środa, 25 marca 2015

AC/DC - Back in Black (1980)




Co tu dużo gadać, pisać, strzępić sobie język - jak ktoś w te skoczne kangurze podrygi wkręcony to nie obce mu tragiczne okoliczności powstania tego albumu. Bon Scott był się zadławił wymiocinami po kolejnej hulance alkoholowej - przynajmniej taka wersja oficjalna, a że ja nie zwolennik teorii spiskowych zatem jej nie podważam. Niepokorna to dusza była, prawdziwy rock'n'rollowy hero, synonim niemal nośnego hasła od zawsze z rockowym trybem życiem kojarzonego - typ którego zastąpienie w szeregach formacji z pewnością proste nie było. Smutek i żal biciem dzwonów oznajmiony po czym już tylko to co w markowym stylu AC/DC najwspanialsze z głośników rześkim potokiem się wylewa. Brian Johnson od pierwszego skrzeku zaskarbia sobie sympatie stając się z miejsca równoprawnym trybem tej piekielnej machiny, ustępując pola na placu manewrów odbywanych przez Australijczyków jedynie dorosłemu facetowi w mundurku szkolnego gówniarza. I tu sedno wszystkich krążków tej legendy - Angus i firmowa z nim bodajże wyłącznie kojarzona charakterystyczna gitarowa maestria. Człowiek-gitara trafnie to ujmując. On na niej nie gra, on pozwala jej żyć własnym życiem, wyzwala magiczne wibracje bez konieczności użycia skomplikowanych, technicznych fajerwerków - wyłącznie naturalny feeling i tyle! I jeszcze jedno co czarny ten krążek tym wyjątkowym dla mnie czyni. Let Me Put My Love Into You, bowiem ten zlepek słów i bombowy dźwiękowy wytop jest balsamem na wszystko co wkurwienie przynosi. Nic tak sprawnie nie poprawia mi nastroju jak ten numer, w codziennej szamotaninie z losem taki zastrzyk pozytywnej energii wart każdej ceny!

2 komentarze:

  1. Podzielam opinię. Od siebie dorzucam (proponuję) poprzedniczkę zrecenzowanej - Highway To Hell. :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj chciałoby się wszystko co dla człowieka ważne w muzyce i filmie od razu opisać. :) Pewnie przyjdzie i czas na Highway... :) Pozdrawiam.

      Usuń

Drukuj