poniedziałek, 14 listopada 2016

Glenn Hughes - Resonate (2016)



Hiperaktywny ostatnio Glenn Hughes powraca w solowym wydaniu, wykorzystując chwilowy oddech od działań zespołowych. Tuż po zaniechaniu działań pod szyldem California Breed i w chwile po oznajmieniu, iż wraz z Bonamassą, Sherinianem i Jasonem Bonhamem wskrzeszają Black Country Communion i czwarty długograj sklejają. Tak, ten gość cierpi na twórczą nadpobudliwość i co istotne ta intensywna potrzeba pisania i śpiewania apogeum swoje na koniec szóstej i początek siódmej dekady jego życia sobie wybrała. Niewiarygodne się wydaje kiedy Resonate odsłuchiwany, że gość ma 64 lata i jeszcze mu się chce z taką energią działać, stawiając sobie wciąż nowe wyzwania. Czuć w nim ogromną witalność w wątłym ciele skondensowaną, widać iż to energetyczny wulkan wyrzucający z siebie prawdziwą pasję w postaci modelowo ekscytujących rockowych kompozycji. Człowiek nie mający w najbliższym czasie zamiaru odchodzić na muzyczną emeryturę i sczeznąć po cichu na marginesie, wspominając jedynie własne dokonania z przeszłości. Resonate bowiem jest albumem godnym swych poprzedników, z sukcesem wskrzeszającym klasyczne hardrockowe brzmienia, gdzie konkretny tłusty riff podbity zostaje pobudzającym klawiszowym akordem. Płytą gdzie rządzi i dzieli właśnie głos Hughesa - to on tutaj w centrum, a praca instrumentalistów zachwyt warsztatem wzbudzająca przede wszystkim uwypukla z powodzeniem walory wokalisty. Pozwala by drapieżny rockowy pazur przenikał się z soulową emocjonalnością i funkowym groovem, budując żywe, pulsujące dramaturgią linie melodyczne. Każdy numer lepi się słuchaczowi do ucha i pozostaje w głowie na długo dając porcję świetnej zabawy. Młody duchem, bogaty doświadczeniem Hughes nadal wie jak swoim darem czarować - podziwiam człowieka ogromnie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj