poniedziałek, 25 stycznia 2016

Creed / Creed: Narodziny legendy (2015) - Ryan Coogler




Creed liczne pochlebne recenzje zbiera i byłoby błędem pomimo prywatnie sceptycznego nastawienia do kinowego recyklingu, odgrzewania takich i w taki sposób kotletów nie sprawdzić ile w tym ogólnym podnieceniu racjonalnego uznania, a ile na wyrost ekscytacji. Szczególnie, że Stallone otrzymał za "kreowaną" ;) tu kultową już rolę Złotego Globa i co oczywiste za sprawą oscarowej nominacji w tą najbardziej prestiżową nagrodę mierzy. Nieszczególnie natomiast, że w moim osobistym przekonaniu pierwotna legenda Rocky’ego szybko zamordowana została, co jasne, dochodowymi lecz szablonowymi sequelami i już wyraźnie daje się do zrozumienia, że narodziny nowej, wciskanej obecnie, Adonisa Creeda będą kontynuowane do wyssania pełnego komercyjnego potencjału. Założenie przed seansem było zatem oczywiste, obejrzę może niezły film, a później zignoruję kolejne próby odcinania przez producentów kuponów od sukcesu. Co zatem po seansie o obrazie Ryana Cooglera sądzę? Tak po prawdzie żadna to rewelacja tylko sprawnie zrealizowany i do bólu przewidywalny film całkowicie na sentymencie do postaci Rocky’ego Balboa oparty. Schematyczny i okropnie banalny bez szans na osiągnięcie wrażenia świeżości i dorównanie pierwowzorowi – oczywiście mam tu na myśli pierwszą część z serii. Gdyby nie sprytne nawiązanie do legendy i przede wszystkim rola Stallone’a przeszedłby pewnie bez większego echa jako produkcja mało znanego reżysera z historią maksymalnie oklepaną. To wyraźnie Sly kradnie całą wartość filmu, bo odtwarzając po raz kolejny rolę swojego życia dochodzi do pełnej naturalności i głęboko sięgającego autentyzmu. Stapia się z kreowanym obliczem kompletnie, tak iż mam wrażenie, że on jest Rocky’m, a sama postać to nie wymysł scenarzysty, a autentyczny pięściarski bohater Ameryki. Stallone przez czterdzieści lat wrósł w rolę, a może ona stała się częścią jego osobowości? To niezwykłe uczucie patrzeć na aktora w tak realistycznej skórze, obserwować malujące się przenikliwe przeżycia na jego zniszczonej twarzy i cieszyć się uniwersalnymi prawdami którymi dzieli się z zaangażowaniem z widzem. Rocky po sześćdziesiątce to ciepły staruszek, nieco ciapowaty, ale bogaty zdobytym doświadczeniem życiowym i pokorny wobec wyzwań. Prawdziwy mentor i wzór dla kolejnego pokolenia młodych ludzi, którzy zaznając brutalnej szkoły życia swej szansy szukają w konsekwentnej, wytrwałej pracy nie tylko nad umiejętnościami czysto bokserskimi, ale może przede wszystkim nad samym sobą. Stallone tutaj jedynym powodem by poświęcić dwie godziny na seans, on bowiem z tylko poprawnego scenariusza wykrzesał poruszające emocje, dodał mu wartości i udowodnił, że w jego karierze aktorskiej nie tylko samymi mięśniami uznanie zdobywał. Sylvester Stallone zawsze miał w sobie to coś, tylko niestety zbyt często rola nie wymagała od niego wykrzesania pełnego aktorskiego potencjału. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj