środa, 13 lipca 2016

Trainspotting (1996) - Danny Boyle




Zamierzam zaryzykować i "błysnąć" tutaj przenikliwym spostrzeżeniem, ewentualnie wystawiając się na ostrzał bezlitosnej krytyki. Mianowicie stawiam tezę, że kiedy Darren Aronofsky kręcił cztery lata po Trainspotting swoje arcydzieło, jakim bez wątpienia Requiem for a Dream musiał być pod wyraźnym wpływem obrazu Danny'ego Boyla. Ten sam intensywny narkotyczny trip był odczuwalny podczas obserwacji zmagań z uzależnieniem bohaterów requiem, ten sam odjechany sposób zobrazowania stanu umysłu ćpunów. I chociaż produkcja Aronofsky'ego o dużo większym sugestywnym i dramatycznym kalibrze, natomiast wizja Boyla zakończona fartownym happy endem ze sporą dawką humoru to przesłanie rzecz jasna zbieżne. Zatracenie w uzależnieniu to zabawa, która finalizowana jest niemal w stu procentach sześć stóp pod ziemią, a ten finał tylko w zależności od delikwenta przychodzi wcześniej lub odrobinę później. Żeby być poważnie potraktowanym już spieszę zauważyć różnicę i zapobiec wnioskom jakoby odbieram Aronofsky'emu prawa do oryginalności spojrzenia. Widziałem przecież Pi i tak kapitalnie rozwiniętą w kilka lat później autorską konwencję tego nietuzinkowego reżysera, stąd mam świadomość, że Requiem for a Dream jest logicznym następstwem obrazu z 1998 roku. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że coś w kwestii inspiracji było na rzeczy, a że pod jej wpływem powstało arcydzieło to już tylko dla kina i widzów powód do satysfakcji. Dostaliśmy więc w przeciągu kilku lat dwa mistrzowskie obrazy w podobnej tematyce, które na miano kultowych bezdyskusyjnie zasłużyły. Trainspotting oglądany nawet po dwóch dekadach robi nieprawdopodobne wrażenie przede wszystkim klimatem przesiąkniętym buntem dzieciaków z gównianych dzielnic. Kontestacją w stosunku do narzucanych schematów, pętających ich umysły i duszących młodzieńczą energię. Niestety brak konstruktywnej alternatywy zastępowany jest hedonistyczną (to u małolatów chyba naturalne :)) potrzebą imprezowania bez względu na konsekwencje. I tutaj niestety kończy się zabawa, a zaczyna dramat, kiedy następstwa braku odpowiedzialności przyjść muszą (bo, tak) i potrzeba łatwego zabicia szarej rzeczywistości kończy się srogim zjazdem w nicość (ano, tak). Szalone tempo, obłęd w do bólu realistycznym wydaniu, obraz z muzyką w idealnej symbiozie i takie role Ewana McGregoraEwena Bremnera, Jonny'ego Lee Millera i Roberta Carlyle, że czapki z głów i ukłony najniższe. Kult, pozwolę sobie takim oklepanym wyrażeniem zakończyć! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj