czwartek, 11 lutego 2016

Joy (2015) - David O. Russell




Z góry deklaruje niemal bezkrytyczne uwielbienie dla twórczości Davida O. Russella, tej z kilku ostatnich lat. Tak od majstersztyku o braterskich relacjach pięściarzy, czyli mistrzowskiej kreacji przede wszystkim Christiana Bale’a, każda kolejna produkcja bez wyjątku na poziomie najwyższym była przeze mnie klasyfikowana. Nie ukrywam i świadom jestem, iż w tym momencie do jednostek nielicznych się zaliczam, gdy stwierdzę, że Joy to także kawał świetnego kina. To moja do bólu subiektywna opinia podpierana nie tylko słabością do stylu Russella ale także fundamentalnymi walorami jakie w najnowszej produkcji dostrzegam. Na pierwszym miejscu stawiam pomysł ubrania banalnej historii w stylu „od pucybuta do milionera” w zgrabnie przerysowaną, sprytnie stylizowaną formę, gdzie jaskrawe, wyraziste postaci chwilami niemal w specyficznej manierze Tima Burtona się odnajdują (patrz: matka i macocha). :) Po drugie obraz toksycznej rodziny, w której funkcjonowaniu jak w zwierciadle odbite frustracje ich członków, marzenia poległe w zderzeniu z codziennymi szarymi realiami, poobijane dusze i zwichrowane osobowości - chociaż hmmm... osobliwego ciepła w niej to nie brakuje. I po trzecie aktorskie kreacje ekranowych weteranów: Isabell Rossellini, Virginii Madsen i Roberta de Niro wspomaganych etatowymi najemnikami Russella w osobach Jennifer Lawrence i Bradley’a Coopera. Co ciekawe tutaj w konwencji tragikomedii odnajdujących się wyśmienicie, co przy nienaturalnym przerysowaniu fabuły i bohaterów tak łatwe nie było. Przeszarżowanie mogło stać się gwoździem do trumny, powodem niezrozumienia i zbytniej krytycznej oceny tej produkcji. Tyle, że to tylko moje domysły, próba spojrzenia na Joy z perspektywy publiczność nastawionej sceptycznie, bowiem osobiście w żadnym stopniu nie odczułem przekroczenia płynnej granicy między zamierzoną groteską, a niezamierzoną śmiesznością. Przyznaje uczciwie, że widzę także ten minus, co chóralnie podkreślany, a sprowadzony do stwierdzenia, że takich historii to na pęczki już było i Amerykański sen spełniony po wielekroć według szablonowego schematu konesera kina (a takich w necie to zatrzęsienie) nie może zachwycić. Mnie akurat oczarował, bo właśnie z przymrużeniem oka i jednocześnie dojrzale został potraktowany. W splocie konwencji baśniowej i twardych realiów osadzony niby telewizyjny nieznośnie trywialny tasiemiec telenowelą nazywany. Tylko w założeniach scenariusza takiej gatunkowej miernoty bezkrytycznie przeszedłby pomysł zbudowania filarów imperium na mopie i tylko na szkoleniu trenerów personalnych motywujących naiwnych życiowych nieudaczników mógłbym usłyszeć frazesy o chwytaniu marzeń i wykorzystywaniu własnej wyjątkowości. Jak się okazuje życie także pisze te najbardziej niewiarygodne historie i pozwala dzięki wytrwałości i kreatywności osiągnąć sukces. :) Bardzo przebiegle spostrzegł to Russell. 

P.S. Na marginesie jeszcze jedna mądrość wypocona mi się nasuwa. :) Mianowicie handel, ta gigantycznie naciągana machina promocji to taki cyrk, w którym najzabawniejszy jest klient, bo cieszy się kiedy błaznem zostaje. :( 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj