdzie niemarginalne są też wpływy korzystające z bogatej folkowej ornamentyki, czy też nawet jazzujących improwizacji. Zachowując jednak elementarną uczciwość, mimo że każda z ostatnich płyt sygnowanych logiem Opeth to poziom warsztatowy dla bardzo wielu grup zwyczajnie poza zasięgiem, to zarówno nieco jeszcze fragmentami niedoskonały Heritage, czy dość mimo wszystko monotonny Sorceress (Pale Communion to cudo!) może nie rozczarowywały, ale pozostawiały jakiś niedosyt. Tym razem jednak (podobnie jak PC) In Cauda Venenum w moim osobistym przekonaniu sięga szczytów i choć nie od pierwszego odsłuchu (może i dobrze) trafia do serducha odsłaniając wszystkie własne walory, to po kilku zaangażowanych seansach mając wciąż coś interesującego, nieodkrytego do zaoferowania, uzależnia zwyczajnie. Ja przynajmniej od ostatniej soboty jestem nowym albumem zahipnotyzowany i jedyne czego się obecnie obawiam, to sytuacji w której zbyt częste korzystanie z tego dobrostanu spowoduje raz przesyt, dwa podwyższenie poprzeczki wymagań, której już w przyszłości Opeth nie przeskoczy. W tym akurat miejscu rodzi się przerażający niepokój, wynikający wprost z dość tajemniczych deklaracji wodza Szwedów, iż o zgrozo ICV może okazać się finalnym krążkiem w dyskografii Opeth. Szczególnie wersy zamykającego album utworu sugerują niepokojąco zbliżający się "koniec drogi". Staram się jednak nie wieszczyć przedwcześnie tragedii, a póki decyzje ostateczne nie zapadły cieszyć się w pełni obecną formą ekipy Mikaela Akerfeldta i perspektywą dalszego rozwoju współczesnej opethowej muzycznej koncepcji. Liczyć, że ewentualna kolejna produkcja będzie w detalach równie nieoczywista i eklektyczna, a w ogóle tak samo mocno osadzona w solidnym riffie z interesującymi solówkami, jak wzbogacana epickimi orkiestracjami oraz jazzującymi tematami. Enigmatyczna i plastyczna, genialnie korzystająca ze zmian klimatu dzięki stosowaniu płynnych przejść pomiędzy zaskakująco gęstym łomotem, a subtelnym akustycznym plumkaniem. Bez ogródek komunikując, równie ekscytująca i pod względem kompozytorskim taka właśnie jak In Cauda Venenum, gdzie ponad sześćdziesiąt minut wymagającej skupienia muzyki nie nuży, a wręcz przeciwnie dzięki wtłoczonemu dramatyzmowi mija w mgnieniu oka. Gdzie bogate instrumentarium i mnogość frapujących rozwiązań rytmicznych oraz wymagające technicznej swobody wokale utrzymują emocjonalne napięcie. Mam pomimo niepokoju uzasadnioną nadzieję, że to nie jest ostatnie słowo Opeth, gdyż liczę że In Cauda Venenum zostanie bardzo entuzjastycznie przyjęta przez fanów i dziennikarską krytykę, dając motywacyjnego kopa szwedzkiej załodze. Przecież album z tak intrygującym konceptem lirycznym (Zatruty ogon - poligloci podpowiadają ;)) i każdą nutą z aranżerskim mistrzostwem wbitą w punkt nie może zostać inaczej potraktowany! Czyż mógłbym się aż tak mylić?
wtorek, 1 października 2019
(Nie)znajomi (2019) - Tadeusz Śliwa
Jak pamiętamy Polska
branża motoryzacyjna wyprodukowała w nie tak dalekiej przeszłości dwa cuda na
licencji włoskiej, które odpowiadały palącym potrzebom każdego uczciwie
pracującego obywatela. Tak stosując powyższe skojarzenie, podobnie polska
kinematografia użyczyła sobie po wielu latach włoskiego pomysłu i ręką debiutanta w formule
długiego metrażu nakręciła właśnie bardzo zgrabny "remake", odpowiadający zapotrzebowaniu widza, który z perspektywy profesjonalnych badań oglądalności
domaga się rozrywki, ale takiej z morałem. ;) Tadeusz Śliwa otrzymał trafiony angaż i
w zaskakująco ciekawy sposób przeniósł akcję z wiecznego miasta, do miasta na
dorobku - miasta marzącego o statusie przynajmniej jednej z najdynamiczniej rozbudowujących się metropolii dawnego bloku wschodniego. Starannie wraz ze
współpracownikami przygotował miłą dla oka kameralną oprawę, gdzie w centralnym punkcie
umieścił aluzje do zarówno ambicji tej "warszawki zarabiającej w euro", jak i
ukazał prężnie dla dobra kredytobiorcy rozwijającą się branżę deweloperską. Nie
to jednak jest w jego pracy najistotniejsze, bowiem cały anturaż, czyli okoliczności
miejsca i czasu kapitalnie tworzą wyraziste tło dla złożonych relacji
międzyludzkich, a to właśnie one naturalnie wychodzą na pierwszy plan, a widz
w wieku średnim, nawet jeśli zamieszkuje zdecydowanie bardziej prowincjonalne
tereny Wielkiej Czwartej Rzeczypospolitej, to w ogółach i szczegółach ma prawo poczuć
z bohaterami więź o charakterze utożsamiania się. I właśnie w tym walorze
terapeutycznym, poprzez możliwość ujrzenia siebie w postaciach z ekranu
dostrzegałem swego czasu wartość włoskiego pierwowzoru, tak samo też jestem w
stanie zrozumieć, że każdy kto zetknie się z powyższym rodzimym projektem w sali
kinowej, a później może w zaciszu "ciepłego" ogniska domowego, ponad
uniwersalne, nieodmienne dla mieszkańców różnych rejonów Europy podobieństwa
życiowych wyborów i ich konsekwencji, dostrzeże też te charakterystyczne cechy
polskiej rzeczywistości, w której z mniejszym lub większym sukcesem egzystuje.
Mógłbym w tym miejscu tropem recenzenckim z powodzeniem wymieniać szereg
konkretnych właściwości psychologicznych oraz liczne odniesienia socjologiczne,
których znaczenie fantastycznie odpowiedzialna za efekt finalny ekipa realizacyjna
uwypukla, ale to nie sztuką je zauważyć i po dwukropku wymienić. Sztuką jest
tak przetrawić terapeutyczny walor spojrzenia w to podsunięte pod nos lustro,
aby podobnie jak samo główne przesłanie obrazu poprzez słodko-gorzką prawdę, kwitowaną co rusz gromkim śmiechem, bądź łzami poruszenia dostrzec w tej skomplikowanej
materii zwanej życiem codziennym statystycznego Polaka, coś pozytywnego.
Bowiem wartość (Nie)znajomych, tak jak wartość Dobrze się kłamie w miłym
towarzystwie nie tkwi w pesymizmie, a finalnie paradoksalnie w optymizmie. W
sensie przeprowadzenia relaksującej analizy tego rozpędzonego dorosłego życia, w które wchodzimy z wielkimi
ideałami, marzeniami i tryskający energią, by zaledwie po chwili powietrze z nas
zeszło, pozostawiając nas przytłoczonych monotonią rutynowego bytowania. Tyle że (tutaj morał z przypadkowego trenera rozwoju osobistego), to nie akurat zmienne bez naszego wpływu decydują o osobistej porażce, tylko wszystko w zasadzie
zależy od indywidualnej postawy i energii włożonej w działania. Fakt, życie może się popierdolić,
bo ktoś coś i ogólnie ech… - tak, szok, jesteśmy niedoskonali! Ale jak w finale pięknie zasugerowano (tutaj morał prawie z katechizmu), wystarczy pielęgnować relacje, uczuć nie mordować - chcieć dać coś od siebie lub po prostu nie utrudniać
sobie korzystania ze szczęścia zaniechaniami i automatyzmami. :) Powaga!
P.S.1. Jeszcze dwie uwagi, chociaż mogłoby tu być ich co najmniej z tuzin. ;) Cała magia ogólnego
pomysłu tkwiącego w oryginalnym włoskim scenariuszu polega na tym, że pozawala on na wiele sposobów zaaranżować poruszający ładunek emocjonalny, tak o
charakterze rozrywki, jak i o potencjale dramatycznym. Wystarczy przenikliwe
spojrzenie na otaczająca rzeczywistość, wyciągnięcie właściwych wniosków i
błyskotliwe ich sprzedanie (tempo, dialogi!) oraz wartościowa puenta. Wystarczy też, że do
realizacji dobierze się aktorską śmietankę i dopilnuje, aby ich warsztat zabłysnął
pełnią możliwości (Ostaszewska vs. Simlat!). Wtedy zachwyt widza na wszystkich poziomach
gwarantowany. Gratulacje dla Tadeusza Śliwy!
P.S.2. Cieszę się, że
nie zignorowałem, chociaż zignorować uczciwie się przyznaje zamierzałem. Cieszę się, że wbrew zasadom z kilkoma opiniami z netu się zapoznałem, zanim
potraktowałem film Tadeusza Śliwy, jako potencjalnie typową schematyczną komercyjną komedyjkę,
która w rzeczywistości okazała się doskonałą rozrywką z mocnym akcentem dramatycznym, w
nietypowej jak dla naszych swojskich klimatów (deprecha won!) odsłonie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)