niedziela, 28 lutego 2016

Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath (1973)




Moja ocena Sabbath Bloody Sabbath jest jednoznaczna i nie podlega tutaj dyskusji. :) Krążek zrodzony, jeśli posiadana wiedza mnie nie zwodzi w bólach, w sytuacji sporych napięć pomiędzy muzykami to numer jeden w dyskografii Sabbsów z ery Ozzy'ego. Nie tylko przez wzgląd na samą muzykę, ale także na oprawę graficzną, która idealnie odnalazła się w korelacji z numerami. Charakterystyczna sugestywna koperta i równie interesująca zawartość dźwiękowa. Z prostych środków aranżacyjny majstersztyk powstał! Jest na piątym longu legendy do bólu klasycznie, ale i sporo smaczków w fakturach kompozycji poukrywanych. Pomysłów świeżych jak i tych po raz wtóry eksploatowanych, lecz i one wielokrotnie już wykorzystane o charakterystycznym stylu grupy decydujące w intrygujący sposób podano. Bez silenia się na zakrojone na szeroką skale eksperymentowanie, tylko naturalne, konsekwentne ubogacanie struktur wypływające z muzycznego rozwoju i poszerzania horyzontów. Bez prężenia muskułów, tylko z finezją udowadnianie własnej siły, inteligentnie i błyskotliwie miast topornie, bez wyobraźni. Z precyzją, ale i odpowiednim animuszem, doświadczeniem i nadal werwą – ze sporą inwencją wplecioną w charakterystyczny riff Iommiego, bulgot basu "Geezera" Butlera, swingujący rytm Warda i antyśpiew Osbourne’a. Niczym na solidnym rdzeniu misternie utkany splot, bo Sabbath Bloody Sabbath to mocno osadzony trzon z riffu, bluesowe inklinacje i elektroniczne zdobienia, to zakończona sukcesem próba odświeżenia formuły przy użyciu prostych środków z dużą swobodą i klasą.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj