sobota, 30 listopada 2024

Megalopolis (2024) - Francis Ford Coppola

 

Nie mam potrzeby wyduszać, wymuszać - tak odczuć jakie Megalopolis wywołuje, jak i nadmiernej miernej siłowej słownej ekscytacji, gdy sprawdziłem co za własne, uciułane w dużym stopniu srebrniki, spełnienie reżyserskie seniora mistrza mnie dało. Obejrzałem dzieło które nic subiektywnie (to ja) i obiektywnie (to rzeczywistość) nie zmieni, a da jedynie Coppoli usprawiedliwienie, że nie był bezczynny, gdy walił się świat. Połechce jeszcze mocniej jego ego na czas zaawansowanej jesieni życia, bowiem koncept przeniesienia cesarskiego rzymskiego oblicza starożytnej ziemi do czasów współczesnych i uchwycenia podobieństw, jest zaprawdę konstruktem ze wszechmiar ambitnym – nie przewiduję dyskusji! Tylko teoria i inspiracja, motywacja i myślenie życzeniowe to raz, a dwa realizacja i możliwości, sprzedaż idei i tej idei odbiór w formie jaką Coppola w finalnym efekcie dostarczył. Nie napiszę tutaj, iż w zamierzony tandetny sposób nie kupił mojej uwagi i nie przyznam racji ostrej krytyce, że pod przeozdobną sceną, nie kryje się żadne godne uwagi erudycyjne przesłanie i że Coppola już jest tak stary, że więcej w jego (w założeniu) opus magnum materiału do drwin, niż przyczyny do poważnie zatroskanej o kondycji świata dyskusji. To w sumie jest jeden z tych filmów, które są robione przez twórców dla siebie, bowiem tylko autor wie wszystko co wiedzieć też widz naturalnie powinien, by zrozumieć treść i wykoncypować idealnie trafione przesłanie. Sens Megalopolis mimo to nie jest akurat nazbyt niejasny, ale jednocześnie nieco przeładowany i chaotyczny, bo pętelek w ściegu nie brakuje i w szczegółach nietrudno się nie pogubić, ale jakby się z twórcą Megalopolis przy kominku zasiadło i w dysputę o tym co i jak widzi wkręcić, to nie przewiduję iż pod wrażeniem gigantycznym, osłupiałym lub totalnie podekscytowanym przez całą noc nie pozostało. Problem tylko w tym, że opowiadanie filmowe (w skrócie rzecz biorąc) o cywilizacji jaka największym wrogiem ludzkości i opowiadanie o tym stosując masę metafor wymaga okiełznania autorskiej euforii i pomysłu kilka razy, aby był klarowny przefiltrowania. Ten język i ta metoda jakiej użył, bez względu na fakt że współpracownicy w osobach aktorów jemu projektu absolutnie nie położyli, w więcej niż pięćdziesięciu procentach nie zagrał. To on sam stosując język wizualny jaki sobie na tą okoliczność wymyślił rozjechał się chyba z dzisiejszymi wobec wizji kina epickiego wymaganiami - chociaż kto wie czy ja tu ogarniając to co zobaczyłem, bardziej od niego nie pierd*** i gdyby pozbawić retorykę Megalopolis nazbyt ostrych konturów i kolorystykę jaskrawą umownie na bardziej pastelową zmienić, to nie miałbym może do czynienia z geniuszem podobnym takim ówczesnym mistrzom jak Paul Thomas Anderson, Denis Villeneuve, czy każdy inny obecnie z fejmem uznany wizjoner. Nie wiem, w sumie to już nie wyduszone koncepcje na domniemania mi się wyczerpały, a seans pomimo długości i kalibru merytorycznego nie zmęczył. Rozumiem jednak dlaczego może tak opinie widzów polaryzować.

piątek, 29 listopada 2024

Horizon: An American Saga - Chapter 1 / Horyzont. Rozdział 1 (2024) - Kevin Costner

 

Klasyczne do granicy przesady, w teorii prawdziwie epickie westernicho, które pomimo wysokiego jak mniemam budżetu i rozmachu produkcyjnego, zadziwiająco miejscami robi anty wrażenie raczej telewizyjnej, niźli w planach zapewne spektakularnej widowiskowości. To wrażenie subiektywne, nie jest takie pewnie obiektywnie jednoznaczne, trudno zamaszyście oskarżać twórców o brak umiejętności wykrzesania wizualnego względnego dobra z potencjału rozległych przestrzeni i emocji ze scen starć z czerwonoskórymi, czy wprost wzruszeń z dramatycznych scen, ale jeśli się kręci współcześnie, a efekt przypomina kino dość pospolite z lat dziewięćdziesiątych, to czuć niedosyt, a wręcz rozczarowanie, gdy założenia i autorstwo w rękach kogoś, od kogo można by więcej wymagać. Kuleje warsztatowo Horyzont może fragmentarycznie, ale też nie broni się całościowo, schematyzmem i tandetą uczuciową kłuje w oczy, chyba że uznać, tak bez charyzmy poprawnie miało wyjść od początku do końca, bo odbiorcą/targetem nie koneser tylko masowy, raczej mocno dojrzały wiekowo widz, jaki oczekuje wrażeń z katalogu tych mniej artystycznych, a bardziej oczywistych. Dlatego prawie trzy godziny opowieści nawet momentami nie wychodzącej poza skostniały schemat, to było dla mnie z wytężonym szacunkiem dla pracy ekipy pod kierownictwem Costnera, do zniesienia za wiele - tak jak zbyt mocno (w części przypadków) nie potrafię się zaangażować w archetypiczną westernową klasykę. Kino się zmieniło, a Costner nie potrafi, albo najzwyczajniej nie podjął wysiłku by za tymi zmianami nadążać, w dodatku kontrola nad fabułą, nad jasnym w miarę określeniem kto, co, dlaczego też jest licha. Ambicja stworzenia epopei potyka się z wysoko noszoną głową o własne nogi, choć wyzwanie było duże, to spłaszczone do poziomu czegoś co bardziej przypomina jak to ktoś w necie trafnie określił pilota do serialu, niż właściwą fascynującą historycznie i zawiłymi kontekstami się skrzącą opowieść o kolonizacji północnej Ameryki. Takie ukazanie skomplikowanych wydarzeń z czasów amerykańskiego pionierstwa mnie jedynie kusiło do przewijania, byle szybciej się skończyło - a tu o zgrozo jeszcze rozdział drugi kiedyś z obowiązku do przemęczenia.

czwartek, 28 listopada 2024

Kinds of Kindness / Rodzaje życzliwości (2024) - Yórgos Lánthimos

 

Powiem, przypomnę to otwarcie - Lánthimos nie kręci typowych filmów, tylko przeprowadza eksperymenty, tak te w sensie estetyki, dziesiątej muzy technicznego oblicza formalne jak i psychologiczno-socjologiczne próby analityczne na widzu i na podjętych zagadnieniach. Filozoficzne niejednokrotnie deliberacje sam ze sobą, poddając nietuzinkowemu rozważaniu problematyki często funkcjonujące powszechnie, a przez to wydające się pozornie li tylko dostatecznie już poznane. On wtedy wjeżdża z tym swoim autorskim, odjechanych językiem filmowym i wyciąga tabliczkę z hasłem STOP, co Wy wiecie o tych procesach - ja Wam tu zaraz uświadomię, mieszając Wam przy okazji zdrowo w główkach! W Rodzajach życzliwości zapodaje trzy ostentacyjne historie (korporacja-kariera, małżeństwo-obłęd, sekta-rodzina), absurdalnie realnie nierealne tylko poniekąd, puentowane za każdym razem zgryźliwie symbolicznie, połączone ze sobą tak aktorskimi kapitalnymi personami (Stone, Plemons, Dafoe, Qualley, Chau), jak właśnie odniesieniem do rozgrzebywanego w treści ślepego przywiązania, miłości i oddania. Wspólny ich mianownik to poświęcenie bez świadomości tak krzywdzenia siebie jak i otoczenia. Przykłady skrajne, sytuacje obsesyjne, bliskie obłędu, kiedy człowiek jest zdolny do wszystkiego z kompletnie zrytym beretem. To w sumie truizm, mechanizm jest oczywisty, jednak totalnie trudny do powstrzymania - zdaje się otoczony już kultem (być może nadmierną też nomen omen życzliwością) Lánthimos sugerować między innymi. Wszystko w formie jedynej i osobnej, firmowanej od początku przez Lánthimosa wersji wizualnej i oczekiwanej od aktorów efektownej aktorskiej maniery - silnie przerażającej, odpychającej i zarazem frapującej, której pomaga antymuzyka, między innymi złowieszcze uderzenia w pojedyncze klawisze. W takim anturażu, w zupełnie nieoczywisty ale ostry sposób uświadamia ukazane procesy, które nie dziwą, lecz pomimo mnogich opracowań naukowych nadal są trudne do wytłumaczenia, a jeszcze bardziej (podkreślam) wyeliminowania. W skrócie że ludziom odpieprza w relacjach, gdy wszystkie granice zdroworozsądkowe się zacierają, a najjaskrawsze w nich jest bez względu na ponoszone koszty to absurdalne, ekstremalne oddanie.

środa, 27 listopada 2024

Bâtiment 5 / Kolonia 5 (2023) - Ladj Ly

 

Szczytowe stanowisko w administracji publicznej, to zapewne żadne wyłącznie spijanie śmietanki na finał żmudnego wspinania się po szczeblach kariery. To układy i zobowiązania, pretensje i oczekiwania. Działalność społeczna w podobnym obszarze, to jeszcze bardziej wyboista droga przez mękę - wyzwania i obciążenia, a pomiędzy ludźmi z tych dwóch obozów oficjalna przed kamerami deklaracja współpracy, a w rzeczywistości uniki lub zwarcia. Niby tu wszyscy chcą dobrze, ale problem w tym że każdy z własnego punktu widzenia widzi to "dobrze" skrajnie inaczej, tym bardziej, że akurat na tym konkretnym przykładzie areny jaką dzisiejsza Francja, czyli najbardziej jaskrawego modelu trudnej współegzystencji rożnych obcych kultur, braku właściwej przybyłych asymilacji, konfliktu sposobów życia wynikających z natury, mentalności ale i frustracji implikowanej biedą i warunkami życia. Dzisiejsza Francja to już nie ta tylko z przeszłości Francja elegancja - to postępujące problemy emigracji i z emigracją. To getta ubóstwa, marginesu i przestępczości, więc Ladj Ly ponownie jako ktoś z problemem osobiście związany, bierze się w poczuciu misji jako artysta doceniony i z posłuchem publicznym za temat jemu bliski. Muszę mu przyznać że robi to już drugi raz skutecznie, mimo iż tak jak z początku fabuła się snuje bez mocno zarysowanego celu, raczej szkicując (jak się okazuje z trafioną intencją) rys okoliczności, tak zmienia w końcu swoje oblicze, prowadząc do kulminacji jaka potrafiła we mnie jako widzu wywołać znaczące wzburzenie. Przecież jak tracisz dach nad głową to jesteś na równi załamany jak wściekły - rośnie w Tobie gniew wprost proporcjonalnie do bezradności i zmieniasz się, bo naturalnie strzelają bezpieczniki, tym gwałtowniej kiedy jesteś wrażliwym osobnikiem. Dlatego jestem pod wrażeniem zbudowania tej kluczowej postaci (Blaz) z drugiego planu, gdyż systematycznie jestem jako widz przygotowywany do następującej w nim eksplozji. Poznaję gościa tak przy okazji, jakby na obrzeżach wydarzeń i lubię go, bo jest sympatyczny ale i czuć (dostaję nie jedną sugestie), że coś w nim wrze, wciąż jeszcze pod względną kontrolą, a potem on wykręca taki numer (nie zdradzę), bo jest niby zahartowany, a jednocześnie nadwrażliwy i w nim wszystko pęka. Wychodziłem więc z kina poruszony i ani przez chwilę nie miałem wrażenia, iż to efekt tanich chwytów reżysera, tak sobie analizując w środku by zrozumieć, iż jest to udany film o posuniętej do ostatniej granicy frustracji, ale też o presji musisz, powinieneś - przecież na Ciebie patrzą, od Ciebie oczekują, bo jak nie Ty to kto!

P.S. Zauważę jeszcze, iż znów udowadnia Ladj Ly, że potrafi kręcić zamieszanie w ciasnych pomieszczeniach. Oddać przekonująco zamętu nerwową atmosferę, choć dramatyzacja nie jest w jego myślę koncepcji najważniejsza, bowiem to raczej obraz z premedytacją kreowany by poruszyć, a nie sztucznie zbudować samo odczucie chaosu i jego specyfiki.

wtorek, 26 listopada 2024

Heretic (2024) - Scott Beck, Bryan Woods

 

Bez sojlerów (chociaż korci), bo wiadomo jest takie kino co zdrada nawet częściowa treści czy w nim finału, równa się brak założonych przez autorów (pocierają rączkami, jakie to z nich podstępne spryciule) emocji. Podpowiem tylko i nieco ostrzegę, iż jeśli lubisz człowieku współczesne przegięte horrorki bierz, jeśli nie lubisz współczesnych gore koszmarków trzymaj się z daleka i nie słuchaj bardzo pozytywnie seansem zaskoczonych mądralów, bowiem ja (taka jest moja historia) dałem się nabrać i wkręcić retoryce o niby poddanej rozumowej weryfikacji ważnej treści. Kupiłem tą podpuchę kierowany nie wyłącznie rekomendacjami entuzjastycznymi, ale głównie to bazując na dotychczasowym doświadczeniu - liczyłem na świetne kolejne kino od studia A24, a realnie się mocno przeliczyłem. Nieco może z początku ekranowa narracja intrygowała, lecz z czasem bardziej niż nieco przebieg zdarzeń irytował i nie ratowała sytuacji (to akurat obiektywna prawda pisana przez recenzentów) bardzo dobra rola Hugh gwiazdora, gdy niby poważna rozkmina podporządkowana zostaje pod potrzeby żałosnej rozgrywki przemocowej, tym bardziej, iż „ta niby mądrzejsza” Heretyka strona (znaczy erudycyjna powłoka), to też jedynie banały, których nie uświadamiają sobie zabetonowani religijnie wierzący, bądź naprawdę głupi - co w sumie na jedno wychodzi. Ok, rozumiem po cholerę ta symbolika, a najbardziej te labirynty i podstępy w scenariuszu i ja przyznaję, że z początku poniekąd kopiłem pomysł, ale później chciałem nie tylko treść żołądka zwrócić, bo jak usunąłem opakowanie, to produkt w założeniu markowy, okazał się kiczowaty i pozbawiony kompletnie dobrego smaku. Zatem, róbcie jak chcecie, ale wiedzcie. :)

poniedziałek, 25 listopada 2024

Gladiator II (2024) - Ridley Scott

 

Melduję brak potrzeby pogłębionego rozczulania się nad czy krytykowania większego, motywowanego myślę wyłącznie napełnieniem brzucha producenta sequela ikonicznego Gladiatora. Moja raczej lodowata neutralność nie powodowana jest tak zwyczajową niechęcią w stosunku do samej idei kontynuacji, lecz czymś w rodzaju do takich pomysłów zdroworozsądkowego dystansu, a że nowy Gladiator z pewnością nie wnosi też niczego ani ciekawego wyjątkowo, ani świeżego do wcześniejszego (notabene prócz romantycznej uczty, tylko wizualnie porządnego, aktorsko solidnie przewidywalnego i muzycznie poruszającego stanu), to cóż mi z wystukiwania osobistych przemyśleń, kiedy są one najzwyczajniej bardzo skromne i jak zasugerowałem z emocji głęboki wyzute. Informuję tylko, iż ponownie rzecz między innymi o władzy, honorze, miłości, wyidealizowanych marzeniach politycznych i brutalnej sile w formule w której najwyżej w hierarchii postawione zostało wywołanie wrażenia epickiego i w której można dopatrzyć się jakichś tam walorów, jak i odczuć zażenowanie można. To pierwsze to ogólnie fachowe aktorstwo i to bardziej raczej drugiego planu aktorstwo wybitne („bliźniaki” Quinn i Hechinger), niż pary gwiazd, od której ja akurat bym więcej charyzmy wymagał. Wszyscy pieją natomiast zachwytu nad kreacją Denzela, ale prócz kluczowej jego postaci roli w intrydze, a tym samym sporej przestrzeni do wykorzystania i wywiązania się z obowiązku naprawdę porządnie, to ja przed obliczem przebiegłego Makrynusa, tak jak i przed majestatem Ridley’a Scotta nie padłem – a przecież zdarzało mi się ukłony temu drugiemu ostatnio posyłać. Drugie to pewne uśmiech politowania wywołujące przekonanie, jakie w pierwszych trzydziestu minutach projekcji się we mnie zrodziło i nie opuściło już do końca, iż może miałbym więcej satysfakcji z drugiego Gladiatora, gdyby Scott nie postanowił sam je świadomie sabotować, wypuszczając na arenę Koloseum jebnięte pawiany, wygenerowane tandetnie przez CGI, bo przecież lwy i tygrysy to się już opatrzyły. Aby jednako pozostać w miarę w zgodzie z obiektywizmem, na poczet plusów zaliczę jeszcze w porządku chronologicznym, nostalgiczną, ożywioną animacją, malarską sekwencje napisów początkowych oraz po prawdzie całkiem sprytny scenariusz. No ale to koło ratunkowe jakie teraz rzucam w sumie niepotrzebne, bowiem chyba w box officie się sequel dobrze wybronił.

P.S. Jak ktoś będzie miał ochotę, to może się czepić botoxu Connie Nielsen, ale czy potrzeba być aż tak złośliwym?

niedziela, 24 listopada 2024

Anora (2024) - Sean Baker

 

Rzecz jak najbardziej oczywista, że nie mogłem przegapić Seana Bakera nowego - nie wchodziło to grę, szczególnie gdy Pan REŻYSER wszedł już na poziom canneńskiej Złotej Palmy i jednoczy sprawnie uwielbienie krytyki, fanów kina niezależnego i obecnie już myślę także widza bardziej komercyjnego, bowiem Anora jest kapitalną hollywoodzką historią, a Baker dzięki znakomitemu scenariuszowi, realizacji wyśmienitej i kreacjom aktorskim o sile rażenia konkretnego tsunami wiąże w jedno fenomenalnie artystyczny autorski sztos z wszystkim co najlepsze w komercyjnych trendach kina rozrywkowego. Ma mistrzunio tak kapitalną rękę do aktorów, którzy dzięki jego inspiracji i wskazówkom sięgają najwyżej jak są w stanie, jak też wyobraźnię scenarzysty poszukującego i zarazem zaprawionego w bojach, bowiem tak porywająco osadzić współczesną bajkę o Kopciuszku (raczej dla dorosłych, albo niegrzecznych dzieci) w okolicznościach i realiach kapitalistycznego raju dla najskuteczniej podgryzających i dziobiących i dalej tą przez łzy zabawną bajkę rozbujać, by później skontrować ironią, cynizmem oraz na finał solidnie udramatyzować, poważnie, głęboko puentując, to potrafią tylko artyści wybitni. Rechoczesz i jesteś przerażony jednocześnie - wkręcony w vibe nietuzinkowej komedii quasi gangsterskiej, a jednocześnie filmem o społeczno-politycznych kontekstach zadumany, wstrząśnięty i na pełnej w obrazie o potrzebie czystej miłości zatroskany o bohaterkę, jeśli uwielbiasz kino, którego autor dostarcza świetnej zabawy i szanuje inteligencję widowni oraz jej dobre poczucie smaku. Sean Baker potrafi w takie kino na granicy z wyczuciem higieny zmysłów i ani przez moment nie jest tu nazbyt wulgarnie czy nie ponosi go w kierunku realistyki przegiętej. Ja złapałem się na tym że kompletnie zapomniałem o otaczającym świecie - zatraciłem się totalnie w tym cudzie, jaki w każdym detalu jest w punkt trafiony, bowiem warsztatowe niuanse w tym montaż dynamit idealnie siedzą, ale i po raz drugi wytłuszczam obsada wymiata, a najbardziej Mikey Madison - dziewczyna rakieta! Ona jest wszystkim czego rola wymagała, kiedy trzeba naiwna, wyrachowana, waleczna ale i rozczulająco zagubiona. Ona i całokształt cudownie dociera do serducha i czyni mu tak samo łaskotanie jak łamanie. Nie przegapić, bo o tym filmie jest głośno teraz, a nie wątpię, iż w przyszłości będzie się o nim mówić jako o klasyku.

P.S. Nie wspomniałem o piosence prowadzącej (Greatest Day) i jak ona znakomicie się z obrazem klei, a to też jest majstersztyk urzekająco wzruszający!

sobota, 23 listopada 2024

Opeth - The Last Will and Testament (2024)

 

Jeśli się nie mylę, a mylić się raczej nie mogę, gdyż w miarę dobrze pamiętam wypowiedzi Mikaela sugerujące, iż wydany przed pięcioma laty In Cauda Venenum miał kończyć bogatą dyskografię jego zespołu, to pojawienie się The Last Will and Testament jest zaskoczeniem całkiem sporym. Z drugiej strony trudno mi też było w stu procentach dać wiarę, iż taki KOMPOZYTOR jak Åkerfeldt, który muzyką żyje, bo muzyką oddycha i muzyką się karmi, tak będzie w stanie bez oznak odstawienia nałogu z nią skończyć. Zakładałem że w najgorszym scenariuszu Opeth będzie zahibernowany, a jego ojciec w tym czasie stworzy kolejne dzieła w nowej dla mnie dźwiękowej stylistyce, tudzież we współpracy z kimś znanym i ceniony z branży pójdzie w side projekty, póki nie przyjdzie mu do głowy pomysł na kolejny zakręt, w znaczeniu wariację w obszarze w jakim funkcjonował Opeth. Okazało się iż z jednym chyba trafiłem, bowiem te pięć lat wcześniej Opeth zdawał się dotrzeć do ściany, mimo że ta granica oporu nie do pokonania wówczas została osiągnięta z klasą najwyższą, bo przecież ja na przykład poprzedni long wielbię wciąż i nie ma szans myślę bym wielbić przestał. Natomiast do The Last Will and Testament od początku, gdy dwa single stały się mi znane i ich zawartość łapczywie zgłębiałem, miałem przekonanie, że dał mi lider Opeth dość twardy orzech do zgryzienia, w którym zarazem zawarł na powrót mnóstwo rozwiązań dla brzmienia Opeth charakterystycznych, tak dla okresu może nie formującego styl, ale na pewno czasu tenże styl w okresie początku lat dwutysięcznych rozwijającego (mówię tu o drganiach, pulsie nerwowym właściwym z Ghost Reveries i Watershed oraz poniekąd Deliverance) oraz otworzył jak raczył przyzwyczaić ambitnie oblicze na kolejne nowe intuicje i inspiracje. Dużo tego w gęstym splocie The Last Will and Testament i nie mam pełnego przekonania, iż coś w sensie modernizacyjnym będzie z nowego albumu banalnie oczywistym drogowskazem do tego czego można by się spodziewać na następnym albumie, jeśli kiedykolwiek powstanie. Dróg jest wiele, MISTRZ zrobił poniekąd krok lub więcej wstecz, ale sprytnie nimi zawracając, powrócił do wcześniejszego rozstaju dróg, jaki też dzisiaj, kiedy czasu upłynął wygląda nieco inaczej niż drzewiej, dając sobie tym samym sposobność tak do wytyczenia nowego kursu bocznymi ścieżynkami, jak uzyskania możliwości ciekawego i świeżego spojrzenia na miejsca gdzie już był i trakty którymi podążał. Stąd uważam tegoroczny materiał za fenomenalny punkt wyjścia dla stworzenia w przyszłości dzieł wciąż "nowatorskich" i tym samym dowód na oczywistą dojrzałość i błyskotliwość Åkerfeldta jako wodza, równie też erudyty, kompozytorskiego półboga, gdyż każdy z ośmiu utworów współtworzących intrygujący liryczny koncept The Last Will and Testament stanowi niesamowitą łamigłówkę aranżerską, która wciąż naturalnie po dwóch dniach obcowania nie ułożyła mi się jeszcze finalnie w głowie i będę z nią "walczył" jeszcze zapewne długo. Może za wyjątkiem Parafrafu 1 i 3, które miałem już czas rozłożyć na czynniki i złożyć w formułę jaką od początku słyszał autor oraz Paragrafu siódmego, który jest najbardziej chwytliwy z racji użycia genialnych harmonii oraz finału w postaci A story never told, jakiego forma najsilniej może jednak kojarzyć się wyjatkowo nie z przytoczonymi fundamentalnymi tytułami, ale z albumem pokroju Pale Communion - najbardziej prog rockowym spośród wszystkich powstałych w obozie Opeth. 

P.S. Przykro mi na koniec, że "dziennikarze" i fani Opeth gadają tylko o tym że Mikael na nowej płycie znów ryczy. No ej, no przecież?! Jest także do zauważenia ta koperta jawnie nawiązująca oraz fakt nad którym mimo że nowy pałker sprawny jak cholera ubolewam, bowiem ja to na feeling wizualny Martina Axenrota chciałbym się dalej gapić. No ale OK, nie można mieć wszystkiego, czasem zdarza się nie mieć niczego, a ja tutaj mam przecież jednak wszystkiego  w brud dobrego, więc akceptuję zmianę na bębnach. :)

czwartek, 21 listopada 2024

L'été dernier / Ostatnie lato (2023) - Catherine Breillat

 

Zrobiony starannie (widać i czuć rękę doświadczoną), złożony z elementów dobrze spasowanych, jednocześnie tak dobranych aby podstawę do zawiązania właściwej “akcji” precyzyjnie związać z mocno kontrowersyjną, a przez to być może uznaną za przesadzoną kulminacją. Rzecz opiera się ma odważnym pomyśle romansu dojrzałej kobiety z nastolatkiem, a tym bardziej pikantnym, że ten młodzian synem męża kobiety, a ona prawniczką specjalizującą się w sprawach obrony niepełnoletnich. Kobieta zatem funkcjonuje zawodowo w środowisku, które naturalnie może mocno jej zaszkodzić, jeśli sprawa wyjdzie na jaw, dodatkowo tym samym komplikując złożoną relację rodzinną ze starszym mężem/partnerem. Związek ze smarkaczem, w założeniu myślę prowokacyjny (dyskusję chyba o potrzebach i odpowiedzialności podsyca), rozwija się dość miarowo i konsekwentnie, fascynacja się intensyfikuje i nie zaskakuje myślę bohaterów, bo tu żądza jest tak silna, wygrywa z łatwością ze zdrowym rozsądkiem. W międzyczasie jakieś wygłupy, niby niewinne dowody sympatii, satysfakcja z odkrywania w raczej zbuntowanych dorastającym mężczyźnie cech świadczących o jego kamuflowanej wrażliwości, ale sedno to kontakt silnie fizyczny i oczywiście zasugerowane komplikacje. Głownie perfidne manipulacje, morze tych manipulacji, jak i jakaś nieodgadniona tajemnica w tej dojrzałej kobiecie, która motywuje ją do egocentrycznych działań. Ogólnie podkreślam, iż jest to nakręcone bardzo sprawnie, z klasą tradycyjna szkoła realizacyjna rządzi, tylko trzeba szanować też tą francuską elegancję i emocjonalną powściągliwość - mówiąc językiem bardziej potocznym, tą kulturę słowa i trzymanie nerwów przez obiektywnie atrakcyjną ryczącą czterdziestkę jakby na postronku.

P.S. Proszę wybaczyć, że w kontekście tak doświadczonej reżyserki jak Catherine Breillat, nie pada ni jedno zdanie odnoszące się do jej filmografii. Nie pada, bowiem jej nie znam. 

środa, 20 listopada 2024

Io capitano / Ja, kapitan (2023) - Matteo Garrone

 

Za mitycznym lepszym zachodnim życiem wielka przez czarny ląd wyprawa, by w założeniu zawsze ciekawego stylistycznie Garrone, zobaczyć tym razem po prostu człowieka w afrykańskich emigrantach, podejmujących się próby dotarcia do południowych europejskich wybrzeży. Głęboko humanistyczna w niej, empatyczna narracja, nie pozbawiona sytuacji silnie poruszających, jednakowoż nie tracących oblicza wiarygodności, jeśli nawet uzna się, iż motywacja reżysera szlachetna, aczkolwiek metody wprost wywołujące emocjonalny szantaż. Towarzyszy tejże opowieści ponadto jakiś nieforsowany przesadnie rodzaj surowej metafizyki - coś co w filmach Garrone jest dostrzegalne, zapamiętywalne, bo jako cecha charakterystyczna pielęgnowane, mimo że traktowane jako forma gruntowania pod właściwe pociągnięcia pędzla na przygotowanym podobraziu. W oczy rzuca się dojrzałe wprowadzenie do historii, z szacunkiem dla egzotycznej kultury i ludzi w jej niekoniecznie nieszczęśliwie czy wręcz w mękach żyjących. Tradycja i wierzenia, miejsce i z nim związek podkreślone, a w naturalnej kontrze ciekawość świata, naiwność młodzieńcza, pragnienie intensywne, lęk ograniczony i determinacja instynktowna, czyli przepis na kłopoty gotowy. Z czasem cierpienie, upokorzenie, strach (tortury, najgorsze potworności) i niepewność oraz rosnące wątpliwości, jednakowoż nadzieja nie umierająca, bowiem wokół ludzie tak wykorzystujący, jak i jednostki niepozbawione kompletnie oznak człowieczeństwa. Czysta (uwznioślająca) puenta pierwsza na finał, to twarz dzieciaka zmieniająca się w twarz człowieka po przejściach, doświadczonego mrocznym obliczem rzeczywistości - dowód, iż była to bardzo budująca w nim dumę, niemniej jednak kosztowna przygoda. Brudna (przygnębiająca) puenta towarzysząca, to ta gościnność cywilizowanego świata, z jakiej wszelkie draństwo zrobiło kryminalny przemysł makabrycznego wyzysku, którego ofiarami nieświadomi, nieroztropni. Poza tym Ci co do współczesnej „ziemi obiecanej” docierają, też nierzadko już u celu źle kończą. Polecam tytuły i szerokie spojrzenie na ten chyba najbardziej skomplikowany globalny problem, którym dobre, zaangażowane społecznie europejskie kino z różnych perspektyw interesuje się teraz intensywnie.

poniedziałek, 18 listopada 2024

The Afghan Whigs - Congregation (1992)

 

Rzecz najważniejsza tkwi w tym, że tak jak materiały powrotne bez chwili zawahania jestem w stanie propsować i nie mam nawet większych uwag co do wokalnej formy Grega Dulliego, to albumy z czasów pierwotnej fazy istnienia The Afghan Whigs są dla mnie zawsze doświadczeniem z rodzaju, tak tak, ale! Raz wokalna ekspresja, dwa numery do jakich nie mam sentymentu, gdyż kiedy przykładowo Congregation się ukazywała, to ja kompletnie o istnieniu tej marki nie miałem pojęcia, a które to utwory mam wrażenia bez osłuchania w swoim właściwym czasie, nie są w stanie przekazać dzisiaj tego zasobu emocjonalnego, bez zakłóceń równie trafnie i silnie. Mówię tu o okolicznościach wzrastającej lawinowo popularności sceny z Seattle i koegzystencji na niej takich tuzów jak Nirvana, obok Pearl Jam, Soundgarden i właśnie zupełnie różnego od nich The Afghan Whigs. W sumie rozumiem dlaczego nazwy w pierwszej kolejności przytoczone wyszły dla własnej często zguby ponad zdecydowanie rozpoznawalność autorów Congregation, bowiem tak ich wyrazistość, jak i przejrzystość przestrzenna w kwestii łatwiejszego uzyskiwania wrażenia przebojowości przebijała propozycję The Afghan Whigs gigantycznie. Ekipa Dulliego z pewnością się wyróżniała, docierała do słuchacza bardziej bocznymi ścieżkami i dotykała do żywego, jeśli jej wrażliwości uległ i silniej także identyfikowała się z etykieta alternatywa. Szczególnie słychać to właśnie na Congregation, gdzie w strukturach kompozycji zamiast podobnej Pearl Jam nerwowości emocjonalnej o cechach bezpośrednio chwytających za serducho, rządzi raczej psychodeliczny chaos i rozmyte postpunkowe brzmienie, przywodzące skojarzenia bardziej ze sceną brytyjską, a wręcz chwilami nawet także w sensie akcentowania i artykulacji z tym co swego czasu robili U2 i Bono. Nie mniej jednak w tym po europejsku spopowiałym alternatywnym rocku siedzi też (nawet w tych spokojniejszych fragmentach) sporo garażowego brudu i właśnie aranżacyjnej czy wokalnej nonszalancji, więc i przywiązania do alternatywnego etosu. Ja z Congregation nie czuję wciąż odpowiedniej chemii - raz mnie ukołysze, raz zdrażni, ale za każdym razem zaintryguje, jakbym podświadomie był informowany, że być może to jeszcze wciąż kwestia czasu abym do rdzenia albumów The Afghan Whigs z lat dziewięćdziesiątych się dodrapał.

niedziela, 17 listopada 2024

The Eternal Daughter / Odwieczna córka (2022) - Joanna Hogg

 

Nie bardzo kompletną świadomość mając czego się spodziewać, po pierwszych ujęciach pomyślałem, że takiego horroru podświadomie pragnąłem. Przypominającego te wszystkie klasyczne brytyjskie, przede wszystkim klimatyczne produkcje sprzed lat, gdzie mgła wisi i noc sama trwoży, a rzecz rozgrywa się w posiadłości z liczącą setki lat historią. Pragnąłem, ale w sumie niekoniecznie praca Joanny Hogg dała mi okazję zatopienia się w czymś w tym dokładnie stylu intensywnie, bo gatunkowo raczej stary horror i Odwieczna córka się rozjeżdżają, a ta zasadnicza w scenariuszu tajemnica, to zagadka co szybko budzi właściwe podejrzenia i nią naturalnie być przestaje, bez względu, iż do finału się ostatecznie nie zdradzając, nie odkrywa. Nie sprzedam tu teraz spojlera, ani nawet mgliście na oczywiste tropy nie naprowadzę, bowiem to zbędne - sami wyczujecie co jest grane. Podsumuję jeno, iż Odwieczna córka nie była klasycznym horrorem, tylko skupioną i mizernie wątłą dramaturgicznie psychologiczną inscenizacją w teatralnym stylu, z przewidywalnym quasi twistem, z głębszą tezą, jednako bez głębszych wyjaśniań, uratowaną częściowo jedynie tak mgłą typowo brytyjską, jak podwójną rolą Tildy Swinton (dla niej to żaden problem, więc skutecznie dwoi, a nawet troi się - umownie, w cudzysłowu) uzyskując jak domniemam w założeniu też było, kompletną nad historią dominację. To by było tyle, na ile!

sobota, 16 listopada 2024

Love Lies Bleeding (2024) - Rose Glass

 

Jaki tutaj (ej, sztos nad sztosy) Ed Harris, że prawie z wrażenia zsunąłem się z kanapy, bez względu iż towarzystwo aktorskie całe jedzie na wysokim C i nie ma słabej roli kogokolwiek w Love Lies Bleeding. Trudno też doszukać się w hybrydowym stylu zaproponowanym przez Rose Glass słabszych punktów, mimo iż na finał parę scenarzystek lekko ponosi, lecz te umyślne „hulkowe” atrakcje nie trudno potraktować z metaforycznym przymrużeniem oka, kiedy reszta prądzi tak, iż czuć nieomal z ekranu zapach potu i krwi. Ogólnie anturaż to ejtisy potraktowane ekstremalnie - takie klimaty kalifornijskich nizin społecznych, pół patologii i zakamuflowanych kryminalistów (wyrzutków, poharatanych doświadczeniami, czy to mend pospolitych bądź ofiar mało beztroskiego dzieciństwa), paradoksalnie i naturalnie osadzonych w czasach rozkwitu amerykańskiej finansjery i kultu doskonałej rzeźby ciała (mniej aerobiku, bardziej kulturystyki). W tym klimacie zimnego draństwa, jak i zaburzeń emocjonalnych będących między innymi następstwem szprycowania dla efektu fizycznego imponującego uzyskania, także inne niegrzecznie uwodzicielskie podniety w rodzaju zabawy bronią. Zaczyna się może poniekąd lajtowo, ale kiedy się zaczyna na dobre, to robi się gęsto i kopie ostro. Rose Glass bardzo odważnie, raczej bezkompromisowo EMOCJONALNIE o czynnej pomocy sprawiedliwości czyli zemście, w gustownie przestylizowanej, grzesznie gorszącej przemocowej historii - nie powiem jednako że przesadnie wulgarnej lesbijskiej, ale namiętnie brawurowej historii miłosnej i zamaszyście traumatycznej rodzinnej. 

piątek, 15 listopada 2024

Crippled Black Phoenix - The Wolf Changes Its Fur But Not Its Nature (2024)

 

Na okoliczność dwudziestolecia istnienia głównodowodzący ekipą brytyjskich alternatywnych smutasów, jako pierwsze danie serwuje antologię kompozycji z początkowego etapu działalności, a na drugie zapowiada zbiór coverów, jakie zainspirowały jego i towarzyszy do wyruszenia w tą trwającą dwie dekady podróż. Pierwsza część dwupłytowego albumu "kręci" się już i bardzo intensywnie dostarcza mi przyjemności, natomiast druga jeszcze do końca tego roku jest zapowiedziana. Przyznam że takie akcje z "odgrzewanymi kotletami" z rzadka mogą liczyć na moje zainteresowanie, aprobatę, nie mówiąc już iż mogą one rozgrzać moje serducho. W przypadku Crippled Black Phoenix okazało się iż rzecz ma się zupełnie inaczej i zostałem ja wręcz pochłonięty zawartością The Wolf Changes Its Fur But Not Its Nature od pierwszych dźwięków, promującego pomysł 444 - na jakie wpadłem oczywiście surfując beztrosko po zasobach internetu. Dalej poszło już gładziutko, bowiem wszystko co treścią opisywanego krążka z łatwością do odnalezienia w sieci i wspaniałą muzyczną przygodą, w zasięgu jednego kliknięcia, a ja od premierowego pełnego odsłuchu korzystam z niej obficie i jestem mocno zaskoczony jak silnie we mnie rezonuje i zaraz po sprawdzeniu oryginałów (nie wszystko znałem, CBP jako priorytetu do tej pory nie traktowałem), nasuwa mi się jeden podstawowy wniosek, że soczysta produkcja i rozmach aranżacyjny nie tyle zmieniły ich charakter, co dodały im siły i mocy. Wspomniany sztandarowy 444 to idealny przykład i kapitalna zachęta do sięgnięcia po całość, jeśli ceni się klimat epicki, lecz bez grama przesady powodującej iż z emocjonującego hymnu kompozycja zmienia się w tandetnego emocji wyciskacza. Crippled Black Phoenix wydają zatem w dwóch fazach jeden album dwupłytowy i znów zalewają mnie finalnie oceanem dźwięków, podobnie jak uczynili to wypuszczając materiał poprzedni, lecz na szczęście nie popełniają podobnego błędu jak w przypadku Banefyre, który tą ilością mnie przytłoczył i w sumie zniechęcił, gdyż do tej pory po kilku pierwotnych podejściach nie zdołałem spisać w jego temacie opinii. Wprowadzenie kolosa w dwóch krokach, to zdecydowanie lepszy pomysł aby dać szansę odbiorcy się z nim zaprzyjaźnić, a ja chłonąc i rozkoszując się "krokiem pierwszym" mam w sobie teraz apetyt na "krok drugi". Sekret tkwi chyba zatem w ilości, ale też formie i jakości materiału. Ten obecny ma wszystkie cechy jakie zainteresowały mnie kiedyś projektem Justina Greavesa i tak sobie kojarzę, iż w ostatnich latach tak miło zaskoczony zostałem opublikowaniem "wykopalisk", gdy Antimatter zaproponowali w 2022  A Profusion of Thought.

środa, 13 listopada 2024

Imago (2023) - Olga Chajdas

 

Jak widać po wdrukowanych w plakat informacjach, licznie nagradzany na pomniejszych festiwalach, które raczej celują w kino tak ambitne jak nietuzinkowe. Sporo oczywiście o Imago także w kontekście naszego rodzimego największego święta filmu się mówiło i nie kryję że klimat oraz tematyka mocno mnie zainteresowały. Niestety po seansie to ja nie wiem - nie wiem, sam już nie wiem, czy obejrzałem coś naprawdę udanie wyjątkowego, czy wyjątkowego wyłącznie w zamierzeniach, a w rzeczywistości coś co niekoniecznie też potrafiło wzburzyć krew w moich żyłach. Przez prawie dwie godziny jednak w jakimś dziwnym letargu współistniałem z obrazem zakopconym, gdyż dym papierosowy osadza się na każdym fragmencie filmowej taśmy (jakby był nie nakręcony cyfrowo, a jest), bo wygląda przynajmniej od strony scenografii niezmiernie autentycznie i jest niezwykle magnetyzująco i obficie potraktowany zimnofalową nutą - tak że klimat ona w znacznym stopniu naturalny dla epoki i świata dojrzewającej ówcześnie młodości tworzy. Obraz wizualnie trafiony - ze wspomnianymi atrybutami scenografii i lokacjami w ten hipnotyczno-chłodny sposób, poprzez oddziaływanie muzyki tworzącej tło dla chaotycznej, a jednak ciekawej psychologicznej analizy, w której portret ówczesnej trójmiejskiej alternatywy w jakiej zatopiony niespokojny duch Elki. Elki postaci rzeczywistej, jak się okazało gdy wgłębiłem się w genezę scenariusza - matki Leny Góry odtwarzającej tutaj postać swej rodzicielki odważnie i bezkompromisowo. Elki uciekającej przed prawdziwym życiem w rzeczywistość dziką, wrażliwą i przenikliwą, więc i niepodporną oraz psychicznie niestabilną, bowiem intuicyjnie buntującą się przeciw temu co społeczeństwo uważało za normalne, a w okresie schyłku peerelu i atmosfery politycznych przemian tym bardziej nonkomformistycznie samobójczą. Uszami strzygłem i wlepiałem gały z masochistyczną przyjemnością w ten przywołany do życia świat dawno odeszły, z pewnym rodzajem osobistej nostalgii, choć aby go odpowiednio w latach osiemdziesiątych wchłonąć nie byłem z racji wieku jeszcze zdolny. Poznałem go świadomie z pośredniej perspektywy, starsi kumple mi opowiedzieli, a ja powiązałem fragmenty jego zaobserwowanego z dzieciństwa, z obrazami tych co doświadczali czas mocniej i aktywniej. Ponadto też przez pryzmat ostatnimi laty powracającego do łask post punku nieźle się w tej surowej i mroczno-transowej rzeczywistości Imago odnalazłem, tyle że nie zmienia to jednak faktu, że konkretnie boleśnie przygnębiający artystowski sznyt oraz dramaturgia jaka nie wchodzi pod skórę tak jakby się oczekiwało, powodują mój stan entuzjazmu finalnie mocno schłodzonego.

P.S. Tak przekornie cynicznie ujmując - to chyba też film o tym, że jedni własnymi ręcyma walczyli z komuną, a inni się w tym czasie masturbowali kontrkulturą!

poniedziałek, 11 listopada 2024

The Bikeriders / Motocykliści (2023) - Jeff Nichols

 

Zaczyna się niczym wskrzeszony do życia klimat Chłopców z ferajny, bo to taki charakterystyczny sznyt narracyjny i dialogów specyfika, więc nie powiem bym nie był na początku podekscytowany i ogólnie do końca spoko to było, jakby jednak podskoczyć przywołanego tytułu nie miało prawa i możliwości. Nie ta historia, finezja i rozmach, ale jednak tak klasycznie po amerykańsku porządnie -hollywoodzki show niejako filmowy, gdzie przede wszystkim widowisko kosztem zapewne dokumentalnej staranności. Świetnie spreparowana pod szerokie gusta z morałem napisana przez życie bajeczka, w stylu niemniej jednak gustownego kina rozrywkowego. Podstawa to książka niejakiego Danny'ego Lyona - paradoksalnie raczej dokumentalny jak doczytuje zapis monograficzny dotyczący jednego z „klubów” motocyklowych z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. O facetach i ich zabaweczkach przedłużających im ego, zasadniczo więc idzie o opowiadanie atrakcyjne testosteronowej historii, która to okazuje się w zasadzie przestrogą, bowiem chłopczyki to tak motoryzacji pasjonaci, zagubieni romantycy, amatorzy łatwej bitki, jak i kompletne zjeby czy groźni frustraci. Trzyma ich w grupie stadna siła, wszystkie te lojalnościowe braterskie wartości oraz dobra mało odpowiedzialna zabawa, a dzielą ambicje i różne wizje rozwojowe, wraz z ekstremalnie patusiarskimi. Im większy bezwzględny wariat, tym silniejszy strach, znaczenie istotniejsze, więc „klub” mutuje w gang i dobra zabawa zmienia się w ofiar opłakiwanie. Recenzje zawodowej krytyki w tym przypadku chłodne, a ja może w swej ocenie jestem za mało krytyczny, bowiem bardzo lubię ten groove w amerykańskim stylu, to poczucie humoru w raczej mimo luzu poważnym dramacie, a najbardziej to polecam, gdyż moja jedna z najnowszych ulubienic Jodie Comer (przypominam Marguerite de Carrouges w Ostatnim pojedynku) ponownie na ekranie i uwierzcie, znów jest mega zjawiskowa!

niedziela, 10 listopada 2024

A Real Pain / Prawdziwy ból (2024) - Jesse Eisenberg

 

Seans zaledwie półtoragodzinny, a emocji szlachetnych w nim po korek i uczucie po wyjściu z kina tak samo dojmujące jak pomimo podejmowania w nim kwestii bolesnych optymistyczne. Niby w mojej głowie się od myśli kotłowało i trudno je było usystematyzować, a zarazem odczuwałem tak potrzebny, aby we współczesnym zlęknionym świecie w miarę w harmonii ze sobą i otoczeniem funkcjonować spokój. Pierwsze co sobie uświadomiłem to być może quasi metaforyczna sugestia, iż aby czuć i dostrzegać potrzeba się wprowadzić w stan niczym po śladowej obecności zioła w organizmie, kiedy zmysły jeszcze czyste ale już uwolnione i na analizę i refleksje wyczulone, a i konstruktywny dystans do rzeczy ważnych zwiększony poprzez zredukowanie spiny. Wówczas zintensyfikowane współodczuwanie i doświadczanie głębsze, czego w relacjach ludzkich zagonionych i egocentrycznie nastwionych wiecznie za mało. Eisenberg zdaje się tym oczywistym zabiegiem na trop przesłania poniekąd naprowadzać, bowiem Prawdziwy ból to przede wszystkim piękny film o empatii. Złożony ale doskonale przemyślany i poukładany, szczery i ciepły niezwykle obraz o dostrzeganiu w człowieku bólu. Sugerujący mądre obserwowanie i zauważanie człowieka, który przeżywa wewnętrzne starcie - w którym burza emocjonalna w środku, a na zewnątrz subtelne bądź wyraziste sygnały, niekoniecznie w jasny lub interpretacyjnie oczywisty sposób wyrażane. Eisenberg nakręcił poruszający i wzruszający, prawdziwy, tak bezpośredni jak i subtelny, przezabawny i zadumany kiedy należy, obraz o ludzkich zmaganiach z poważnymi psychicznymi problemami i z pozoru błahymi psychologicznymi oporami, korzystając dojrzale z tła historycznego określającego cechy tożsamościowe oraz dziedzictwo jakie rodzajem brzemienia, ale i drogowskazem, materiałem oraz potencjałem do dojrzewania do bycia po prostu wartościowym człowiekiem. Stworzył film który (nie boję się użyć górnolotnych określeń) uświadamia i uszlachetnia, bez dydaktycznych, wysoko nasyconych patosem tonów opowiadając o tragicznym dziedzictwie. Bohaterami tej szczególnej, bardzo terapeutycznie współczesnej i jednakowoż staroświecko dobrodusznie uważam uformowanej przypowieści neurotyk i dwubiegunowiec, a tłem pięknie naturalna w swych kontrastach Polska - Polska wrażliwie estetycznie i erudycyjnie symbolicznie sfotografowana. Z szacunku dla niełatwej historii i jej oddziaływania, emocjonalnego ognia i lodu, dramatu i komedii, jak najsilniej z ogromnej wrażliwości skierowanej na człowieka, Eisenberg niczym świeży Alexander Payne wyczarował pełne wdzięku kino o "prawdziwym bólu istnienia" - sam przyczyniając się także jako aktor do wywołania autentyzmu postaci i sytuacji, inspirując Kierana Culkina do aktorstwa na poziomie oscarowym.

P.S. Jeszcze, jeszcze poza głównym wątkiem! Kto wie z jakim przebojem kasowym sprzed wielu lat związana jest aktora wcielająca się tutaj w jedną z postaci drugoplanowych? Każda pamiętająca lata osiemdziesiąte kobieta powinna ją rozpoznać. :)

sobota, 9 listopada 2024

Cisza nocna (2024) - Bartosz M. Kowalski



Horror metaforyczny to ja lubię, a wpis mało euforyczny, zatem! Na ekranie finałowo jak się okazało Maciej Damięcki, a u jego boku niczym towarzyszący mu w ostatniej drodze Zdzisław Wardejn, Włodzimierz Press i Anna Nehrebecka. Obsada zacna, pomysł na film (koszmar człowieka zbliżającego się do mety) również, ale pomimo prób rozemocjonowania i uatrakcyjnienia (na przykład dobra scena alkoholowej imprezy emerytów), to wyszło płasko, a kluczowy portret głównego bohatera oraz jego otoczenia na ostatniej prostej, mimo że empatyczny i oddający zapewne prawdę o polskiej starości, tylko połowicznie emocjonalnie oddziałujący. Być może zabiegi wizualne za daleko posunięte i autentyczność odbierające z rozmachem użyte filtry przesadne, tak jak włączenie konwencji horroru fantasy sprowadzające naprawdę bardzo dobrą psychologicznie kreację Damięckiego, do poziomu postaci przypominającej gnoma baśniowego, w ujęciu raczej odpychającym. Nie mówiąc już o tych strasznie banalnych stworach-potworach, których myślę w okropnie przestylizowanej formie udział dość wątpliwy, nawet jeśli miałyby w istotnym celu "personifikować" lęki. Z jednej strony fajnie że jest ktoś taki, kto robi u nas kino raczej niepraktykowane, ale to kino Kowalskiego zdaje się być najzwyczajniej zbytnio wtórne wobec trendów hollywoodzkich. Może i nasze kino cierpi na nadmiar realistycznej smutku i goryczy, tak jak równolegle brak mu zapierającej dech w piersiach oryginalności i to fakt że Cisza nocna się wyróżnia, jednak w moim przekonaniu jest to oryginalność kompletnie bez czucia estetycznie przekonującej głębi. Jest ona taka zastępcza - siłowa! Wyszło raz tandetnie, raz ambitnie. Chwilami mnie bolały oczy i uszy, a momentami bolało mnie po ludzku serce. Jak opuszczałem kino, pomyślałem sobie, że może Kowalskiemu chodziło by obrzydzić mi starość. Jeśli tu miał się kryć ten lęk, to przyznaję że ekstremalnie mnie jej obliczem przestraszył.

piątek, 8 listopada 2024

Longlegs / Kod zła (2024) - Osgood Perkins

 

Otwarcie sceną jakby w kinie oglądaną, z tą czarną obramówką i intensywnym przerażającym dźwiękiem przechodzącym w zupełnie inną nutę, jako tło dla czerwonokrwistych plansz z nazwiskami twórców - zaiste zajebiste! Wizualnie fenomenalny, wykadrowany sztos, tak że samymi zdjęciami scen potrafi wzbudzić niepokój, a to nie wszystko, bowiem wszystko, to każdy detal, który czyni bezdyskusyjnie znakomity (z pozoru) dreszczowiec/kryminał kapitalnym materiałem do w poczuciu dojmującego niepokoju oglądania. Bardzo blisko poniekąd, najbliżej Milczenia owiec, a zamiast agentki Starling, agentka Harket, tylko że brak tu aktorskiego wirtuozerstwa na poziomie Hopkinsa, mimo że Cage nie do poznania wspina się wysoko w skali „ja was przerażę”, łącząc rasowy psychologiczny lęk z groteską. Ta wlepiona do konwencji leniwa potwornie narracja mnie zassała, tylko że scenariusz nieco z przewidywalnych wątków aranżacyjnie surowo pozlepiany, odrobinę rozczarował, lecz jego rola raczej drugoplanowa, bowiem stawia Perkins na FORMĘ wypieszczoną, która akurat przykleja się do oczu i mimo że brutalne rzeczy na ekranie, to od niej wzroku oderwać nie było sposób. Ni grama optymizmu i światła, a jeśli już w półmroku się zaczai, to tylko snop z latarki, bo na szczęśliwe zakończenie nie ma co liczyć. Tylko mrok, mglisty półmrok w kontraście z poszarzale zielonkawą bielą śniegu, w przeważającym stopniu ciemność i konsekwentny brak nadziej. Momentami zaduma, głównie groza i w końcu SZATAN - dużo Szatana do odkrycia w ludzkiej naturze i chorobie psychicznej. Sprzedaży duszy diabłu, opętaniu, albo cholera już wie, bo niby zakończenie otwarte nietrudne do interpretacji, ale cały grubo zeschizowany stuff w finale wprowadzający merytoryczny diabelski bałagan. Mimo wszystko daje lajka temu Panu (Szatanu) Osgoodowi, a największego jego wspólnikowi w dziele, dzierżącemu kamerę, niejakiemu Panu (chyba debiutującemu) Andresowi Arochi, za wszystko i najbardziej z wszystkiego za ujęcia gablot i ujęcia z gablot!