piątek, 11 listopada 2016

Airbourne - Breakin' Outta Hell (2016)




Listę przeobrażeń jakie na najnowszym wypieku Australijczyków dostrzegłem rozpocznę i zakończę na niczym. :) Co mogło się w preferowanym przez nich stylu zmienić i jakich od nich zmian fani oczekiwali to przecież to samo. Mianowicie nikt z tych, co ich działalność od debiutu śledzą nie spodziewał się istotnych volt, bo co ponad zwiększeniem/zmniejszeniem prędkości, bądź ograniczeniem/podkręceniem mocy i ewentualnie zaaplikowaniem/usunięciem w mniejszym lub większym stopniu chwytliwości mogli w tego rodzaju grzaniu zaproponować. To jednocześnie wdzięczny i niewdzięczny kawałek rockowego poletka, bo jakąś tam sympatię niemal każdego zwolennika gitarowej gry można szybko zdobyć na hejterów jad się nie narażając, bo każdy rockman, ten nawet poszukujący od czasu do czasu potrzebuje zwyczajnej hedonistycznej przyjemności i nie chce chyba być utożsamiany z mężczyzną, bez typowo męskich potrzeb. ;) Ale i przez wzgląd na wąskie ramy estetyki nic ponad umiarkowany szacunek utrzymać nie są w stanie, zaintrygować czy zaskoczyć absolutnie – taki scenariusz nie wchodzi w grę. Dostarczają więc na kolejnych albumach kawał drapieżnego i chwytliwego rocka z inklinacjami po części „hejwi” punkowymi i bluesowymi - skierowanego do wszystkich i do nikogo. Krótko i na temat, czyli energetycznie, dynamicznie z pazurem, werwą, przebojowo i ssssoczyście. :) Aby uwolnić w fanach czystą i nieskrępowaną radość z obcowania z bezpretensjonalną porcją dźwięków angażujących ruchowo, nie intelektualnie. Piszę tak z własnej perspektywy, bo sam uwielbiam posłuchać ich w aucie, ale w domu już rzadziej, chyba że nikt nie patrzy, a ja swobodnie mogę sobie na powietrznej gitarze powymiatać i nie mam akurat intrygującej nowości do rozgryzienia. Według tej filozofii przyjąłem Breakin' Outta Hell i goszczę sobie wrzask Joela O’Keeffe przy ogłuszającym akompaniamencie jednowymiarowej pracy pałkera, gitarowego jazgotu ubarwianego przewidywalnymi solówkami i schowanego głęboko pod powyższymi basu. Nie oczekuję filozoficznych rozważań i zadowalam się spostrzeżeniami stereotypowo widzianego samca, bo to co robią „it’s all for rock'n’roll”, a ja doceniam takie poświęcenia. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj