poniedziałek, 23 marca 2015

Slayer - Christ Illusion (2006)




Oczekiwania związane z powstawaniem tej płyty były ogromne z powodów wiadomych wszystkim zorientowanym w temacie. Presja olbrzymia, bo i w świecie maniaków Slayera nie funkcjonuje słowo kompromis. Ma być tak jak powinno i tyle, znaczy numery muszą skopać tyłki i nie pozostawić żadnych wątpliwości, kto w świecie ekstremalnego thrashu pozostaje królem. Czekałem zatem jako fan zabójcy z ogromnym apetytem na Christ Illusion i absolutnie się nie zawiodłem. Zaczynając od bezkompromisowej okładki nawiązującej do szlachetnych stylizacji z lat największej świetności grupy po same dźwięki, jakie z impetem od startowego Flesh Storm wylewaj się z głośników. To jest ten Slayer, jakiego wielbię, czyli motorycznie pędzący przed siebie z kapitalnymi riffami, obłąkanymi solówkami i co akurat na tym albumie jest szczególnie uwypuklone fantastycznymi smaczkami podnoszącymi ciśnienie i włosy na ciele. Nawiązania do klasycznego łojenia to jednak nie jedyny walor tego albumu, gdyż w zalewie archetypicznego młócenia muzycy z wyczuciem wtopili najlepsze cechy stylu nie do końca wzbudzającego zachwyty na Diabolus in Musica czy God Hates Us All. Christ Illusion to taka wyborna hybryda tego, co klasyczne i tego, co nowe – tego, co thrashowe i tego, co upraszczając, core’owe. ;) Co ważne pierwszorzędnymi aranżacjami sklejone, przez co absolutnie nie odczuwa się próby dokonania aktu kompromisowego pogodzenia tych dwóch okresów z twórczości formacji. Powstał zatem nie twór sztucznie zlepiony na potrzeby rynku, a akt całkowicie naturalnego pójścia za instynktem, który najczęściej najtrafniejsze rozwiązania podpowiada. Czy to też przypadek, że Lombardo powraca na swoje miejsce i od razu Slayer tak do końca staje się sobą - gra to, co chce i robi to z najwyższą klasą. To rzadkość, że stołek zajmowany przez perkusistę tak istotnie wpływa na charakterystyczne walory grupy. I zaznaczam w tym miejscu, że nie mam większych zastrzeżeń do tego, co Paul Bostaph wystukał na trzech albumach poprzedzających Christ Illusion, uważam tylko, że to ten jedyny w swojej manierze napierdalający Kubańczyk potrafi zabójcy napędzić rytm w odpowiedni sposób. Te kapitalnie tnące riffy nieodżałowanego Hannemana podbijane kanonadą perkusyjnej nawałnicy produkowanej przez Lombardo zaczynają nabierać swoistej magii i nic nie jest w stanie zmienić tego rodzaju mojej opinii. Tak jest i tyle - tak to odczuwam i biorę na klatę wszelką krytykę czy zarzuty o radykalizm. Ta grupa bez Dave’a i Jeffa traci racje bytu i stwierdzając powyższe zdaje sobie sprawę, że nie widziałem na żywca i pewnie nie zdecyduje się zobaczyć obecnego składu. Zainteresowanie powstającą obecnie nową płytą mam niemal zerowe, przez co weryfikacja stanowiska nawet, jeżeli krążek obiektywnie okaże się „uroczy” ;) będzie zadaniem na miarę dysonansu poznawczego - czyli będę za wszelką cenę go unikał, okopując się w bezpiecznej przestrzeni. :) Czy to nieuczciwa postawa, nie będę tutaj takich rozważań uskuteczniał, zwyczajnie w temacie Slayera budzą się we mnie postawy, które w przygniatającej większości przypadków piętnuję bezlitośnie. Slayer musi by Slayerem, a bez swoich dwóch filarów za chuja nim być nie może!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj