środa, 7 czerwca 2017

Deftones - Around the Fur (1997)




Oj wstydzę się, bardzo się wstydzę, że dopiero od niedawna w muzyce Deftones prawdziwy geniusz widzę. :) Mam moralniaka, że swego czasu dość pobłażliwie na fanów twórczości ekipy ze słonecznej Californii patrzyłem. Ślepy byłem, arogancko przekonany, że nie ma takiej opcji, by grupa zrodzona z pierwszej fali skocznego nu metalu mogła prezentować poziom kompozytorski zapewniający im długowieczność na scenie, a własnym płytom zagwarantować status kultowy pośród szeroko rozumianej rockowej elity. Długo się przekonywałem do tych dźwięków, mocowałem z zawartością kolejnych albumów, poznawanych już z odpowiednią starannością. Droga do w pełni świadomych wniosków wymagająca była, dość wyboista i niepozbawiona ostrych zakrętów, przed którymi wyhamowywałem, by odwagi stopniowo nabierać do pochłaniania kolejnych kilometrów w tej zaskakująco jak się okazuje wartościowej i poszerzającej horyzonty podróży. Nie dalej jak lat kilka wstecz dawałem do zrozumienia, że jak Deftones to dla mnie jedynie od Diamond Eyes się liczy, bo reszta mało apetyczna, wręcz odpychająca - by po tej  deklaracji miesiąc po miesiącu systematycznie przesuwać granicę tolerancji i akceptacji dla zespołu. Do tego momentu, w którym obecnie się znalazłem, kiedy w dyskografii Deftones nie ma właściwie albumu, którego bym nie adorował szacunkiem podobnym klasyce i z zaangażowaniem bezkompromisowego neofity. Ducha tej muzyki odkryłem i systematycznie rozwijam umiejętność dostrzegania w niej cech wartościowych muzycznie jak i pasjami doceniam pokłady emocji zawarte we wrzaskach czy pomrukach absolutnie wyjątkowych wyłącznie dla Chino Moreno. Bowiem co rzadko spotykane siła tego surowego przekazu przede wszystkim tkwi w antyśpiewie wokalisty, który postękiwaniem, pojękiwaniem na zmianę z wrzaskiem smaga słuchacza i w rodzaj hipnozy wprowadza. Formy dźwiękowe sączące ograniczoną chwytliwość, produkowane przez instrumentalistów wtedy tężeją i poczynają oblepiać zwoje rozedrganą, gęstą substancją. Kąśliwe kaskady zapalczywie atakują narząd słuchu, piętrzą się i zazębiają, pędu przez czterdzieści jeden minut absolutnie nie wytracając - więcej, one siejąc ustawiczny ferment, burząc standardowe postrzeganie harmonii, same swój własny, niestandardowy komponent melodyjny konstruują i jego energię w paliwo przetwarzają. Wgryzałem się w Around the Fur uparcie i finalnie oświadczam, że czas ten nie został zmitrężony. To praca, która dobrą inwestycją się okazała, bo nobilitowała grupę w moich oczach do miana czołowej ekipy pośród tych najbardziej kultowych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj