wtorek, 5 lipca 2016

Katatonia - The Fall of Hearts (2016)




Bez różnicy czy Katatonia kombinuje, czy raczej gra konwencjonalnie, tak na swój sposób przewidywalnie to zawsze, bez wyjątku hipnotyzuje. To taka reguła przy odsłuchach albumów Szwedów, że magia zaklęta w dźwiękach przez nich tworzonych jest cechą stałą i nie ma mowy by zagubiła się aby w świeżo proponowanych kompozycjach. One na The Fall of Hearts pełne ciekawych pomysłów i chociaż utwory często są dość skrajne pod względem dynamiki, to mają ten wspólny mianownik spajający dwanaście numerów w uporządkowaną ponad sześćdziesięciominutową całość. Tak, to sporo szczególnie, że Katatonia nie przyzwyczaiła do albumów zbytnio przeładowanych w zakresie ilości, zawsze stawiając zwięzłą jakość ponad megalomaniacką potrzebę zapełnienia krążka po brzegi. Teraz jednak przebili dość wyraźnie pod względem czasowym poprzednie produkcje, lecz nie odczuwałem podczas odsłuchów przesytu, nadmiaru, który by przeszkadzał. Ot, to mocno progresywny album, który tym razem, w odróżnieniu od poprzedniczki potrzebuje większej uwagi i skupienia by wgryzł się w świadomość i w pełnej krasie zaprezentował swoje atuty. Nie jest to produkcja tak oczywista jak Dead End Kings, jej siła przebojowa mniejsza, lecz potencjał na dłuższą frapującą przygodę większy. Typowa esencjonalna, przebojowo-nostalgiczna Katatonia przenika się z eksperymentatorskim aranżacyjnym zacięciem, kompozycje są złożone, wielowarstwowe z mnóstwem przemyślanych ornamentów, a całość przywodzi skojarzenia z produkcjami Opeth i Soen. To samo przywiązanie do budowania napięcia jest tu wspólne, wyjątkowa wyobraźnia, a efekt pod względem brzmieniowym i instrumentalnym to ten sam perfekcjonizm. Pisząc o płycie ciepło nie zawaham się jednak na koniec stwierdzić, że The Great Cold Distance nie przeskoczyli, a może zmienię zdanie za kilka miesięcy? Wszak, jak podkreślałem to płyta powoli w człowieku dojrzewająca, która potrzebuje wytrwałości w przyswajaniu, z każdym kolejnym spotkaniem przekonując do siebie coraz skuteczniej. Cieszy ten progres, bo daje szansę na uniknięcie ekipie Blackheima stagnacji i trwania na podobieństwo wielu we wspomnieniach tych lepszych, bo starych czasów. ;)

P.S. Nie wyróżniłem żadnego utworu, a to błąd bo te dwa single z kapitalnymi obrazkami (Old Hearts Fall i Serein), choć nie do końca reprezentatywne dla całości to majstersztyki bezdyskusyjne, a motyw pomiędzy czwartą, a piątą minutą w Residual to taka najwyższej jakość "toolowska" magia! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj