niedziela, 30 sierpnia 2020
Brutus - Nest (2019)
sobota, 29 sierpnia 2020
Ulver - Flowers of Evil (2020)
piątek, 28 sierpnia 2020
Le Butcherettes - bi/MENTAL (2019)
czwartek, 27 sierpnia 2020
Seules les bêtes / Tylko zwierzęta nie błądzą (2019) - Dominik Moll
Tylko zwierzęta nie błądzą, to francuski thriller (że to tylko thriller, to z początku tak myślałem :)), którego forma wprost nawiązuje do popularnej konwencji mrocznego skandynawskiego kina z morderstwami oplecionymi w skomplikowaną fabułę. Ale już teraz (choć gdzieś na razie na marginesie) dodam, iż to nie wszystko, bowiem im dalej w las, tym większy opad szczeny, bez związku ze spodziewanymi twistami miałem fundowany. Stąd nie tylko słysząc w tym północnoeuropejskim pozornie kinie język francuski, pewien dysonans odczuwałem, bo prócz stylistyki przesiąkniętej przez większość czasu charakterystycznym klimatem północy, dla mojego zdziwienia egzotyka afrykańskich byłych francuskich kolonii też tutaj w pewnym momencie znacząco zaistniała. Ogólnie gdyby nie jeszcze jeden szkopuł (wątek jeszcze utrzymywany na marginesie) oglądało się to dobrze, a sam warsztat dawał powody by nie ulegać większej ekscytacji i nazwać go rzemieślniczo poprawnym - co nie wyklucza możliwości, iż będą pewnie i tacy miłośnicy gatunku, którzy bezdyskusyjnie uznają go za klasycznie interesujący. Pomysł z kilkupodmiotową perspektywą obserwacji wydarzeń w subiektywnej ocenie zdawał mi się nieodkrywczy, ale ciekawie pomagał opowiedzieć ekranową historię. Natomiast ona sama nie okazała się ani odrobinę oryginalna, choć banałem totalnym też nie zalatywała. Tylko że to jak się okazało była jedna strona tego niby od sztancy odbitego medalu. Druga to szersza perspektywa kina zbudowanego z mozaiki przecinających się losów poszczególnych postaci i roli zbiegów okoliczności, we wzajemnym ich wpływie na siebie - wyciągamy wreszcie z marginesu kluczowy krytyczny wątek! To już może się wydawać więcej niż odrobinę naciągane, chociaż wciąż nie nieprawdopodobne. Gdyby tylko scenarzystów nie poniosło i odpowiedzialni za ten koktajl przypadków nieco odpuścili, nie wiążąc tak maniakalnie każdego z każdym. Wtedy myślę byłoby git i mnie chciałoby się napisać więcej o społeczno-psychologicznej złożoności podjętej w scenariuszu problematyki. Jest jednak jak jest i przyznaję, że na mega poważnym filmie, po końcowej sekwencji miałem mega uśmiech politowania na gębie - mimo że uprę się, ogólnie oglądało się dobrze.
wtorek, 25 sierpnia 2020
Blues Pills - Holy Moly! (2020)
poniedziałek, 24 sierpnia 2020
Monos (2019) - Alejandro Landes
piątek, 21 sierpnia 2020
Adele - 19 (2008)
czwartek, 20 sierpnia 2020
Fantastic Negrito - Have You Lost Your Mind Yet? (2020)
środa, 19 sierpnia 2020
Amy Winehouse - Back to Black (2006)
wtorek, 18 sierpnia 2020
Bacurau (2019) - Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles
Szacowne grono zawodowych krytyków tak bardzo się zachwyciło, jakby tutaj maksymalnie „nowy horyzont” w spojrzeniu na materię filmową poznało - a tak po prawdzie to już nieraz w przeszłości coś w ten deseń kręcono. :) Nie wiem czy świadomie (bowiem bardzo niewiele o kulisach powstawania Bacurau czytałem), lecz wyraźnie dostrzegam tu puszczone oczko do fanów klasycznych westernów, bo gdyby aktorom rozdać cowboy’skie kapelusze, colty, albo też poncza lub inne atrybuty kojarzone z dzikim zachodem, to wypisz wymaluj współczesny western wzdychający do archetypicznej formuły bym właśnie opisywał. Tu jednak akcja toczy się w bliżej nieznanej niedalekiej przyszłości, w Ameryce Południowej, dokładnie w zachodniej części regionu Pernambuco. Poza tym można by doszukać się w idei przewodniej (długo niezdradzanej) kwestii politycznych i znaczących nawiązań o charakterze etnograficznych, więc sprawa nie jest taka prosta, a sięganie do inspiracji aż tak banalne. Poza tym dużo w pomyśle realizacyjnym więcej pożyczonych części składowych z innych filmowych stylistyk jest myślę, a co gorsza ten miszmasz sprawia też poniekąd wrażenie bazującego na naturalnie przestylizowanym quasi slasherowym żarcie i komedii absurdu. Lecz mimo wzbudzających konsternację dziwactw i krwawej jatki stanowiącej wizualną atrakcję dla fanów kina niższego sortu, to trudno nie dostrzec powagi w głębi i wartościowego wydźwięku merytorycznego skomplikowanej fabularnej zagwozdki – powtarzam, bez względu na te kozaczące korzystanie z mniej poważnych konwencji. Stąd przewrotny wielce to dramat, tężejący z każdym kolejnym kwadransem, pobudzany niedopowiedzeniami i nawiązaniami do mistycyzmu. Rozbudowany wieloma zaskakującymi zwrotami, sięgający do tematu współczesnej agresywnej ekonomii/nierówności społecznych, konfrontacji modernizmu z tradycją i sfinalizowany dodatkowo dostarczającym mocno oddziałującego na emocje dość nietuzinkowym twistem. Rozpocząłem tekst kontrowersyjną prowokacją, zakończę go szczerą refleksją. :) Nie będąc zdeklarowanym fanem kina za wszelką cenę poszukującego, kina które proponuje częstokroć trudną w odbiorze, bo ciężkostrawną jazdę bez trzymanki i siłą rzeczy przynosi wreszcie coś nowego na bazie grzebania w worze z dodawanymi od ponad stu lat inspiracjami, to moja ocena Bacurau jest bliska maksymalnej. Nie dlatego że wszystko mi tu idealnie współgrało, ale dlatego, iż to, co zobaczyłem zwyczajnie mnie na ponad dwie godziny bez chwili dekoncentracji przykuło do telewizora.
poniedziałek, 17 sierpnia 2020
Dool - Summerland (2020)
niedziela, 16 sierpnia 2020
Frankie (2019) - Ira Sachs
Leniwa obyczajówka, która w założeniu miała być dramatem. Z zacną bardzo obsadą, ale bez większej temperatury zawartej w scenariuszu. Z natchnionymi dialogami i niezwykle uroczymi lokacjami, ale bez zaskarbiającego uwagę wewnętrznego pulsu. Tutaj coś (umówmy się) a'la akcja rozwija się szczególnie wolno i widz ze statycznych ujęć dowiaduje się o dramacie i tajemnicach relacji bohaterów. Letni klimat pory roku i letni też klimat emocji współgra znakomicie, lecz obraz jako złożona całość jest aż tak subtelny, że zwyczajnie smętny, przez co trudno mi docenić jego walory, które jestem w stanie przyjąć, iż niezaprzeczalnie pewnie posiada. Musiałby tylko trafić na w odpowiedni sposób uwrażliwionego widza, nie wykluczam też że zasadniczo o innej płci. Być może Ira Sachs chciałby jak Woody Allen, ale w moim odczuciu te kontemplacje jego współautorstwa są zdobne niestety wyłącznie w mielizny i tak jałowe, że trudno im się przełożyć na silne emocje.
czwartek, 13 sierpnia 2020
Deep Purple - Whoosh! (2020)
środa, 12 sierpnia 2020
Babyteeth / Zęby mleczne (2019) - Shannon Murphy
Niewątpliwie Babyteeth (doskonale metaforyczny skądinąd tytuł) jest projektem intrygujący, z silnym posmakiem niezależnego kina i godnymi festiwalowych laurów ambicjami. Niewątpliwie dodatkowo temat potrafi pobudzić wyobraźnię, szczególnie gdy widz rodzicem wchodzącej w trudny okres adolescencji nastolatki. Z tym że konfrontując wszelkie entuzjastycznie recenzje z efektem całościowym pracy sztabu dowodzonego przez Shannona Murphy'ego, ja przynajmniej nie wpadam w szał wyłącznie komplementów wystrzeliwania. Myślę że brakuje tu solidnego jednego, a najlepiej dwóch trzech interwałów, zakrętów w scenariuszu, które podniosłyby emocje na wyższy niż tylko letni level. Bez nich prowadzona narracja jest nieco nużąca, a nawet jeśli fabuła i zawarty w niej rozwój "akcji" dopinguje do zadawania pytań i oczekiwania gdzie/dokąd te wydarzenia bohaterów zaprowadzą, to bez silniejszego emocjonalnego uderzenia samo świetne aktorstwo i poruszona problematyka nie zagwarantowały przeżycia ponad poprawnie interesującego. Ale to opinia maksymalnie subiektywna, opinia widza ze względnie nikłym obyciem z kinem dalekim od mainstreamowego - bo dziwaczącym dla przede wszystkim wzniosłej reżyserskiej idei. To jednak nie będzie koniec opinii, bo przyznaję, że się dotychczas droczę! Paskudnie się droczę, bo ten potwornie poruszający dramat przez pierwszą (umownie wstępną) godzinę paskudnie droczy się ze mną, a ja nie cierpię takich podpuch, gdy ostatecznie wzruszenie odbiera mi łatwość oddechu. Toż to przyznaję właśnie, iż jestem na koniec w wielkim szoku, bo przecież trzeba by być głuchym i ślepym, by nie dostrzec jak przenikliwie dojrzały i wyczerpująco prawdziwy jest to dramat – uprę się, bez względu na szczególnie w pierwszej części jego zwodniczy charakter. Taką już Shannon Murphy wraz z Ritą Kalnejais (autorka scenariusza) koncepcję sobie wymyślili i brawa w sumie dla nich, że harmonijnie te dwie fazy budowania relacji postaci z widzem ze sobą skleili. Początkowa pretensjonalność (siląca się za wszelką cenę na oryginalność), która na starcie mnie (wtedy jeszcze nieświadomego) drażniła, dla dobra wstrząsającej dramaturgii (były radości i smutku interwały i te interwały targały) od połowy przestaje mieć znaczenie, by w finale rezonującym realizmem cierpienia rozrywać człowieka na setki bolesnych strzępów i bez cienia przesady pozwolić już bez (nie na miejscu tutaj) droczenia orzec, iż jest to jeden z najdotkliwiej i najszczerzej poruszających filmów o "nim wyjdą wszystkie zęby stałe" umieraniu.
P.S. „Gdy zegar tyka, zamknijmy oczy i czujmy” – łatwo powiedzieć!
wtorek, 11 sierpnia 2020
Lillian (2019) - Andreas Horvath
Tragicznie zakończona podróż tytułowej Lillian, pomimo klamry w postaci symbolicznej dedykacji, to dla reżysera jak myślę tylko pretekst by przeprowadzić dogłębną wiwisekcję współczesnego stanu kolosa na glinianych nogach, czyli Wielkich Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Obrazowa i złożona z quasi dokumentalnej, wręcz poniekąd reportażowej techniki ekspozycji produkcja. Zupełnie pozbawiona dosłownej artykulacji analiza odbywająca się przez pryzmat dominującej w USA powierzchniowo prowincji. Użyte przez kompletnie mi nieznanego austriackiego reżysera środki wyrazu są doskonale spasowane z założoną formą - surowe i idealnie korespondujące ze smutnym wnioskami płynącymi z tej jak już podkreśliłem wartościowej, choć okrojonej wyłącznie do jednej strony medalu alegorycznej krytyki. Ameryka jego oczami jest bogobojna i żyjąca w obsesji kaznodziejstwa. To też między innymi Ameryka porzuconych weteranów wojennych, paradnie kroczących dla pobudzenia patriotycznych emocji wyłącznie przy okazji świąt narodowych. Ameryka przaśnego country music i leciwych pickupów. Ameryka wielkich przestrzeni i ciasnych umysłów. Ameryka prostych uciech i wzniosłych idei. Ameryka symbolizowana małymi fizycznymi przedmiotami i wielkimi duchowymi kontekstami. Ameryka dzikiej przyrody i ekstremalnych warunków przetrwania. Właściwie w skrócie to wyłącznie ziemia przygnębiających paradoksów. To pierwszy, a może drugi poziom? Ponad nim jesteśmy niemymi obserwatorami osobistego dramat bohaterki - jej naiwnością i desperacją zawinionego upadku, podsycanego mitami nadziei i przeżywanego nota bene w kraju wielkich możliwości. Ponadto sznyt narracyjny to pewien fenomen, gdyż bohaterka przez cały film uparcie milczy, a i tak mimo rezygnacji z bezpośredniej komunikacji i popularnych w tego rodzaju opowieściach retrospekcji, dowiadujemy się o jej życiu wystarczająco wiele. Domyślamy się motywacji i celu tkwiącego u podstawy podjętych działań, odpędzając wszelkie pokusy powiązane z ocenami. Istotne w konstrukcji, jeśli nie dominujące w tym minimalistycznym obrazie ogołoconym z klasycznych dialogów są komentarze docierające do widza czy to z radia, telefonicznych rozmów czy innych dyskusji przypadkowych maksymalnie naturalistycznych bohaterów drugiego czy dalszego jeszcze planu. To te z tła informacje budują właściwe konteksty, bez których pozostałby wyłącznie niepełny klimat grozy i potężnie przemawiające do wyobraźni sugestywne zdjęcia i muzyka. Monotonny i przygnębiający, a mimo to niezwykle interesujący i z pewnością pozostający w pamięci obraz mega zdyscyplinowani Austriacy z udziałem (i tu akcent) polskiej aktorki nakręcili.
sobota, 8 sierpnia 2020
Ulver - The Assassination Of Julius Ceasar (2017)
Na starcie wypada się wytłumaczyć, dlaczegóż to (czasami nie bez znaczenia opinia niejakiego NTOTR77) w tym przypadku odnośnie jedenastego albumu bardziej poważanego w metalowym niż w szerokim muzycznym świecie znanego Ulver pojawia się z tak wyraźnym poślizgiem. To zasadniczo proste, bo raz - do tej pory nie znalazła się na stronach tego bloga żadna inna refleksja względem ich płyty. Bo dwa - Ulver znając i próbując zrozumieć twórczość ekipy Kristoffera Rygga zawsze musiałem wywiesić białą flagę. Black metalowe początki nigdy nie wstrzeliły się w moje osobiste gusta, a awangardowe ambientowe rozkminy chwilami może gdzieś wzbudzały zainteresowanie, lecz całościowo żadna z płyt nagranych w tej stylistyce nie przyciągnęła uwagi na stałe - najczęściej męcząc mnie okrutnie. Nawet powracanie do czasów Blood Inside - Shadows of the Sun - Wars of the Roses (gdyby większa upartość piszącego te słowa mogłyby wkręcić, a może nawet awansować Ulver do subiektywnej czołówki), nie zrobiło finalnie na mnie tak znakomitego wrażenia jak właśnie "Cezar". Tyle że wówczas w roku 2017-tym uznałem iż poczekam aż Rygg wykona kolejny krok i da szansę na szerszą w konteksty ocenę - bo nie tylko ograniczoną do jednego albumu z ejtisowymi inspiracjami przefiltrowanymi znakomicie przez jego muzyczną erudycję. Nie mam jeszcze też teraz wiedzy całościowej co do czającej się już za rogiem nowej porcji dźwięków, ale z tego co słyszałem konfrontując się z trzema dotychczas odkrytymi z talii kartami, to charakter Flowers of Evil nie będzie odmienny od "Cezara". Nie ukrywam, jestem happy - w to mi graj itp. :) Gdyż co jak co, ale ambitna, aczkolwiek nie porzucająca chwytliwości współcześnie nagrywana (miodzio brzmienie) elektronika kręci mnie ogromnie, a takie m.in. formacje jak The Black Queen, Crosses czy fenomenalny Algiers goszczą na play liście M. bardzo często. Tak więc miejsce dla Ulver w tym stylistycznym ubranku mam zarezerwowane i jeśli tylko Norwegowie zechcą rozwijać się w tym kierunku będę z radością ich gościł i wraz z Krzysiem śpiewał atmosferyczne refreny. Odbijając jednak nieco do kwestii szczegółowych, a w ogóle do głównego tematu, to dla osób których wiedza o zawartości The Assassination Of Julius Ceasar dotąd zerowa donoszę, że osiem kompozycji opakowanych w bardzo gustowną kopertę nawiązuje do modnych obecnie brzmień syntezatorowych. Koniunkturalizm pełną gęba powiecie i ja się z tym przekonaniem zgodzę dodając, że łykam taką przebiegłość bez popitki jeśli słyszę po prostu świetnie skomponowane i nagrane piosenki, a w ich charakterze odnajduję pasję. Ponadto one w żadnym razie banalne, bo ejtisowe mocno "spopowiałe" electro w wykonaniu Ulver ma w sobie sporo intrygujących pomysłów i zamiast do wykorzystania w dyskotece, bardziej pasuje do mega klimatycznych występów w elitarnych salach koncertowych. Bowiem Ulver idąc w radiową przebojowość nie stracił mym zdaniem ambitnego ducha. Zatem jeśli ponad trzydzieści lat temu marzyliście by zarazem zobaczyć na żywo Bad Boys Blue, Alphaville i Depeche Mode, kiedy ci pierwsi i drudzy po kilku latach stali się wstydliwą szczeniacką fascynacją, a trzeci do dzisiaj waszą uwagę potrafią przykuć, to śmiało łapcie krążek grupy, która na początku lat dziewięćdziesiątych grała prymitywny black metal? Nie wstydźcie się - to dobry czas dla syntezatorów. :)
piątek, 7 sierpnia 2020
Le mystère Henri Pick / Tajemnica Henriego Picka (2019) - Rémi Bezançon
Sama w sobie w szerokim kontekście filmów znakomitych, to ta produkcja zasadniczo może nie ekscytuje, bowiem jest książkowo wstrzemięźliwa, ale w kategorii intrygującej obyczajówki na niedzielne leniwe popołudnie i z całkiem zgrabnie oryginalną tajemnicą przemyconą w fabule mieści się w kategorii historii w chwili lenistwa na kanapie wartych uwagi. Co najbardziej prócz pomysłu zawartego w scenariuszu może się podobać, to proste aczkolwiek subtelne prowadzenie narracji, ciepła formuła opowiadania, malownicze plenery z czarująca architekturą (szczególnie ta bretońska) i wreszcie sama artystyczna maniera z bibliofilskim szlifem. Najwięcej jednak w sensie sympatycznego odbioru w moim odczuciu zależy tutaj od tła. Tła muzycznego, które fantastycznie łączy znane klasyczne w formie motywy z lekkiego intelektualnego kina komediowego z udanymi fragmentarycznymi próbami włączenia do ścieżki pomysłów mniej banalnych - zaskakująco nietuzinkowych dźwięków właściwie przykuwających uwagę i podkręcających atmosferę rozbudowywanej konsekwentnie tajemnicy. Ponadto nawet jeśli nie ma w nim jako w produkcji poniekąd familijnej ambicji zostania przebojem kin czy platform udostępniających kino, to zasługuje na co najmniej średnio entuzjastyczną ocenę, co powyżej użytymi znakami tworzącymi słowa i w miarę sensowne zdania (he he), chyba dałem do zrozumienia?
czwartek, 6 sierpnia 2020
Airbourne - No Guts. No Glory. (2010)

środa, 5 sierpnia 2020
Black Pistol Fire - Deadbeat Graffiti (2017)
wtorek, 4 sierpnia 2020
Wolfmother - Wolfmother (2005)
poniedziałek, 3 sierpnia 2020
Tess (1979) - Roman Polański
Jeden z mniej wypromowanych, a nawet zakładam najmniej znany, a z pewnością ogólnie popularny film Polańskiego. Obraz produkcyjnie spektakularny, bowiem urzekający dopracowaną scenografią i rozmachem wykonanej pracy przez speców od kostiumów i charakteryzacji. Wizualnie bez wątpienia majstersztyk, bowiem trudno nie docenić uchwyconych doskonale ręką operatora architektonicznych pereł, przepięknych pejzaży i olśniewającym panoram. Tyle, że mając do czynienia z gatunkiem filmu określanym potocznie jako melodramat kostiumowy (tym bardziej kiedy pod jego skrzydłami przemyca się ambitny temat o charakterze społeczno-kulturowym, jak doświadczyłem przez ponad trzy godziny projekcji o zerowym potencjale rozrywkowym), to na większy potencjał komercyjny nie można było liczyć. Krytyka profesjonalna w takiej sytuacji zazwyczaj film docenia, lecz publiczność już tak łaskawa częstokroć nie jest, więc znajomość w szerszym kontekście dzieł bardziej atrakcyjnych staje się naturalnie znikoma. Jestem wśród tej grupy widzów, którzy nieskromnie pisząc nawet więcej niż ponadprzeciętną wiedzę kinową posiadają (jednak do miana konesera sztuki filmowej najwyższych lotów poprzeczek do pokonania przede mną jeszcze kilka :)), to uczciwie zaznaczam, iż dopiero teraz znalazłem czas i skorzystałem z okazji, aby z rozbudowanym konceptem Tess się zapoznać i myślę, że to jedna z tych niewielu produkcji dość nietypowych dla stylu Polańskiego. Przynajmniej ja nie dostrzegam w obrazie z 1979 roku jakiejś dominującej roli charakterystycznych sztuczek naszego mistrza, jakie miałyby być udziałem fabuły i idei kryjącej się za koncepcją stworzenia dzieła o wysokim współczynniku wzruszenia. Bywało (od wielkiego dzwonu oczywiście ;)), że Polański dryfował pośród dość nadętych, a przez to czasami nudnawych pomysłów, ale nie znam przypadku by aż tak na potrzeby ambicjonalne rozmemłał scenariusz. Ponad 180 minut obserwacji wieloletnich tragicznych losów wiejskiej kobiety, która staje się ofiarą bezwzględnych norm społecznych i nieprzychylnych splotów okoliczności, to doświadczenie dla mnie przynajmniej potwornie wyczerpujące. To trudne zwyczajnie, by tą smętną historię przeżywać nader emocjonalnie, bowiem powinna ona być odczytywana przez pryzmat ówczesnej purytańskiej, skrajnie patriarchalnej obyczajowości, której znaczenie współcześnie naturalnie rożne i dla mej mentalności nieosiągalne. Ciężko mi z niewymuszoną napastliwą ckliwością zrozumieć z dzisiejszej perspektywy absurdalne wybory bohaterów. Może jestem nazbyt w ocenie surowy, ale ponad walory czysto artystyczne chciałby aby film mnie dotykał, a niestety mimo wyrozumiałego nastawienia i ochoty by dać mu szansę tego nie uczynił. Stąd ta malownicza XIX wieczna historia, podoba/spodoba się miłośnikom Nocy i dni, czy innych tego rodzaju wzruszająco podniosłych obrazów. Nie mnie, nawet jeśli rozumiem tragiczne tło motywacji jaka stała za decyzją o ekranizacji powieści Thomasa Hardy'ego.