czwartek, 26 marca 2020

Mustasch - RatSafari (2003)




Ostatnimi czasy najczęściej o muzyce Mustasch pisałem krytycznie, a jeśli już nie całkiem krytycznie, to mało entuzjastycznie, z wyraźną nutą rozczarowania zawartą w tych moich na blogu forsowanych refleksjach. Wiązało się to z faktem, że to przede wszystkim bieżące albumy kapeli były poddawane autopsji, a kierunek obrany po krążku z 2009-ego roku (notabene albumie już wtedy nieco rozczarowującym i niezapowiadający dla mnie większej satysfakcji na przyszłość), uważam za absolutnie w kontekście rozwoju formacji nietrafiony, a nawet pisząc wprost odstawiający całkowicie na bocznicę ambicje pisania muzyki, a owszem energetycznej, ale z walorami długotrwałej zdatności do spożycia - mówiąc precyzyjnie takiej, która nie nudzi się po trzech, czterech odsłuchach. Taką bowiem Szwedzi z powodzeniem grali od momentu debiutu (Above All 2002 rok) do Latest Version of the Truth (2007), a szczyt ich fantastycznej formy zdaje się z dzisiejszej perspektywy przypadać na okres 2003-2005, kiedy oto powstały, będący tematem tej notki RatSafari i zaraz po nim równie fantastyczny Powerhouse. Oczywiście to maksymalnie subiektywna ocena i jestem się w stanie założyć o utratę dobrego gustu muzycznego, że skręt w stronę bardziej przystępnego rocka zapewnił ekipie Ralfa Gyllenhammara (posiadacza kapitalnego wokalu, który szczególnie w powyżej wychwalanym etapie można śmiało porównać do Iana Astbury'ego) na tyle spore grono fanów, że mają dla kogo nagrywać, a studyjny ich żywot nie przypadkiem z powodzeniem trwa nadal. Ja jednak twierdzę, że gdyby ścieżka prowadziła ich bardziej w kierunku stonera, to ich nazwa obecnie znaczyłaby znacznie więcej niż znaczy. To akurat myślę, iż zmianie w najbliższej przyszłości nie ulegnie, a moja nadzieja do tej pory systematycznie i konsekwentnie pryskała, kiedy z nowymi materiałami studyjnymi powracali. Nie zmieni to jednak mojego gigantycznego przywiązania szczególnie do startowych produkcji z których dziewiczy kontakt zaliczyłem właśnie pod koniec 2003-ego, tudzież na początku 2004-ego, kiedy kierowany intuicją na ich muzykę natrafiłem podczas rytualnych odsłuchów co ciekawszych rekomendacji, odbywanych w wówczas jeszcze mocno nastawionej na handel płytami kompaktowymi sieci Media Markt. Nie będę ściemniał, że z dystansem przyjąłem muzykę Mustasch, bo prawdą jest, że RatSafari "siekło" mnie konkretnie i zaraz po wyskrobaniu odpowiedniej kwoty na zakup płytki, począłem poszukiwać debiutu, którego zdobycie okazało się na polskim rynku niemal niemożliwe. Brak dystrybucji i kaplica - ściągasz z zagranicy, albo kopiujesz jeśli ktoś ma. Innej drogi brak! To nie obecne czasy, kiedy wszystko jest wszędzie, a rola internetu w dystrybucji i dostępności muzyki otwierająca możliwości. Tym samym zanim (niestety żaden z kumpli nie miał) All Above poznałem jeszcze trochę wody w Warcie upłynąć musiało. Raczyłem się więc póki co intensywnie tym, co miałem, a miałem kawał doskonale skonstruowanego rączego rocka z własną osobowością, gdzie skojarzenia z tuzami z przeszłości obijały się echem, ale w żadnym stopniu nie stanowiły wtórnego odgrzewania wczorajszych kotletów. :) Riffy kapitanie korzystają więc na RatSafari z rockowej dynamiki i stonerowego feelingu. W dodatku moc w nich atletyczna, a linie wokalne świetnie eksponują mocne strony głosu wokalisty - zarówno w wyrazistych zwrotkach i chwytliwych refrenach. Aranżacje nie stawiają na szybkie pozyskiwanie uwagi, a dawkują przyjemność z obcowania z dźwiękami o pochodzeniu może nieodkrywczym, ale za to wspaniale kontemplującymi rozwijane z klasą tematy. Co cholernie ważne płyta wciąga i szybko nie ma zamiaru odpuścić, a długotrwałe do niej przywiązanie powodowane jest użyciem odpowiedniej formuły kompozytorskiej, w której  genialnie ożeniono melodyjność z dramaturgią. Czego właśnie tak boleśnie brak we wstępie wspomnianym albumom nagranym w drugiej dekadzie XXI wieku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj