piątek, 27 marca 2015

Men of Honor / Siła i honor (2000) - George Tillman Jr.




Kolejna filmowa zaległość nadrobiona, tyle, że w tym przypadku ona niczego ważnego w moje życie nie wniosła. Spodziewałem się sporo więcej, a otrzymałem jedynie do granic możliwości, sztucznie napompowany banał. Dlaczego autentyczna historia o takim potencjale musiała zostać do jasnej cholery tak modelowo, po amerykańsku patosem przepełniona. Warsztatowo wszystko gra i tylko ten jeden mankament, który całe wrażenie dokumentnie zniszczył! Dlatego też, jako osoba nieczuła na tak filmowo prezentowaną rolę determinacji w przełamywaniu barier, pocić się z wrażenia nie zamierzam, rozpływać w ochach i achach także, bo ta poprawna politycznie tendencja i bezrefleksyjne uderzanie w najwyższe tony kiczowatej podniosłej maniery prędzej mdłości niż emocje we mnie wywołały. Ojejku, jakie to było niezwykłe przez gardło mi nie przejdzie i chociaż rozumiem, że łatwo „kolorowym” nie było i zapewne współcześnie też nie zawsze jest, to akurat Carl Brashear bohaterem na miarę Muhammada Ali, Raya Charlesa, Martina Luthera Kinga, Jackie Robinsona czy masy innych czarnoskórych ikon walki z segregacją w moich oczach nie zostanie. Pełną za ten stan winę ponosi George Tilman. Zamiast pokazać skomplikowaną brutalną prawdę, on jej kręgosłup w prostacką tandetę wcisnął. Taką Pan reżyser swoim pobratymcom przysługę zrobił. :(

P.S. Swoje trzy grosze do irytującego efektu dorzucił Cuba Gooding Jr. – nie będąc fanem jego aktorskiego rzemiosła nie powiem, że złośliwej satysfakcji z tego faktu nie czerpałem. :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj