piątek, 29 stycznia 2016

Riverside - Out of Myself (2003)




Riverside od początku swego istnienia funkcjonował w mojej muzycznej świadomości, przyznaję że album debiutancki już w momencie premiery poznałem i co najmniej kilkukrotnie jeszcze do niego powracałem, by spróbować zrozumieć o co tyle szumu w prasie branżowej. Doceniałem wartość warsztatową, biegłość w komponowaniu ciekawych utworów łączących w sobie zabawę rytmem i melodią, jednak wtedy jeszcze nie byłem w stanie pozwolić się w pełni porwać propozycji warszawiaków. W wymiarze innych dźwięków w większości się poruszałem, a progresywna działka odkrywana dopiero przeze mnie była w ilościach śladowych, bo ograniczająca się jedynie do ówczesnych tuzów z pogranicza metalu progresywnego. Ten szlak poszukiwania świeżych ekscytujących doznań popchnął mnie w kierunku Riverside, lecz nazbyt łagodny charakter ich muzyki na dłużej nie zniewolił. Czuć było gdzie płynie ten okręt, że akwenem docelowym będzie rock, nie metal, a ja nade wszystko ceniłem sobie nawet w obrazowej, wielowymiarowej muzyce siłę uderzenia potężnego riffu. Dzisiaj z obecnej perspektywy i przez pryzmat zdobytych muzycznych doświadczeń napiszę, iż nawet jeśli na ostatnich dwóch albumach muzycy Riverside okrzepli i zdecydowanie dojrzeli tworząc w pełni świadome, wielobarwne i ekscytujące kompozycje to debiut w tej konfrontacji wstydu nawet w najmniejszym stopniu im nie przynosi. Nie dopatruje się tutaj wyraźnej przepaści pomiędzy współczesnym obliczem, a tym z fazy startowej. Out of Myself to kawał profesjonalnie wykonanej roboty wzbogaconej o pierwiastek duchowy obecny dzięki intensywnej emocjonalności - na wskroś przeszywa smutek i złość ale w korelacji z kontrastami w postaci nadziei i ukojenia. Cierpliwie z wolna rozwijane tematy hipnotyzują, a zwiewne, kapitalnie zbudowane refreny urzekają. Dźwięki tętnią życiem, pulsują frapującą rytmiką, pozwalają zaznać obecności silnych przeżyć obdarowując zmysł słuchu masą powabnych bodźców. Dzisiaj będąc bezwzględnie niewolnikiem twórczości Riverside nie jestem w stanie wyobrazić sobie braku ich albumów w mojej codzienności. Kiedy w finale płyty "kurtyna opada" przy akompaniamencie subtelnie plumkającego basu, już tęsknie za kolejną podróżą w ich towarzystwie. Tak od niedawna mam. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj