Dosłownie była to późna noc z diabłem - mówię o porze w której się z Abraxasem (a może z prezenterem Jackiem Delroyem) spotkałem i poziomie zawartości diabła w którymś diable. Jeśli współczesne horrory kogoś bardziej bawią niż straszą i w gatunku zamiast litrów krwi woli podskórne ciary rzeczywiste, wywoływane bodźcami perswazyjnymi i aluzyjnymi, to szczerze polecam, bowiem nie tylko w gacie chwilami popuścić można, a sporo dowiedzieć się o kontekstach czasu. Oglądam niby inscenizację podrzędnego talk show z czasów satanic panic, a widzę i czuję sytuacje jakby z tu i teraz - przeniesiony w lata siedemdziesiąte za sprawą niezwykłej autentyczności i stylistycznej doskonałości, w której ramie w ramię aby mnie przerazić kroczą zgodna w stu procentach z warunkami scenografia, klimat cholernie realistycznego napięcia i lęku oraz kompletnie niepozowane aktorstwo. To ostatnie majstersztyk całej zaangażowanej ekipy aktorskiej z Lilly (obejrzycie, zorientujecie się!), popisującej się mnóstwem mimicznych niuansów. W ogóle nie mam pytań w kwestii technicznego opracowania ukazanych wydarzeń, bowiem halloweenowy odcinek specjalny programu Nocne Sowy zagrany jest fenomenalnie. ze wszystkimi sztuczkami szołmeńskiego (co ukrywa?) prezentera i pomysłowości skierowanej ku wzrostowi oglądalności. Wygląda tak jakby spektakl dział się naprawdę, bez odrobiny naciągania i przekombinowania z przerostem wyobraźni nad realizmem. Fakt, efekty specjalne mamy, ale wpadamy w tak sugestywnie przekonującą fazę, jesteśmy tak pokazowo za rączki prowadzeni ku finałowi, że nie trudno stracić rachuby co możliwe, a co już za daleko posuniętą fantazją. Koncepcja bez pół ale przekonuje, doskonałą robotę zatem robi też opracowany scenariusz, gdzie trzy główne role odgrywają hipokryzja, mamona w postaci upragnionej oglądalności i diabeł, jako wykorzystane opętanie na sprzedanie. Jednak gdyby nie szczegóły, podkłady dla kulminacji, złożone z historii jakie kryje postać główna i inni bohaterowie oraz wirtuozersko wplecione one w korzystającą z wyświechtanych motywów, jednak misternie utkaną fabułę, to całość nie wywołałaby tak spektakularnego wrażenia. Szołbiznes i okultyzm - przedziwne i zarazem potwornie przekonujące show z makabrycznym finałem, jakiego chyba nawet znając trailerowe zapowiedzi się nie spodziewałem obejrzałem! Do końca w sumie zastanawiając się czy nie były to "odtworzone" prawdziwe wydarzenia sprzed laty. Tak mnie mnie w ta perfekcyjną ekranową iluzję wkręcono.
czwartek, 31 października 2024
środa, 30 października 2024
Better Lovers - Highly Irresponsible (2024)
Nie sposób było rozpocząć tekstu tego od stwierdzenia, iż czego Puciato nie dotknie, wszystko w złoto zamienia. Bez różnicy, czy sam z osobistego nadania jest kierownikiem zamieszania na solowych albumach, czy to zostaje zaproszony przez innego z dorobkiem muzyka do współpracy (casus z Jerrym Cantrellem), bądź tworzy swoisty all stars band z innymi gwiazdami (Killer Be Killed), tudzież dobiera sobie partnerów według klucza znajomości sceny o jakiej nie mógłbym wcześniej go podejrzewać (The Black Queen) i teraz dodatkowo dołączając do grupy instrumentalistów, którzy bez jego pomocy mogli być określani jako zespół porządny jedynie, a teraz stali się ekipą wspólnie i jako indywidua zdecydowanie nieprzeciętną. Debiut długogrający Puciato wspomaganego muzykami Every Time I Die wisiał w powietrzu już od znacznego czasu, a wcześniej aby sprawdzić być może odzew i pochwalić się pierwszymi efektami współpracy wypuścili czteroutworowe ZNAKOMITE mini i ja pod jego urokiem tak zacierałem łapki z radości, jak z ogromną niecierpliwością czekałem na więcej. Zastanawiałem się w międzyczasie jedynie przez chwilę, czy jakość longa będzie tak samo wysoka jak materiału o powstaniu nowego ansamblu wszem i wobec informującego, bowiem strategia przyjęta promocyjna była taka, że co jakiś czas w przestrzeni internetowej pojawiał się kolejny singiel obrazkiem równie ZNAKOMITYM jak nuta ubogacony, więc niepokój zamienił się szybko w pewność, a finalna produkcja zatytułowana celnie i prowokująco Highly Irresponsible kompletnie nie zaskoczyła. Wiedziałem bowiem co zawiera w istotnym stopniu, a te numery które zanim album ujrzał światło dzienne były jeszcze tajemnicą, w żaden sposób nie zaniżyły oceny oczywiście ZNAKOMITEJ. Jedno co mnie odrobinę rozczarowało, to plastyczna oprawa okładki, która jest fajna, ale mini mogło pochwalić pomysłem jeszcze fajniejszym, stąd można zrozumieć skąd u mnie niedosyt, gdy spodziewałem się być może jeszcze lepiej, w sensie ciekawiej. Gdyby jednak szukać jeszcze dziury w całym, to ja życzyłbym sobie aby Highly Irresponsible trwało nieco dłużej, a że jak sami twórcy mi ilość dobra ograniczyli, to ja pragnąc więcej słucham sobie płyty długogrającej i tej krótszej w jednym ciągu i kompletnie nie odczuwam abym sztucznie je sklejał. Oba wydawnictwa działają jakby w naturalnej synergii, tak jak chemia w ekipie Better Lovers to coś czego życzyłbym wielu i myślę że wielu chciałoby aby taka w ich składzie była. Bez chemii nie byłoby przecież tak genialnie spreparowanych aranży, melodyjnych harmonii przechodzących we wściekły atak gitarowej młócy i na odwrót, kiedy pod powierzchnią agresji i pozornego chaosu idealnie wszystko cyka, niczym w najlepszym mechanizmie zegarmistrzowskim. Dzięki temu nikt nie może oskarżac Better Lovers o produkowanie li tylko hałasu. Hałasu dla utrzymania balansu i zdobywania fanów mniej brutalnie sprofilowanych - hałasu kontrastowanego przebojowymi jak cholera refrenami czy chwytliwymi instrumentalnymi frazami. Better Lovers absolutnie nie grając niczego stylistycznie nowego, jednocześnie grają poniekąd w lidze niekoniecznie zawsze udanie uciekającej od traktowanej mało śmiertelnie poważnie etykiety metal core'owej, więc aby napisać że są ZNAKOMICI, musze mieć pewność, iż w ich autorskim postrzeganiu gatunku nie ma grama tandety, a jest prawdziwie artystyczna sztuka - wyłącznie kapitalne czucie formy, biegłość instrumentalna oraz uwaga skupiona tak na brzemieniu całości, jak dopieszczaniu detali. Uważam że Puciato po zawieszeniu czy zakończeniu działalności The Dillinger Escape Plan próbował bardzo udanie różnych ścieżek, ale chyba dopiero teraz znalazł drogę która może mu zastąpić to za czym zatęsknił po ucichnięciu Dillingera. Tym samym dał mi też rewelacyjnego metal core'a z matematycznymi niemal podziałami rytmicznymi, jak być może odebrał nadzieję, iż Dillinger jeszcze kiedyś coś nagra wraz z nim na swoje konto.
wtorek, 29 października 2024
Blue Velvet (1986) - David Lynch
Mroczny, a jaskrawy wizualnie - brutalny, a zarazem oniryczny poniekąd, owiany sławą, kultowy kryminał Lyncha. Korzystająca z życia w nim warstwa społeczna – średnia prowincjonalna klasa rozpieszczonej Ameryki, zamieszkująca w wychuchanych domkach bohaterem tła, a na przodzie sceny zderzenie świata niewinności ze światem zepsucia i przemocy. Obserwacja i analiza - w mocno stylizowanym tonie perwersyjna satyra, intensywnie udramatyzowana. Nie jest możliwe aby przejść obok niej obojętnie, bowiem albo odpycha ukazaniem dewiacyjnych skłonności, gdzie okrucieństwo fizyczne i psychiczne jądrem tej ciemności, bądź też zraża do siebie pokręconą historią, z racji pochodzenia autorstwa niekoniecznie tak łatwą do interpretacji, a często kompletnie ponad możliwości przeciętnego widza, tudzież w porywach tylko fragmentarycznie w miarę zrozumiałą. Zawsze jednak na Blue Velvet reakcja wyrazista, a dla miłośnika niejednoznaczności w intrygującej fabule i scen dopieszczonych, które moszczą się w podświadomości, stając się często obsesją detalicznie na kolejne kawałeczki dzieloną i łączoną, to najwyższej jakości materiał, do takiego hipnotyzującego, długotrwałego procesu zdatny. Taki już urok filmowych socjopatycznych fetyszystycznych skłonności Lyncha, że infekuje swymi paranoicznymi odjazdami podatnego widza. Taki też, iż pozorne zwyczajności u niego bogato przyozdabiane mroczną stroną ludzkich osobowości i niewiara w człowieka bez skrywanego zła wewnętrznego - silniej, odważniej lub skromniej pokusie się poddającego. Szepnę na uszko jeszcze, że oglądać Blue Velvet i nie mieć gęstych skojarzeń z dziełem życia Lyncha też niemożliwe, chociażby z racji osadzenia akcji właśnie w rzeczywistości pozorów i grzebania w relacjach mieszkańców, które są jakoby wykładnikiem skrywanych żądz i pokus, gdy nikt nie patrzy zaspokajanych. Nie ma takiej siły aby w kierunku powstałego w cztery lata później Miasteczka Twin Peaks nie spozierać, gdy Kyle MacLachlan na ekranie, a obok niego kapitalne aktorskie sytuacje z udziałem Hoppera, Stockwella i Rossellini, myślę bardziej kojarzące się nie z konkretnymi postaciami, a stanem ducha – wszelkimi dziwacznościami, pociągającą brzydotą dusz w ciałach cierpiących, bądź ciałach rozkwitających, gdy złu się przestają opierać. Doceniam i sławię psychologiczną rzeźnię, nie stać mnie jednak na szczere przyznanie, iż kocham ten świadomy rzeźnicko przerysowany sznyt po całości.
poniedziałek, 28 października 2024
Fantastic Negrito - Son Of A Broken Man (2024)
Xavier Dphrepaulezz zjawia się z nowym krążkiem i znów jest to album z bujającą muzyką energetyczną, lecz podszytą osobistym bólem, bowiem przekorny pseudonim artystyczny zobowiązuje do łączenia skrajności. Chyba jednak jak jestem w stanie się zorientować, to na Son Of A Broken Man jest mniej odniesień do rasowego ucisku, bez względu na oczywistość że nawet jeśli album to opowiadający subiektywnie o przeżywaniu relacji z dzieciństwa, to osadzony w miejscu i czasie, gdzie i kiedy one swoje piętno odciskają. Teksty Xaviera to zarazem typowe dla bluesowej stylistyki emocjonalne wyznania, jednak niekoniecznie tak oczywiste gdyż ironia jest tu ważnym ich składnikiem, a wszelkie do bluesowego trzonu przytwierdzane wpływy funky czy soulu oraz bardzo jaskrawa prezentacja sceniczna zmieszana w jedną zaskakująco spójną całość w pulsującym sprzecznościami tyglu, powoduje iż jest to artysta jak najbardziej na współczesnej scenie osobny. Miałem tego lata okazję na własne oczy przekonać się jak też wyglądają jego występy na żywo i one takie jak mogłem sobie wyobrażać. Znaczy gość robił wokalno-wizualny spektakl, a otaczający go maksymalnie różniący się między sobą stylem wizualnym, biegli w sztuce instrumentaliści, mu w tym (każdy na swój oryginalny sposób) pomagali, a że numery Fanatastic Negrito w wersjach na żywo, to formy trzymające się luźno tylko oryginałów, całkiem mocno przearanżowane i nawet improwizowane, to mieli pole do popisu i korzystali. Korzystali, a Ci co zdecydowali się ruszyć tyłkami na koncercicho, też tyłkami (znaczy bioderkami) intensywnie podrygiwali, bowiem trudno zaprzeczyć że nuta FN nie jest poniekąd taneczną. Takiż jest też nowy krążek, który do pogibania mimo swojej mało radosnej, jednak niekoniecznie kompletnie nie optymistycznej lirycznej treści potrafi człowieka maksymalnie zachęcić. Jest też on po raz kolejny tak fachowo zaaranżowany, że odsłuchy ente pozwalają dostrzegać w nim detale jakie są nawet w stanie zmieniać pierwotny odbiór poszczególnych kompozycji, więc nie ma opcji aby szybko się nim znudzić, zarazem oswajając się z biegu. Dwa w jednym, a może wręcz w jednym więcej niż dwa. Jeśli człowieku do tej pory będąc miłośnikiem klasycznego "czarnego" klaskanego groove'u czy też ballad z walczykowym pam pam pam i na nutę Fantastic Negrito nie trafiłeś, to zachęcam. Na dzień dzisiejszy masz do sprawdzenia siedem krążków w równym rytmie od roku 2014 wydawanych i coś czego nie udało mi się poznać z roku 1996-ego. Możesz śmiało zacząć od albumu bieżącego, ale nie ma takiego przymusu. Bierz, bo wstyd nie znać.
niedziela, 27 października 2024
Beverly Hills Cop: Axel F / Gliniarz z Beverly Hills: Axel F (2024) - Mark Molloy
W ch**j przeklinają, ale w żartobliwie ironicznym tonie, więc usprawiedliwione ograniczone słownictwo i kto by się czepiał, kiedy taka nawijka tak fajnie klei się z nostalgią w kierunku dwóch pierwszych części, bo jednak to co powstało w 94 było z lekka stylistycznie nieporadnie sztuczne, a tu dzisiaj niespodzianka - po trzech dekadach od zamkniecie serii wszystko jest bardzo ok! Zaczęło się lat wstecz czterdzieści jak to bywa od fajnego pomysłu i scenariusza Daniela Petrie Jr., którym zainteresował się przebijający i aspirujący Martin Brest. Jednak nie byłoby sukcesu gdyby nie mistrzowski trafiony casting, z kluczowym zaangażowaniem wtedy dwudziestotrzyletniego, lecz już z wypromowanym poczuciem humoru i twarzą Eddie’go Murphy’ego. Nie ma Axela bez Eddiego i myślę nie byłoby Axela w czterech odsłonach, jeśli nie byłoby Eddiego dzisiaj w doskonałej formie, bowiem super że Rosewood, Taggart (R.I.P) jest, a i jest Serge też, jak i są dobrze ucelowane nowalijki jak córka Aquela i córki faworyt, ale sam Aquel wymiata wyglądając świeżutko, jakby zamiast tych lat trzydziestu z kilka jedynie minęło, więc co jak co ale kapitalnej formy i odporności na ząb czasu nie jeden ze słabszymi genami aktor Eddiemu zazdrości. Fajne dialogi, fajne nowe postaci - gruba rozróba w fajnym starym stylu, mnie to styka aby przednio się bawić, a narzekanie że nie wszystkie wkręty Axela o atak brechtu przyprawiające można sobie darować, szczególnie że jest tutaj taka scena, która jasno daje do zrozumienia, iż twórcy scenariusza sami byli świadomi, iż nie wykrzesają z tego sentymentu aż tyle, by stare wciąż na sto procent było jare. Wiadomo, Beverly Hills Cop to klasyka, coś czego w takiej formie komedii sensacyjnej dzisiaj w znakomitej jakości raczej się nie praktykuje, bowiem tenże przyspawany gatunek mocno do ejtisów i jedyne co raczej dobrze w formule wychodzi, to to co z sentymentem i szacunkiem do legendarnych produkcji się odnosi. Jednak żeby mnie usatysfakcjonować i dać okazję do dobrej zabawy (bujać i rajcować), to oprócz odgrzania kultowej postaci, trzeba też zaoferować w dobrym guście takąż z rozrywki powtórkę. Akurat Pan reżyser debiutant kitu nie wcisnął i nie przyprawił mnie o zażenowanie. A mógł nie unieść presji i całość położyć, pamiętając jakie hollywoodzkie nazwiska reżyserskie w przeszłości za efekt odpowiadały. Dwójki i jedynki naturalnie nie mógł przeskoczyć, ale Landisa projekt zostawił daleko w tyle. Ja poczułem klimat starego Gliniarza – chwała australijskiemu twórcy reklam za to. :)
sobota, 26 października 2024
Jerry Cantrell - I Want Blood (2024)
Jerry idzie za ciosem i trzeba przyznać, iż bardzo dobrze, gdyż jest w doskonałej formie kompozytorskiej oraz otacza się znakomitymi z różnych pokoleń muzykami o ciekawych osobowościach (m.in. McKagan, Bordin, Puciato), więc zawartość I Want Blood absolutnie nie rozczarowuje, mimo iż napisać o wydarzeniu o skali gigantycznej też nie sposób. Najzwyczajniej Cantrell nagrał materiał taki jakiego można było się od niego dzisiaj spodziewać - osadzony na solidnym, przewidywalnym w kwestii trzonu riffie, choć (i tutaj gromkie oklaski) riffie kompletnie jego od spuścizny Alice in Chains nie oddalającym, to riffie kapitalnie zakręconym i megaśnie wyrazistym. Wszystko co zajebiste na tej płycie swój początek ma w motywie prowadzącym każdy z numerów, a że one brzmią dość podobnie, to żaden problem, gdy człowiek natychmiast zaczyna sobie nucić to co słyszy, a tenże kluczowy riff (każdy, bez wyjątku) wibruje w nim, dostarczając ogromnej przyjemności. I Want Blood jest też tym, czego oczekiwałem po poprzednim solowym albumie Cantrella, a czego w stu procentach nie dostałem. Mam tu na myśli odczuty pewien zawód niewielki jaki Brighten wraz z premierą przyniósł, bo bardziej niż quasi akustycznych akcentów jakie zawierał, potrzebowałem rozwinięcia kierunku z przykładowo promującego ów, fantastycznego Atone. Domagałem się stąd przed premierą "krwii" świeżej porcji unowocześnionego, bujającego przyjemnie i zatopionego tak poniekąd w przeszłości AiCh jak wprost w jej teraźniejszości grania i to mam teraz jak w mordę strzelił do smakowania. Może być takie riffowanie oczywiście uznane za kręcenie się w kółko w tym samym pokoju pełnym zarówno artefaktów z czasów minionych, jak i wypełnionym sprzętem który pozwala staremu nadać nowy sznyt produkcyjny. Tak samo upoważnione są komentarze, iż Jerry autoplagiat przerobił na swój atut, a jeśli ktoś jest zawiedziony, że obecne płyty jego macierzystej formacji niewiele się różnią od jego solowych, ma do tego prawo. Fakt jest jednak myślę niepodważalny taki, iż nawet Ci co będą odrobinę marudzić i pytać, na cholerę solo i w zespole, jeśli nie trudno postawić pomiędzy oboma działaniami znaku równości, przyznają ochoczo, iż jakości im odmówić nie można. Jerry w konkurencji riff Jerry'ego jest bezkonkurencyjny, a że współpracuje (przypominam) z mocnymi nazwiskami sceny, to spojrzenie z innej niż autora perspektywy i dodane od kumpli i kumpelek trzy grosze powodują taki a nie inny stan rzeczy. Ten stan rzeczy to autocytaty plus potęga riffu (na kolana przy Throw Me a Line), jakieś pojedyncze ciekawostki ("gunsowy" vibe w Held Your Tongue) i od czasu do czasu pozwalające odpłynąć solo (piękne w Echoes of Laughter) oraz charakterystyczne wokalne frazowanie, które myślę nie tylko mnie kręci. Zatem poproszę o wspólne oklaski!
piątek, 25 października 2024
Pas de vagues / Dobry nauczyciel (2024) - Teddy Lussi-Modeste
Poniekąd wysypało ostatnio produkcjami w temacie okołoszkolnym. Był niemiecki Pokój nauczycielski, obecnie w kinach leci norweski Armand i jeszcze właśnie wpada mi pod ocenę francuski Dobry nauczyciel. Wszystkie trzy to bardzo w porządku kino i za każdym razem ciekawe spojrzenie na problematykę gnębiącą współczesną szkołę, a precyzyjniej chyba pułapki w jaką wpadła. Przesadnie liberalna, spętana filozofią „zero stresu-dużo dobrej zabawy-maksimum głasków”, w znaczeniu wyrozumiała, przyjazna i nadopiekuńcza, gdzie skutkiem ubocznym przemian nastawionych na dobro podmiotu jest ciało pedagogiczne, z kompletnie związanymi rękoma, stające się w postępie błyskawicznym zrezygnowanymi/wypalonymi zakładnikami tak przepisów, poprawności politycznej jak i samych uczniów. Dobry nauczyciel z trzech wymienionych jest najbardziej stonowany, oczywisty i dotyka wprost, bez kombinacji akurat ryzykownych wątków oskarżeń o rzekome molestowanie oraz w dalszej kolejności homofobii. Problematyka potężna, można by rzec łatwo odważnego pirueta wykręcić, albo ugrzęznąć w stereotypach i je przemielić bez wniosków odkrywczych. Dobry nauczyciel zdaje się stać w rozkroku pomiędzy wymienionymi efektami. Poddaje pod refleksję problematykę środowiskowego naznaczania, zaszczucia psychicznego i bezradności wobec absurdów prawnych, ponadto wychodząc jeszcze poza wąskie ramy analizowania powyższych, dodając kontekst misji nauczycielskiej, co akurat obok sprzyjających zadumie klimatycznych wstawek muzycznych jest najbardziej do przemyśleń zachęcające. Nie potyka się o własne nogi i nie oferuje eksperymentu poznawczego sugestywnie wstrząsającego. Stanowi dobrze zaaranżowaną społeczną rozkmine, choć film to absolutnie daleki od znamion dzieła na długo zapamiętanego. Zadaję sobie oczywiste pytanie, czy to nie jest najzwyczajniej film o za dobrym nauczycielu? Film o za mało doświadczonym i za bardzo zaangażowanym nauczycielu?
czwartek, 24 października 2024
Wrooklyn Zoo (2024) - Krzysztof Skonieczny
Istnieją takie produkcje filmowe, w których ilu bym nie znalazł na siłę drobnych zalet, to mają one kilka tak rażących mnie wad (he he, zapewne subiektywnych), iż nie ma takiej opcji abym je potrafił darzyć sympatią, mimo że znienawidzić również w stanie nie jestem. Do tej kategorii wrzucam dzisiaj nowy film tego Skoniecznego, który serialem „przepopularnym” i „przecytowanym” w towarzystwie, nazwisko sobie w branży reżyserskiej zbudował, ale nic w tym temacie powiedzieć nie mogę, bo oprócz znajomości reakcji otoczenia kumpelskiego, nie znam i póki co nie poznam – nie znajdę czasu i tyle. Wiem natomiast co myślę o Wrooklyn Zoo i myślę przede wszystkim tyle ile, a dokładnie na jakie (nie)uznanie zapracował zatrudniony tu do zagrania skejcika skejcik. Jak mnie ten koleś irytował od pierwszej sceny, to jest jakaś niewiarygodność zupełna. Dwie godziny udręki wizualnej i przede wszystkim ten jego głos - kwadratowa intonacja, ale i mimika pokraczna, kompletnego aktorskiego naturszczykowatego lewusa. Przy nim debiutująca również „cyganeczka,” bez wyjątkowego wysiłku mogła wypaść w porządku, więc na dwie postaci prowadzące, jedna ok, a druga dajcież spokój! Ona całkiem celny wybór castingowy, on porażka - wybrany chyba tylko dlatego, że z deską sobie radził, a w zasięgu nie było alternatywy. Niestety wszystko co po seansie mógłbym zaliczyć do całkiem dobrze warsztatowo zrealizowanego (nie wymienię - skupiam się jak widać wyłącznie na krytykowaniu) kompletnie zrównuje z tandetą motywacja nawrzucania do scenariusza całej masy motywów i wątków, co tworzy wrażenie nie tylko bałaganu, ale co najgorsze, braku jakiegokolwiek gustu dobrego. Wyszło kino fatalnie prowadzące aktorów, przesadzone/przekombinowane i wysilone, narracyjnie szarpane, zupełnie bez flowu i wreszcie z realizmem magicznym z pierwszego lepszego straganu z magicznymi realizmami. Wierciłem się i niedowierzałęm jak mnie poniosło, że czując co tu będzie odwalone, to ja jak ten Skonieczny, a ch*** co mi tam szkodzi, stracę czas i pieniądze. Może by i WZ przeszło jako właśnie baśń współczesna, gdyby maksymalnie oczy przymrużyć, ale patoaktorstwo surowych “statystów” i głównego bohatera ponad moje siły. Niby Skonieczny pokazał jakiś wycinek najtisowej wielkomiejskiej polskiej rzeczywistości. Jakiś miejsca obraz przez pryzmat sentymentu do lat smarkatych, ale ta miłość zakazana, dwóch obcych światów mezalians, niczym Julii i Romea uwspółcześnienie nie zagrał - do mnie akurat nie przemówił. Wiało tandetą formy, zdecydowanie bardziej niż tandetą przypisaną do czasu i miejsca. Skonieczny zakładał bodaj, że jak pójdzie z zatrzęsieniem spamiętanych skojarzeń po bandzie i dorobi historii autobiograficzny sznyt oraz będzie się nim publicznie jak rozentuzjazmowany smarkacz podniecał, to kupi manifestowaną postawą publiczność. Zapomniał jednak w tym ferworze własnej burzy mózgu i sprzedajnej nostalgii pójść po zdroworozsądkowy rozum do głowy i powstrzymać tą przestylizowaną galopadę ku przeciążeniu, tak jak udowodnił że na jej zgrabne zszycie narracyjne nie miał kompletnie dobrego pomysłu. „Znów chciał być nocnym wędrowcem, który nie zna treści dnia”, a okazał się adehadowcem, tudzież marnym akwizytorem sprzedającym kuriozum bliskie badziewia w atrakcyjnym tylko z pozoru opakowaniu.
środa, 23 października 2024
The Apprentice / Wybraniec (2024) - Ali Abbasi
Ali Abbasi to nie jest pierwszy lepszy hollywoodzki wyrobnik, a potężnie uzbrojony w talent i powiązany z ambitnym kinem skandynawskim przedstawiciel egzotycznej wrażliwości, stąd nie miałem najmniejszych obaw, iż uderzając za ocean i biorąc na tapetę temat tak nośny, doprowadzi do przemielenia go w przedwyborczą paszę - bez względu na fakt, że nakarmiłby nią skutecznie demokratyczny amerykański elektorat. Człowiek ma reżyserską klasę, poniżej wysokich standardów merytorycznych i artystycznych nie wyobrażałem sobie aby mógł zejść i wypuścić topornego gniota dla masowej publiczności. Nie było mowy! Kropka! Nawet zanim zobaczyłem trailer, przez moment nie dopuściłem do siebie tak szalonej myśli, by dał się kupić, a swój film przygotował wyłącznie na zamówienie polityczne - jakkolwiek by się z oszołomami popierającymi idola szurostwa nie zgadzał i jakby nie obawiał się, iż może on wyrwać finalnie tą drugą kadencję. Zwiastun mnie tylko upewnił w już gigantycznej pewności, że do czynienia mieć będę z wizualnym majstersztykiem, a autopsja całości, iż empirycznie zderzyłem się z kompleksowo przemyślanym projektem quasi biograficznym, jednako maksymalnie mocno opartym na fundamencie wiarygodnych donosicieli, zeznających co tam Trump odjebywał zanim się do czynnego udziału w polityce przekonał. Film Abbasiego obejmuje w sumie około dwie dekady z życia żółtowłosego deweloperskiego imperatora i rozpoczyna się wraz z poznaniem metora w osobie maksymalnie kontrowersyjnego prawnika Roya Cohna i kończy w sumie w momencie gdy tenże przewodnik schodzi z tego świata w atmosferze kompletnego publicznego upadku, na własne życzenie - potraktowany przez reperkusje życia intymnego tak bezwzględnie, jak sam traktował ludzi wokół siebie. Innymi słowy wszystko co widzimy na ekranie to wynik i impuls pochodzący ze znajomości Cohna i Trumpa, a dokładnie ich relacji w rodzaju uczeń-mistrz, która latami rozwijała się dynamicznie i przynosiła obydwu złote plony, a finalnie zamyka się mocarną w emocje kłótnią przed Trump Tower i jeszcze bardziej intensywnie puentą nabitą sceną we florydzkiej posiadłości Trumpa hochsztaplera, Trumpa bez wstydu aktora. Aktorsko jest oscarowo i ja bym obficie nagradzał na równi przewidywalnie znakomitego Jeremy'ego Stronga i zjawiskowo zaskakującego Sebastiana Stana, a otaczająca ich produkcja wygląda jak co najmniej milion dolarów i idealnie oddaje znany ze starego dorobku tak tego filmowego czy telewizyjnych akcji klimat niehigienicznych, naznaczonych kryzysem amerykańskich lat siedemdziesiątych i kompletnie odmiennych od nich lat osiemdziesiątych, gdy myślenie w kontrze do hippisowskich utopii skupiło się na filozofii chciwości, zapewniając bankierom i innym szczwanym lisom biznesu ejtisową hosse. Jest więc na początku ziarniście i wulgarnie, a następnie połyskująco i brutalnie - śledząc na krzywdzie innych budowaną, bogatą w medialnie promowane sukcesy karierę Trumpa biznesową i jego równanie w dół w życiu prywatnym oraz totalnie destrukcyjną dla otoczenia przemianę mentalną i osobowościową. W jej tle hipokryzja i szerokie połyskujące bielą uzębienia uśmiechy - metodami oraz narzędziami konserwatywne kity i szantaże za którymi stoi prosta i skuteczna jak cholera strategia atakuj, atakuj, atakuj - zaprzeczaj i bez względu na wszystko nigdy, nigdy się nie przyznawaj. Abbasi miał kapitalny materiał i korzystał bez przeszkód tworząc z łatwością miażdżącą krytykę - krytykę uderzającą z impetem prosto w splot słoneczny zakłamania i chciwości, jednakowoż nadał swojemu dziełu walor analitycznej perełki, rezygnując naturalnie z łopatologicznej skrótowości czy dodawania wydarzeniom ideologicznej wymowy ponad to, co one same o sobie wyraźnie mówią. Stworzył tak samo ekscytujący spektakl o uniwersalnym znaczeniu, opowiadający o klasycznym ambitnym marzycielu, jego upartej drodze na szczyt i tegoż ambitnego marzyciela jednoczesnym wydrenowaniu z tego co pierwotnie świadczyło o jego sile i zjednywało mu oddanych admiratorów. Spektakl jaskrawy i pulsujący - energetyczny i brutalny. Spektakl chyba dla nikogo kto dostrzega w Trumpie i innych konserwatywnych gnidach gigantyczne zagrożenie nie szokujący. Z pewnością jednak współcześnie niezwykle odważny. Ja mógłbym po seansie klaskać, gdybym nie był nim po ludzku przygnębiony.
wtorek, 22 października 2024
Armand (2024) - Halfdan Ullmann Tøndel
Hipnotyzujące i na swój sposób mrożące krew w żyłach kinowe doświadczenie, bowiem wciąga/zasysa i nieprzyjemna konfrontacja stanowi jądro tego gęstego dramatu psychologicznego, będącego tegorocznym norweskim kandydatem do Oscara. Już od startu intensywnie on niepokoi i muzyka robi dla takiegoż odczucia klimat, a startowe ujęcie z drogi wbija mnie widza z miejsca w fotel i utrwalam ja sobie od tego momentu w fotel wciśnięty w myślach przekonanie, iż obejrzę coś nietuzinkowo szarpiącego. Potem na stałe akcja przenosi się do leciwego obiektu oświatowego szkołą powszechnie nazywanego, a z perspektywy zza postaci sfilmowane korytarze oraz uwydatniony jednostkowy ruch na nich i najbardziej zbliżenia na twarze na których malują się doskonale przeżywane emocje, to takie poddanie się silnej sugestywnej aurze, którą młody reżyser w pewnym momencie przełamuje antyrealistycznym mykiem w postaci sceny tańca, by od tej pory co jakiś czas wiązać poważne tony z rodzajem poniekąd groteskowej (spazmatyczny ironiczny śmiech i najbardziej metaforyczna deszczowa scena finałowa) dla nich przeciwwagi. Jak trafnie ujął to kumpel psychrodrama przeradza się w psychodelię, lecz do końca myślę jest to w pełni zabieg twórców zamierzony, aby obrazowo detalami i między wierszami obnażyć, przez łzy ośmieszając współczesne zachodnioeuropejskie tendencje w myśleniu o wychowaniu młodego pokolenia. Tym samym uzyskuje efekt tragikomiczny i chyba zmusza odpowiedzialnych za taki stan rzeczy i jego konsekwencje dorosłych do refleksji nad tym jak bardzo zagubieni i nieporadni jako dorośli się stajemy, a co najśmieszniejsze jak bardzo próbujemy kontrolować wszystko wokół nas, interpretując i interweniując wszędzie tam gdzie nasze działania są zbędne, a kompletnie poprzez egocentryzm i bezradną bierność zaniedbujemy sfery z których sprężyna dla przywoływanych konsekwencji pochodzi. Klucz to spojrzeć w odpowiedni sposób, nie za słabo nie za mocno - nie za płytko nie za głęboko. Spojrzeć najlepiej wpierw we właściwym kierunku - spojrzeć krytycznie na siebie i j****ć w kąt w końcu przewrażliwioną poprawność. Inaczej nie będzie szansy na posprzątanie tego co sami w postępie geometrycznym rozgrzebujemy.
P.S. Tak, dobrze przeczuwałem, iż obejrzę coś nietuzinkowo szarpiącego.
poniedziałek, 21 października 2024
Napad (2024) - Michał Gazda
Polski Netflix przedstawia i spora od razu popularność osiągnięta, czyli zapewne bym zignorował, salwując się ucieczką, gdyby nie konkretna rekomendacja trafiła mnie w pysk prosto. Stadna podnieta to nie moja bajka, ale co innego odpowiednia polecajka – zatem zaintrygowany zameldowałem się przed telewizorem ostatniej niedzieli wieczorem. Nie żałuję decyzji, mimo że Napad z pozoru wygląda jak jeden z tych w towarzystwie omawianych rodzimych seriali. Z taką formułą mi się kojarzy, a ja lekko na nią uczulony już jestem. Tylko że to takie odczucie złudne, gdyż im dalej w las tejże ponurej i do bólu autentycznej opowieści, to w sumie między innymi przez uwydatniony mroczno-tajemniczy podkład muzyczny ustawicznie towarzyszący oraz manierę czerpiącą ze wzorców kina przełomu ustrojowego, czuć jakby to kino właśnie z tamtych wprost czasów, te trzy dekady temu nakręcone było. Fakt, bardziej dopieszczone, warsztatowo z nieco większym rozmachem technicznym, ale realizmem użytych środków całkiem blisko sąsiadujące. Dobrze od strony scenografii i rekwizytów wygląda - zorganizowali producenci przecież taką bodajżę Temprę w pierwszej scenie, a dalej rządowe Lancie, Mesia 190 i te wszystkie Poldki, a nawet atrybut wiejskiej przedsiębiorczości czyli Tarpana. Atmosfera brutalnej transformacji wywleczona na wierzch wyraziście została, więc kłują w oczy zapewne nieznające okoliczności pokolenie wszystkie te bazarowe surowizny z przymierzaniem spodni na kartonie, wypożyczalniami VHS-ów - ogólną siną brzydotą otoczenia i ludzkich istnień zmęczonych udręką rozczarowania brutalnym kapitalizmem, wciąż w peerelowskiej skórze. Jestem pod wrażeniem tak samo mocno pracy stylistycznej jak i zawartości treści w treści, bo historia opowiedziana została bardzo sprawnie i co najważniejsze z głębią. Z dobrze opisanymi postaciami, ich motywacjami, dramatyczną przeszłością i z przyszłością jak na owe czasy pod dużym znakiem zapytania. To naprawdę jest pod względem analizy sytuacji i ludzkich losów kronikarskiego zacięcia na bardzo wysokim poziomie wiarygodności robota i tym samym może pobudzać skojarzenia z takim Długiem Krauzego, gdy mowa też o anomijnej najtsiowej gangsterce. Naturalnie zdecydowanie nie tak młody Lubaszenko poza tym całkiem spoczko, a ta sugestyjka z promowanymi w wypożyczalni video Pasikowskiego Psami, a nawet nawiązanie do nich przez pryzmat roli starego Lubaszenki bardzo ok. Olaf to tu też ubek, tylko dla odmiany z niższego rozdania, lub z mniejszymi plecami, więc niezweryfikowany. Fachowiec jak się patrzy, stary doświadczony pies z intuicją, z kontaktami i w teorii w szczwanym planie rozstawiających piony po szachownicy, kolejną szansą na nowe zawodowe życie w branży, po zmianie optyki politycznej. Jednak aktorsko zjadają go tak Wiktoria Gorodeckaja, jakby żywcem z epoki wycięta oraz Jędrzej Hycnar - wcielający się koncertowo w postać niejednoznaczną. Nie powiem żebym nie był rozentuzjazmowany, bo to nie było takie na bieżąco się w naszym grajdołku pojawiające znakomite kryminalno-społeczne kino z mocnymi emocjami.
P.S.1. Tak sobie jeszcze nie pierwszy raz jako stary dziad wspominając najtisy kminie, że ja jako nastoletni smarkacz nic tak naprawdę o kontekstach tego co mnie ówcześnie otaczało nie wiedziałem. Dorastałem już fartownie w czasach wolnej Polski, lecz poniekąd szczęśliwie lub pechowo byłem wciąż za dziecinny by mieć świadomość, że to najlepszy moment był by coś bogatego ugrać dla siebie, bądź błyskawicznie skończyć z nogami do przodu, gdybym akurat czuł zew powabnego ryzykownego biznesu. Domniemam więc, iż Napad to nie tylko bardzo rasowy kryminał, ale też okazała przypowieść z morałem.
P.S.2. Na koniec w filmwebowej zakładce, gdzie o Napadzie zawodowa krytyka się wypowiada doczytałem - między innymi cytuję że: "chaotyczne narracyjnie, pozoranckie, nie dość ociosane, pełne deklaracji bez pokrycia na ekranie i niestety, cokolwiek asekuracyjne." Zatem sam już nie wiem - sami sobie zdecydujcie.
niedziela, 20 października 2024
Mother's Cake - Ultrabliss (2024)
Nieco z przyczajki, jednako zanim Ultrabliss wyszedł pojawiły się single, lecz stosunkowo niewielka odległość czasowa dzieliła je od premiery długograja. Bez w sumie mimo wszystko zaskoczenia, bowiem przecież Cyberfunk! ujrzał światło dzienne już cztery lata temu, więc czasu ekipa miała na tyle sporo aby napisać kolejne numery - obrobić je w sensie doszlifować, zarejestrować i puścić w obieg. Siłą rzeczy zawartość nowego longa porównuję z tym co przed czterema laty na płycie się znalazło i mam pierwsze wrażenie, iż najnowsza porcja dźwięków jest znacznie mniej postępowa w stosunku do tego co co No Rhyme No Reason, a Cyberfunk! dzieliło. Wówczas ewolucja była bardziej odczuwalna, a nosiła znamiona większej ogłady brzmieniowej i ukierunkowania na przebojowość - rzecz jasna nie rezygnując z właściwej nucie Mother's Cake surowej żywiołowości, a wyłącznie traciła na mniejszym pociągu do improwizacji. Tutaj też widzę cechę charakterystyczną Ultrabliss, że tak jak w przełomowym roku 2020 skompresowali manierę kompozycyjną, to taki już na pierwszy rzut oka/ucha otwieracz w postaci Clockwork sugeruje jasno, że kochają szaleństwo i nie do końca w ramach zwykłej piosenkowości mają zamiar funkcjonować. Nowe jest swoistą hybrydą psychodelicznych odlotów w kierunku zakręconych, hipnotyzująco atmosferycznych fraz oraz mocnym, surowym rockiem z istotą w postaci jednakże mega flowu i ekstra groove'u, które płyną ze współpracy basisty z perkusistą. Dudniący bas i nabijająca swingujący rytm perka plus charakterystyczny zadziorny smarkaty wokal, powodują że nuta posiada pancursko szorstki walor funkujący (w odróżnieniu od funku żenionego z soulem), kiedy szczególnie wiosło zaczyna zapodawać w hippisowskim klimacie lat siedemdziesiątych. :) Ultrabliss jest gęsto utkany tak jak powyżej dałem do zrozumienia z inspiracji psychodelicznych, bluesowo-funkujących i garażowo rockowych i kolejny raz przyznaję, iż nie rozumiem dlaczego ta ekipa jest wciąż tak stosunkowo mało znana, gdyż doskonale najzwyczajniej zlepia w swój własny styl najlepsze ze wspomnianych stylistyk. Bezczelnie przebojowy vibe sąsiaduje z popisami instrumentalnymi, a nad wszystkim panuje kapitalny aranż - idealne wyczucie frazy i wyobraźnia muzyczna nieprzeciętna. Numery uroczo bujają, by za moment pędzić lub się kapitalnie rozpędzać, bądź wręcz szokują znakomitą biegłością instrumentalną, korzystając z pomysłów połamanych/złożonych strukturalnie. Na koniec zauważę jeszcze tylko, że Mother's Cake jest dla mnie obecnie tym czym był Wolfmother kiedy jeszcze Andrew Stockdale miał ochotę grać z kumplami z zespołu. Austriacy wciąż doskonale odmładzają muzykę przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a Wolfmother tak samo świetnie niegdyś to robił.
środa, 16 października 2024
Pod wulkanem (2024) - Damian Kocur
W sumie nie znam z autopsji wszystkich ważnych gdyńskich “tegorocznych” tytułów, ale wiem że nagroda dla Holland przez perspektywę branżowego kolesiostwa i ideologicznej mściwości śmierdzi - śmierdzi politycznie i lekko zaciąga tandetą artystycznie, bo to film bardzo dobry, ale skażony jednak reżyserskim szablonem i lewacką naiwnością, jak bym daleki nie był od sympatii prawicowych. Nie wiem czy Wrooklyn Zoo hipnotyzujący i czy Dziewczyna z igłą naprawdę jest obrazem wybitnym, ale już wiem że Pod wulkanem kontra Zielona granica, to ze trzy do zera dla filmu Damiana Kocura. Tak jak w jednym memisku do zrozumienia dano, iż gdyby to był Kotzur czy Couture, to branża by zupełnie inaczej jego twórczość oceniała i nagrody by się sypały. Ja jestem jak najbardziej po stronie Damiana i nie od dziś trzymam z nim sztamę, gdyż Chleb i sól doceniałem będąc już wówczas pod wrażeniem niezwykle czystej formalnie maniery reżyserskiej, która w przypadku Pod wulkanem także świadczy jak najlepiej o talencie reżyserskim jego właściciela. Stworzył on bowiem znakomite surowe (w sensie bez sztuczek fabularyzujących i przedramatyzowujących) studium sytuacyjne, przede wszystkim z perspektywy nastoletniej przeżywane, a jednocześnie w ujęciu rodziny całościowo rozpatrywane, gdzie bez tłumaczeń absolutnie klarowne emocje każdej z postaci, a dialogi tak naturalne jak tylko możliwe. Warunki urlopowe, a myśli wojenne - daleko od koszmaru ciałem, lecz duchem w jego epicentrum. Milczący krzyk, kotłowanie się myśli pod wpływem skumulowanego we wnętrznościach stresu. Bezradność, bezradność i jeszcze raz bezradność wobec sytuacji - bez względu jak bardzo z dzisiejszej perspektywy wydaje się, iż inwazja na Ukrainę była nieunikniona, tak wówczas gdy się miała teoretycznie rozpoczynać, to zapewne garstka zwyczajnych ludzi taki tragiczny obrót spraw zakładała, więc proszę wybaczyć i się nie wymądrzać. Łatwo oceniać post factum - trudno zakładać najgorsze scenariusze, gdy instynkt samozachowawczy raczej wbrew faktom optymistyczne z natury podpowiada. Bolało mnie serce po seansie, byłem po wygaszeniu ekranu dziwnie niespokojny. Noc miałem też trwożnie koszmarami wypełnioną, bez względu na ich tematykę i możliwe do zinterpretowania konotacje seans z pewnością na ich pojawienie też wpłynął, a jeśli nawet nie wpłynął bezpośrednio, to na pewno on się odkładając, nie pomógł w odnalezieniu spokoju. Wielkie istotą emocji kino nie krzyczy Ci do ucha - uwaga uwaga, ej popisuje się przed tobą! Ono przykucnie sobie i poczeka aż dojrzejesz aby je dostrzec i docenić. Nic nie sugeruje, ale coś mi tu wygląda że narodził się szef planu, który nie potrzebuje jakiejś “szumowskiej” kampanii promocyjnej aby zagościć w moim serduchu. Wystarczy mu wizja i realizacja wizji w formule niemal dokumentalnej z narracją jaka nie jest tuningowanym wymysłem jego, do której trzeba z zewnątrz dolewać paliwa. Tutaj wystarczy uwolnić tkwiącą silę w następstwach przeżyciach, stosunku i relacjach. Trzeba umieć być za kamerą tak, aby nie zagłuszyć tego co wyraźne lecz nieśmiałe. Tego co z dojrzałą klamrą, artystycznym sznytem metaforycznym (zdjęcia oceanu i ostre montażowe cięcia) oraz przejmującą ciszą na koniec wyrażone.
wtorek, 15 października 2024
Kulej. Dwie strony medalu (2024) - Xawery Żuławski
Jak chcesz bracie robić to po amerykańsku, to nie rób tego na pół gwizdka! Wyszło bracie dobrze, ale w zasadzie na trzy gwizdka czwarte – do bólu schematycznie, z kompilacją scen inspiracyjne korzystających z hollywoodzkich hiciorów. Było więc w parze i w sekwencji grupowej choreograficznie fajnie tanecznie, z gestami wprost z filmów o sławnych i bogatych, było i też wmontowane archiwaliów sporo. Szałowo i dramatycznie było - z emocjami w ringu i w życiu prywatnym oraz bardzo konkretnie z kontekstem polityczno-historycznym, jaki za sprawą między innymi postaci Pułkownika Sikorskiego dał jasno do zrozumienia, że życie, czasem po prostu surowa egzystencja oraz postawy w PRLu, to nie było jakieś czarno-białe złe i dobre, tylko mnóstwo odcieni w codziennych kompromisach. Kuleja kojarzę od łebka jako gościa z konkretnym przekonaniem na niewyparzonej gębie i raczej bezkompromisowego w ocenie. Kuleja bowiem pamiętam medialnie już z czasów potransformacyjnych, czyli raczej specyficznie sympatycznego pół staruszka i jakoś nigdy nie odczuwałem potrzeby zgłębiania jego legendy, stąd zarazem obraz przez młodego Żuławskiego na potrzeby kina komercyjnego przygotowany tak mnie nieco zaskoczył, jak mogłem się w sumie spodziewać, że gdzieś za tym walącym słowem prosto w ryj tak skutecznie jak pięścią z mojej pamięci facetem musi się kryć niekoniecznie służąca jego legendzie przeszłość. Jurek tutaj nie został absolutnie wybielony, choć cholera wie czy z jego charakterem narcystycznym raczej, nie miałby pretensji do Żuławskiego, ale też w ogólnym rozrachunku wygrywa on w tej o nim opowieści, nie wyłącznie dwa złote medale olimpijskie, ale kończy jako swoimi manewrami życiowymi pokiereszowany, ale jednak facet z zasadami i facet ponad wszystko oddany rodzinie. Prawda że uczciwie i z szacunkiem oraz z wyrozumiałością to potraktowanie mojego sławnego częstochowskiego ziomala? Gościa z krwi i kości niedoskonałego i podatnego na sławy przywileje, rzutkiego sukinkota z charakteru, niepoukładanego lecz tak jak pogubionego tak zahartowanego i z taką pasją w ringu, że ja mu wybaczam słabości i jestem pewny, iż każdy kto obejrzy ten nasz rodzimy hit sezonu, także nie będzie się wychylał by Mistrza krytykować. Niby w tytule ten Jurek, ale myk przebiegły tego filmu polega na tym, że bohater z plakatu na przodzie sceny, a wyostrzone jego tło, w którym główną rolę odgrywa małżonka, Pani Helena. Dlategóż wprost odbieram przesłanie jako zasłużony hołd dla tej charakternej babeczki, niż dla Jurka i uznaję iż prawidłowo, bardzo prawidłowo, bowiem kolejny raz istotą szczęśliwego faceta odnoszącego sukcesy ta właściwa kobieta, z odpowiednimi dyspozycjami psychicznymi, cechami osobowościowymi. Oddana ale wymagająca i bez względu na wszystko uczciwe wspierająca - jakiej myślę niejeden doświadczony nieudanym związkiem typ takiemu farciarzowi zazdrości. Tym bardziej, kiedy w tej roli ktoś tak ponętny jak Michalina Olszańska, w scenach tanecznych i świetnie skrojonych kostiumach prezentująca się zjawiskowo. W ogóle to ja myślę, iż odrobinę może przesadzono z tą urodą zaangażowanych panien, bo aż za często trudno było się skupić na wszystkim innym poza ich fantastycznymi walorami, więc i męskie role drugoplanowe jakby nie były wyraziste, to po seansie u mnie jednak w pamięci przegrały. :) Tym bardziej że Żuławski wtłoczył tu wszystkiego po korek i jeśli nawet się nie ulało, bo scenariusz sprawnie został uszyty, a ścieg użyty żaden najbardziej toporny, to niby cztery tylko lata z życia Mistrza mogły bogactwem wydarzeń i kontekstów nasileniem nabałaganić w głowie, w sensie o zawrót przyprawić. Zamykając wrażeń serię, mam jeszcze takie przy okazji bokserskie skojarzenie, że wyszło filmowo porządne kino aspirujące do blockbustera (na nasze warunki), ale bez przesady, bo ja nie wypełzałem z kina posłanym na deski. Trochę tych koncepcyjnych ciosów najzwyczajniej powietrze młóciło, niczym te serie naparzane na korpus odtwarzane na podstawie najważniejszych Jurka ringowych pojedynków. One efektownie wyglądały, ale większego wrażenia emocjonalnego nie wywoływały.
P.S. Spróbuje jeszcze zamiast w zdań kilkunastu, to w jednym zdaniu. Mianowicie choć ostatni chyba raz w takiej popularnej konwencji coś równie dobrego widziałem, gdy o Relidze Palkowski opowiadał, to szczerze Żuławski w żadnym momencie, modelowego hiciora sprzed dekady nie przeskoczył. A była okazja - oj była!
poniedziałek, 14 października 2024
Rzeczy niezbędne (2024) - Kamila Tarabura
W towarzystwie samych babeczek przybyłych z psiapsiółkami, w warunkach komfortowych, bez ciasnoty, w porywach dziewięciu osób w kinie ten seans odbyłem. Poczułem naturalne przez moment zagubienie, jakbym znalazł się w złym miejscu o złym czasie - zadałem sobie w myśli pytanie, czy nie wybrałem filmu kompletnie niemęskiego? :) Żarty na bok jednak, bowiem temat absolutnie nie do śmiechu na ekranie był podniesiony - dorosłych zmagania z cieniami z dzieciństwa. Powaga pełna i obraz będący porządnym dramatem, bez jednak wyjątkowego sznytu reżyserskiego. Pod tym względem tylko poprawnie, lecz aktorsko z mocnymi kreacjami duetu urodziwego - naszej eksportowej Dagmary Domińczyk i krajowej Katarzyny Warnke, wspieranych doświadczeniem teatralnym Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik. Mogło być więc to studium znakomite, ale w stu procentach takie nie było. Mnie raz wciągało i po scenach o wysokim stężeniu emocji gdzieś gubiło. Wątki bardzo ciekawe przeplatały się z tymi zbyt obowiązkowymi, tak jak sceny głębokie z raczej płaskimi, a to co w merytorycznym centrum, bywało przesłaniane wizualnymi przewidywalnymi wypełniaczami w postaci, a jakże walorów Katarzyny. Bez względu na raczej standardowy sznyt produkcyjny i scenariusz nierówny, to nie sposób zarzucić tej historii autentyzmu i celnych analiz, a sama puenta ze słoikami to już strzał w sam środek tarczy. Te pieprzone słoiki zadośćuczyniające, jako symbol wstrząsający mechanizmu wypierania oraz tuż przed finałem scena rozmowy obnażająca sposób myślenia i bezrefleksyjny, samoczynny proces ofiary stygmatyzowania. Przecież jak człowiek nie jest zrównoważony, to mu się nie wierzy, bo on odpierdala i mota się – wk**** i rozsiewa wokół siebie toksyczne fluidy. Litości k****! Warto, bardzo więc warto było niemal nocą pognać do kina, bowiem to uniwersalnie i niejednowymiarowo o traumie - szczególnie jeśli potrafi się doczytać między wierszami i tym bardziej zna się podobny niepokój z autopsji, czując co to okaleczenie z dzieciństwa i uparte wypieranie tegoż przez rodzica. Wtedy można poddać to co na ekranie próbie autentyzmu, a że niemal każdy z okresu pacholęcego wychodzi z obciążeniami, to pozostawiam tu niemal wszystkim rekomendację. Dorosłym tkwiącym dla zguby własnej i rodziny w dzieciństwie, w pierwszym rzędzie.
niedziela, 13 października 2024
Oranssi Pazuzu - Muuntautuja (2024)
Stawiam tezę, iż jeśli delikwent raz w życiu wdepnął w ekstremę i nie istotne jak bardzo na poważnie było to brodzenie w smolistym brutalnym graniu, to nie ma opcji aby na zawsze nie pozostawał wrażliwy na sound takiż, bez względu na fakt, iż lata ewolucji czy też rewolucji w wybieranych gatunkach mogły go od sieki oddalić. Takie mam przemyślenie, bowiem jak obserwuję siebie i widzę wyraźnie, iż z fana metalu stałem się bardziej fanem może niestandardowego, ale jednak w brzmieniach i produkcji bardziej rocka, to zdarza mi się od czasu do czasu ulec dawnej słabości na umownie uznając dźwiękową miazgę. Być może Finowie z Oransi Pazuzu nie są idealnym przykładem ekipy mega brutalnej, ale już wiązani są z black metalem bezdyskusyjnie, a ja z "czarną sztuką" od lat mam niewiele styczności i oprócz przywiązania do kolejnych wydawnictw Satyra i Frosta w sumie nic mnie w gatunku nie pociąga. Fakt, nie chwaląc się wiem co tam poniekąd w zgniłej, zatęchłej trawie stylistyki piska, bo przecież korzystając z rekomendacji nuty dość jak na obecne czasy awangardowej i zaczytując się w pozostałych jeszcze na rynku papierowym periodykach z branży, nie trudno być w miarę w temacie. Mimo wszystko akurat to nie moja ścieżka jaką obecnie podążam i że kolejny album Oranssi mnie wkręcił jestem lekko zaskoczony, lecz myślę iż zapewne będzie to casus podobny temu jaki wiąże mnie ze Szwedami z Cult of Luna, których krążki śledzę i cenię, jednak na dłuższą metę wracać systematycznie nie zawsze mam ochotę, więc i w corocznych podsumowaniach traktuje ich nie w pełni tak poważnie, jakby ich artystyczne dokonania zasługiwały. Przepraszam tez odpowiedzialnych za Muuntautuja, że sytuacja wyglądać będzie bliźniaczo i po tym jak dam teraz jasno do zrozumienia, że to co obecnie nagrali mnie przyciąga i hipnotyzuje, to te szamańskie akcje częstsze i intensywniejsze, tylko mógłby mnie skrzywdzić psychicznie, więc na dystans, z uważnością i ostrożnością je! Bowiem to nuta która może być niebezpieczna i wymaga odpowiedzialności, a że ja biorąc pod uwagę doświadczenie życiowe nie mam już w zwyczaju nazbyt ryzykować zatopienia w mroku, to tak jak wyżej i też swoje przekonania o omawianym sprowadzę do raczej lakonicznych i dryfujących gdzieś na marginesie słów składających się na zdania, będące rzecz jasna wypadkową zdatnych do wyartykułowania uczuć. Tak samo kręcąc się jedynie gdzieś daleko od sceny i dopuszczając do siebie tylko jej wyjątkowe echa, to trudno mi super merytorycznie odnieść się do miejsca Oranssi we współczesnych odpryskach black metalowych. Słyszę iż jest to obecnie zespół stawiający na klimat mantryczny, a oprócz chwilowych brutalizacji i przede wszystkim skrzekliwego wokalu, swój sznyt widzą w decydującej roli syntezatorów, jakie kapitalnie budują chory złowrogi klimat. Nuta wchodzi człowiekowi pod skórę, jest sugestywna i cholernie niepokojąca oraz rozwija się podług transowych zasad, stąd nazwanie jej podbitym industrialem (zgrzytliwym i mechanicznym) psychodelicznym około black metalem wydaje się uzasadnione. Innymi słowy Oranssi Pazuzu najzwyczajniej mnie intryguje, a teraz kiedy wybrzmiewa Vierivä usva, to tak na marginesie jest im bardzo blisko atmosferycznej strony Cult of Luna. Tylko jedni jadą po całości na potężnym riffie, a drudzy akurat obecnie riff raczej uznali za element wspomagający - zwiększający siłę bitu.
piątek, 11 października 2024
MaXXXine (2024) - Ti West
Finał serii - trylogii domknięcie. Jeśli dwie poprzednie znacie – dobrego, mocno stylizowanego kina wymagacie! W sensie przywołania na ekran pożądanego klimatu, to jest bardziej ejtisowe od każdego jednego ejtisowego filmidła, gdyż zgodnie z koncepcją karmiąc się wszelakimi wypryskami tejże kiczowatej popkultury, tworzy w pigułce kompilację wszystkich jej cech. Szanuje ale zaskoczony nie jestem bowiem jak Ti West już ducha przywołuje, to nie ma ch we wsi - musi być pod względem wizualnym i muzycznym (ale te hity nie są aż tak oczywiste) sztos i basta! Tak typ potrafi aromatyczną esencję zaparzyć - już przecież dwukrotnie przecież skutecznie udowadniał! Problem chyba jednak tkwi w (tak to słowo jest lepsze) SZKOPULE, że po raz trzeci człowiek czyni to, co mocno zaskoczyło i mocno wstrząsnęło jeszcze w przypadku otwarcia i pierwszej kontynuacji, a teraz pomimo kombinowanego na dwa czy trzy sposoby zakończenia, to jednak w niczym nie mogło zadziwić. Kwestia przyzwyczajenia i poprzeczki jakiej wyżej ustawić się nie dało, bo zwyczajnie te dwa drągi na których umieszczona maksymalnie wcześniej zostały wydłużone. Zatem tandetnie przewrotny finał bardzo OK, jednak chyba się rozumiemy - bez zaskoczki czy jak jej tam! Rzecz ogólnie zrobiona z rozmachem, a zachowawczo mimo to, bowiem konwencja ramy narzuciła, a wyobraźnia oczywiście została mocno w ruch wprawiona, jednako nie mogła naturalnie pójść dalej niż dorobek w latach osiemdziesiątych kina popularnego pozwalał. Scenariusz zdobny w nawiązania, równie bogato jak rzeczona powyżej strona atmosferyczna. Formuła hybrydowa, gdzie horror klasy B spotyka wtręty z branży porno, a wszystko w histerycznym sosie satanistyczno-bogobojnym, gdzie jeszcze wątek kryminalny rozwiązuje para modelowych gliniarzy. Świat video rozrywki z marzeniami o sławie i na koniec coś co mógłbym nazwać niepokojącą metaforą.
czwartek, 10 października 2024
The Substance / Substancja (2024) - Coralie Fargeat
Raport sytuacyjny nie natychmiastowy, uleżeć bowiem to co może z początku uwierało się musiało lub oswoić się była konieczność - przetrawić ten ciężki jak ołowiany klocek krwistego mięcha kawał. Tytuł to co zdobył szeroki rozgłos, odbił się donośnym echem, osiągając poziom jaki zapewnił scenariuszowi elitarne laury, lecz jak to często bywa gdy obraz w atmosferze kontrowersji czy wręcz szoku uznanie zdobywa, nie było pewności że kino agresywne formalnie zdobędzie też u mnie przychylne przekonanie. Tak że niby zachowywałem zdystansowane, zdroworozsądkowe podejście, a jednocześnie oczekiwania gigantyczne gdzieś głęboko schowane wciąż we mnie pulsowały, natomiast spieszę wreszcie donieść, iż odczucia rzeczywiste z autopsji mam teraz dość mieszane. Myślę iż do połowy nie byłem przekonany, od połowy momentami czułem się porwany, natomiast finał mnie rozśmieszył, aczkolwiek był metaforycznie i symbolicznie okazały. Jakaś klamra na siłę i ostatnie dwa kwadranse, które mógłbym dosadnie podsumować, iż reżyserka oszalała. Wracałem mimo to z kina z tym filmem w czachę wbitym - nie mogłem zgasić na mordce absurdalnego uśmiechu (tak tak, bo ja to tak z kampowymi mam body horrorami), ale nawet jeśli czułem zażenowanie przerostem formuły, w sensie obcowania ze spektaklem świadomie, ale jednak niegustownie przegiętym, to miał on w sobie bezdyskusyjnie coś wartościowego do przekazania (Elisabeth Sparkle za oczekiwania tak jak najgłośniejszy ostatnio Arthur Fleck płaci) i zryje zapewne tak aby wyostrzyć perspektywę co niektórym banieczkę. Gdyby przyciąć sporawo nadmiernego, powstrzymać wizualny obłęd nieco, to by Substancji na dobre jedynie wyszło i szerzej do mas mogłaby przemówić. A tymczasem rzekłbym, iż stała się bardziej przyciężkawą próbą oswajania w mainstreamie wizualnego kiczu, a wręcz skierowana do elit kinofilskich, dodawania temu kiczu waloru artyzmu. Nie znam się na gatunku (wspominany w kontekście tak Cronenberg jak Lynch), raczej poniekąd wybiórczo ikoniczne produkcje poznaję, wiedząc jednako iż nie pierwsza to taka próba i kina historia zna twórców, którzy starli sobie szkliwo dążąc do zaszczepienia formuły pośród wzorcowo mainstreamowej widowni. Za odwagę duży plus, za scenariusz ocena państwowa z plusem (gdzie mu tam do wzorca bani rylca w postaci Requiem dla snu), a za całokształt realizacyjny dobry z dużym plusem. Wyróżnienie jeszcze dla powracającej w nareszcie ważnym filmie Demi Moore i baaardzo fajniusio karykaturalnie obleśnego Quaida oraz dla tej panienki, która do tej pory za cholerę z podobną aktorską twarzą mi się nie kojarzyła.
P.S. The End - było i się odcisnęło, ale minęło w sumie po jakichś 12 godzinach. To też jakiś rodzaj recenzji!
środa, 9 października 2024
Lee / Lee. Na własne oczy (2023) - Ellen Kuras
Potwierdzę i zaprzeczę teraz zarazem. Potwierdzę iż Kate w zasadzie przejmuję bardzo naturalnie dominację i zaprzeczę, że jakoby przejmuje ją na wyłączność, nie pozostawiając miejsca dla innych znanych współcześnie aktorskich twarzy i tym bardziej warsztatowej wprawie speców od wizualnego filmowego dobra. Kate w skórze Elizabeth „Lee” Miller zdaje się jak na możliwości aktorskiego odtworzenia postaci niebywale wyrazista i autentyczna, a wiedza ta nie pochodzi z osobistej autopsji, tylko internetowych komentarzy osób które autentyczną bohaterkę mogły poznać osobiście, bądź kojarzyły ją z opowieści owych. To wielki atut tejże biografii, ale także nim kapitalne role drugoplanowe, że zwrócę uwagę przede wszystkim na kogoś tak interesującego jak Andrea Riseborough - szczególnie, iż wyrasta ona na aktorkę o niesamowicie szerokiej możliwości obsadzania, kiedy spojrzę na ostatnio ją widzianą w tytułowej kreacji w Dla Leslie i obecnie zupełnie od niej odbiegającą u boku Kate Winslet. Brawa gromkie - jej emploi się poszerza, a już i tak dotychczas było imponujące. Ponadto wyróżnię na plus rzecz jasna jeszcze zdjęcia Pawła Edelmana i dodam, iż najsłabszą stroną tego do bólu klasycznego biopicu jest scenariusz - schematyczny, a przez to w konwencji raczej przynudzającej. Przynudzającej bez względu na fakt, że przedstawione wydarzenia raz idylliczne z przedwojennej Francji, dwa wojennej perspektywy tak francuskiej jak brytyjskiej oraz powojennej Europy zachodniej i najbardziej intensywnie wschodniej (wojna od zaplecza i w oku cyklonu), potrafią tak przygnębić, jak poruszyć. Mnie całościowo poruszyło, choć klasycznie szlachetnie, a ja bym to zamiast w palecie zdominowanej przez brudną zieleń, przynajmniej w scenach retrospekcji widział raczej w czerni i bieli (niczym ujęcia fotograficzne bohaterki) oraz bardziej odważnej tonacji artystycznej. Podobno Lee była jeszcze bardziej oryginalna i ekscentryczna (patrz sesja w łazience führera) w rzeczywistości, więc zasłużyła myślę na upamiętnienie bardziej wgryzające się w psychikę i pamięć.
wtorek, 8 października 2024
Alien: Romulus / Obcy: Romulus (2024) - Fede Álvarez
Rozmnożyło nam się w ostatnim dokładnie lat tuzinie tych Obcych. Nastąpił renesans serii po tym jak w 1997 roku wydawało się iż została ona ostatecznie złożoną w grobie, lecz nie ma takiej bariery nie do pokonania, która jak widać mogłaby finalnie zakończyć multiplikacje, bo jak nie prequel to sequel, a ten obecny Alien Romulus, to właśnie to drugie i już daje jasno do zrozumienia, iż bardzo udany w mym zazwyczaj maksymalnie subiektywnym przekonaniu. Tak, to jest oczywiście kompilacja wszelkich motywów z poprzednich produkcji, ale nastawiona na korzystanie z szablonu bardzo klasycznego, a co mnie najbardziej cieszy, gdzie stawia się na tradycyjne metody wywoływania możliwego autentyzmu, poprzez zastosowanie techniki makiet, bądź czegoś co owe przypomina, a w ich powstaniu grafika komputerowa tylko pomaga, a nie agresywnie przejmuje inicjatywę. Już od początku świetnie czuć ten quasi makietowy klimat, a i w kwestii zastosowanej metody fabularnej autorzy skorzystali z rozumu i powrócili do źródła pomysłu. Stąd Romulus totalnie rezygnuje z hiper intelektualnych kombinacji na wzór Prometeusza i zdecydowanie może się podobać podstarzałym fanom Ósmego pasażera Nostromo, kojarząc się chyba właśnie najbardziej z pierwszą częścią, szczególnie gdy postać ikoniczna się pojawia. Ja jestem na tak i jestem mocno zaskoczony, iż dałem się tak łatwo w mroczna kosmiczną otchłań wciągnąć. Trudno chyba jednak mi się dziwić, gdy raz klawy pomysł przykładowo z grawitacją i kwasem zastosowano, a same ksenomorfy zrobione zostały świetnie, wraz ze scenografią i podkreślonymi powyżej całościowo naturalistycznymi efektami specjalnymi. Nie bez znaczenia okazało się też może zaangażowanie jednej z moich ostatnio ulubienic i dzisiaj jeszcze wschodzącej wciąż gwiazdy, a w przyszłości coś mi podpowiada aktorki, która może pójść szlachetna drogą rozwoju na wzór Kate Winslet. Mowa o uroczo dziewczęcej Cailee Spaeny - innej, ale też zdeterminowanej Ripley. :)
poniedziałek, 7 października 2024
Joker: Folie à deux (2024) - Todd Phillips
Na dwa dni przed ogólnoświatową premierą na pełnej mnie z netu straszyli, ściągając i udostępniając wiedzę, iż Folie à deux zbiera mocno polaryzujące opinie, że tak okazał się największym tego roku rozczarowaniem i z drugiej strony (na całego skrajnie), iż to znakomita jest kontynuacja. Więcej dodam, bo mianowicie pojawiła się taka jedna recka nasza swojska przedpremierowa, w której młodociany redaktor z akademickim papierem z filmoznawstwa uznał Szaleństwo we dwoje za „pustą skorupę” i totalnie żałował tak jej czasu poświęcenia, jak swego retorycznego talentu i intelektu wybitnego na jej wielowymiarową analizę. W takiej więc atmosferze oczekiwania na kompletną porażkę, poddany sile sugestii kształtującego gusta, dorastającego i pokory nie uznającego obecnie pokolenia, nie mogłem być spokojny. Zacisnąłem zatem zęby najsilniej jak potrafiłem gdy otwierająca sekwencja kreskówkowa się pojawiła, z nadzieją iż przetrwam tą torturę na którą świadomie się naraziłem - inwestując także własny czas, a dodatkowo za friko spisując później refleksję w postaci quasi recki, bo każdy kto mnie osobiście zna, wie jak bardzo robię to pro publico bono i jak nie wierzę we własne siły w tym temacie by później obsesyjnie przeżywać każdą krytyczną uwagę wobec forsowanego wątpliwego jakościowo stylu anty literackiego. Do rzeczy jednak, bardzo proszę szoruj M natychmiast! Jako M który liczy po cichu że zna się odrobinę na kinie, donoszę zatem w pełni poczytalnie, iż to co miało mnie utwierdzić w czyimś rozczarowaniu, to mnie zachwyciło w moim mniemaniu, więc napiszę wartko a krótko - Joker 2 jest doskonały! Najwyraźniej bardzo mi się ta koncepcja z muzyką opowiadającą gro tej historii przypadła do gustu i forma musicalowa jaka jeszcze jakiś czas temu, gdy się o pomyśle dowiedziałem nie przekonywała, tak tak dzisiaj jestem przez nią w tej kontrowersyjnej wersji totalnie kupiony. Gapiłem się bowiem w ekran zahipnotyzowany i z zapartym tchem na pozbawiony grama taniej rozrywki (w rozumieniu, z jakimiś funta psich kłaków nie wartymi pod publiczkę fajerwerkami na przodzie sceny) obraz szczegółowo przemyślany, z koncepcją kompletnie wypinającą się na potrzeby sympatyków komiksowych idei, czyniąc ich zarazem wraz ze współautorem scenariusza nieświadomymi uczestnikami przesłania i wydarzeń. Za odwagę przytulam, za błyskotliwy skrypt bym ozłacał, za psychologiczną wnikliwość i wielowarstwową ocenę socjologicznego fenomenu dawał miejsca w konferencjach akademickich w temacie, a za odpowiedzialność, co by z postaci Jokera raz nie zrobić li wyłącznie szołmeńskiej ikony popkukltury na wzór z innych marvelowych czy tych bliższych jego pochodzeniu bohaterów zbiorowej smarkatej świadomości, jak i nie inspirować zagubionych, zaburzonych, sugerowałbym dziękczynną interwencję psychologów pracujących z dotkliwie poturbowaną młodzieżą. Stawiam takie postulaty, gdyż moja teza poseansowa sprowadza się do przekonania, iż Todd Phillips zrobił film jeszcze bardziej odstawiający na bocznice publiczność żądną hollywoodzkiej rozrywki, a postawił na publiczność doszukującą się, poszukującą w kinie zaspokajania potrzeb dużo wyższego rzędu, gdzie liczy się przekaz intelektualnie ekscytujący, a nie szorowanie po dnie łopatologicznym, przy wtórze wybuchów i pościgów. Nic dziwnego że ja obecnie wielbię Phillipsa za ten kierunek i za tą odwagę stylistyczną, że nie zrobił z „dwójki” sensacyjnego gniota, tylko pełnokrwisty dramat psychologiczny z sądowym wątkiem porywającym tak intensywnie, jak niewiele dotąd w historii kina produkcji w jakich takiż się pojawiał. Przygotował materiał oddziałujący i wciągający niczym najlepszej jakości thriller, a opakował go w formułę nawiązującą do musicalowej tradycji - przez co fenomenalnie urozmaicił raczej „gadane” oblicze, obliczem niby też gadanym, ale do akompaniamentu dźwięków standardów muzycznych i tym samym na kolejnym poziomie wizualno-lirycznym docierając z przekazem do widza. Żeby nie pominąć i nie narazić się na wytykanie takiegoż zaniedbania spieszę dodać jak bardzo do mnie trafiły wokalne popisy Phoenixa, jakie nic wspólnego nie miały z wypieszczonymi do granic przyzwoitości występami znanymi z większości musicali, jak też pragnę wyrazić uznanie dla Lady Gagi za idealne z nimi korespondowanie - wiedząc przeto, iż kobieta potrafi, bo mam czym zrobić warsztatowe wrażenie, a jednak powstrzymała się od zdominowania i więcej melodyjnie wyszeptała, niż z wykorzystaniem pełnego potencjału wyśpiewała. Tako też duet ten chciałbym wychwalić, bowiem bez mocy aktorskiej chemii oraz kapitalnie zaaranżowanej choreografii, sam przekaz analityczny nie miałby podobnej siły rażenia. Sposoby ich poruszania, język ciał i wreszcie tenże właściwy taniec w scenach quasi musicalowych to samo gęste dobro do pasjami wychwytywania i nim się rozkoszowania - jeśli oczywiście widz wrażliwy na te teoretycznie może nie pierwszoplanowe, lecz praktycznie niezwykle istotne detale. Suma summarum nie dostrzegłem jakiejkolwiek słabości (ja chyba tylko nie) w założeniach jak i w realizacji i na ten moment stwierdzam wprost lekko zaczepnie – lepszego filmu w sezonie nie widziałem. Jestem pod mega jego wpływem, ciesząc się iż Arthur finalnie się nad sobą i nami zlitował, a Phillips zlitował się nad Arthurem, Jokerem i nami, dostarczając obrazu o czymś i po coś, a nie dla czegoś wyłącznie finansowego.
P.S. Dodaje po kilku godzinach ścierania się z tematem i pojedynkowania z opiniami, iż uboczną wartością Folie à deux jest piękne odsiewanie amatorów efekciarstwa i podpinania się pod opiniowanie stadne, od (he he) skromnych, wyważonych miłośników (he he) kameralnej sztuki wysokich lotów. Poprzednie wejście Jokera zaskakująco ich/nas w podobnie wysokiej ocenie połączyło - obecne (bardzo się cieszę) przekornie pozornie, a przewidywalnie w zasadzie podzieliło. Ofiarnie tych pierwszych usprawiedliwiając - jeśli ktoś zasiadał w fotelu z nadzieją obejrzenia wypasionego blockbustera, to miał powody się zawieść. To też nie tylko przestroga dla naiwniaków, ale i dla przebiegłych niby, a w rzeczywistości niemądrze (he he) prowokujących reżyserów, aby nie próbowali NIGDY, PRZENIGDY więcej robić z ikony komiksowej, postaci z krwi i kości. Nie idźcie więcej tą drogą! Ludzie wychodzą z kina rozczarowani, a nawet zdruzgotani - jak ta Harley zawiedziona Arthurem. :)
niedziela, 6 października 2024
Blindead 23 - Vanishing (2024)
Wrażenie pierwsze, to przede wszystkim że mało. Mało materiału, gdyż nie ukrywam oczekiwałem longa, a dostałem mini - tak przez własne niedopatrzenie, bądź niedokładne wczytywanie się w njusy (możliwe możliwe) czekałem ja na format albumowy. Trzy numery pod rozszerzonym szyldem na znak zapowiedzi wkrótce powrotu w klasycznym płytowym wydaniu, jak przystało ekipie traktującej fana mega poważnie, a nie jak to obecnie coraz częściej ma miejsce, gdy muzyk-artysta zaspokaja apetyt słuchacza seriami singlów. Nie nie nie i kropka. Nawet mini albumy ja traktuje niepoważnie, choć bywa że trafiają się takie, które w tej formie idealnie wyczerpują temat - są zapowiedzią zmiany kierunku, przedstawieniem się ewentualnemu fanowi, tudzież jak w tym bodaj przypadku, wysondowaniem czy w ogóle ekipa po ogromnych zawirowaniach personalnych i startująca w sumie na nowo w nieznanych obiektywnie warunkach, może liczyć na zainteresowanie. Blindead jako marka chyba jednak nie musiało się obawiać zignorowania, bez względu na fakt iż rozczarowali za sprawą Ascension, namieszali pierwej stylistyczną niespójnością dosyć mocno, bowiem byli świetni w formule najstarszej, tej rozwiniętej interesująco i tej zdecydowanie z obecnością Nihila kompletnie duchowo odmiennej. Teraz następuje pierwszy sprawdzian pod szyldem z dwójką i trójką dodaną, a ja dumając jeszcze kilka miesięcy temu w którą stronę będą zmierzać, dzisiaj w sumie wiem niewiele więcej. Trzy numery i trzy numery zasadniczo różne, więc usprawiedliwione jest moje pytanie oraz domniemanie - czy przygotowywany długograj będzie raczej eklektyczny, czy może popularność wyraźna jednego z paczki Haunting-Let Them Speak-Void wyznaczy im główny azymut. W sumie taka rozkmina może być nonsensowna, bowiem szepta się iż w dużym stopniu long jest już w fazie dopieszczania, a nie poszukiwania dla niegoż koncepcji. Jeżeli moje zdanie wrzucone do wora z przekonaniami każdego dla kogo nazwa Blindead jest droga będzie miało znaczenie, to ja jestem jak najbardziej za różnorodnością, zatem chyba nie musze dodawać, iż ta trójca w każdym wymiarze mi siedzi i bezspornie zachęca do oczekiwania nadejścia Blindead w nowych szatach w wielkiej chwale. Wróćcie w tym ciekawym składzie z tej otchłani o której nawijacie w wywiadach i zafundujcie mi pozytywny opad k szczeny!
P.S. Gwoli ścisłości - maksymalnie subiektywnie otwarcie widzę/słyszę jakby ze środka czasu ich funkcjonowania, punkt kulminacyjny to niczym numer z jego początku, a finał jedna część ambientowego eksperymentowania z klimatem, jedna część faza Absence i jedna zaskakującej akurat ekstremy.
sobota, 5 października 2024
Dangerous Liaisons / Niebezpieczne związki (1988) - Stephen Frears
Nie mówmy w przypadku Niebezpiecznych związków o obsadzie, mówmy o obsadzisku, gdyż to było mega aktorsko sprofilowane w szerokim zakresie gwiazd zarówno uznanych (już markowych) i gwiazdek, które dopiero zaczynały błyszczeć. Jednako kiedy Uma Thurman i Keanu Reeves poprawnie ale obiecująco, tak Glenn Close w roli zblazowanej, podłej i mściwej, przepudrowanej markizy wypada kapitalnie i Michelle Pfeiffer jako słabowita Madame Marie de Tourvel przekonująco (poniekąd będąc matrycą dla roli Hrabiny Elleny Olenskiej), to Malkovich jawi się w formie ekstremalnie wybitnej. On tu Kawalerem godnym najwyższych odznaczeń, Panem ekranu od początku do końca zaiste i aż zakrawające na kpinę pozostaje niedopatrzenie, że bez oscarowej nominacji, gdy nawet w konfrontacji z Hoffmanem (Rain Man) miałby wówczas myślę szanse realne. Na podstawie sztuki/powieści autorstwa kogoś o skomplikowanym brzmieniu nazwiska i imienia, scenariusz Christopher Hampton przygotował (wcześniej przenosząc pierwowzór literacki na deski teatralne), a za reżyserie odpowiedzialny został najczęściej fachowy, jednak dość zachowawczy Steven Frears. Z tej współpracy powstał wręcz zjawiskowy, po angielsku wyartykułowany obraz o francuskiej bodaj XVIII-wiecznej arystokracji, czyli o towarzystwie znudzonym, które z braku bardziej pożytecznego zajęcia na całego knuje intrygi, by pilnować własnych interesów - pozycji i majątku, a najlepiej zaspokajać własne ambicje przez podłe łóżkowe kombinacje. Innymi słowy to historia gwałtów uznanych za działania konieczne oraz historia wyrafinowanej manipulacji zakończonej nieco paradoksalnym tragicznym happy endem w postaci dla jednej kanalii upadku, honoru całkowitej utraty, a dla drugiej spowiedzi i chyba nawet rozgrzeszenia. Z przesłaniem bodajże, iż zło dobrem zwyciężaj - pychę miłością pokonuj.
piątek, 4 października 2024
Le Procès / Proces (1962) - Orson Welles
Uwaga nadrzędna brzmi - jeżeli człowieku oryginału w postaci kafkowskiej prozy nie czytałeś, to zapewne pogubiony w surrealizmie i metaforyce zaadaptowanych na potrzebę filmu scen bezsprzecznie pozostaniesz. Zatem jeśli zabierasz się za taką wymagającą sztukę filmową, potrzeba Ci tak skupienia podczas seansu (oj nie jest łatwo), jak i aby owo uzyskać fundamentu w postaci pasji także do klasycznej literatury. Ja jej w wystarczającym stopniu nawet dzisiaj nie posiadam, ani tym bardziej za nieco starszego smarkacza nie znalazłem czasu aby w oryginał się wgryzać, stąd dla mnie seans z interpretacją Orsona Wellesa był doświadczeniem z pogranicza intrygującej męczarni i jeśli oceniać jego pracę z punktu widzenia poziomu do zanurzenia się w książce zachęcenia, to wypadł blado. Ten statystyczny człowiek w obliczu sądowej machiny w osobie Anthony’ego Perkinsa także nie wywarł na mnie jakiegoś gigantycznego wrażenia, a jego zmagania niemal absolutnie nie wywołały we mnie emocjonalnych uniesień, więc proszę wybaczyć, lecz wówczas trudno o wysoki poziom zaangażowania, kiedy główny bohater poniekąd obojętny. Mnie jako osobę bez wiedzy książkowej i jak widać odporną na dramatyzm przedstawionej sytuacji, w znaczeniu braku obciążenia uznanym oryginałem czy wystarczającą empatią „orsonowski” koncept merytoryczny wymęczył. Oceniając teraz maksymalnie subiektywnie mogę napisać jednak, że mnie zassał zasadniczo on wyłącznie wizualnie, a dokładnie najbardziej wybrane do obsady kobiece gwiazdy ówczesne i tegoż konceptu architektoniczny sznyt. Trudno mi też jednak mocno przyczepić się na przykład do gry aktorskiej, choć ona w scenografię niczym kukła wbita i nawet jeśli nie przepadam za tonem z nabraną do płuc przesadną ilością powietrza, to zgrzytać zębami nie zgrzytałem. Drogie piękne Panie to swoją drogą i w sumie bardziej na nie patrzyłem niż ich słuchałem, natomiast Perkins w roli Józefa K. zapewne był taki jakiego od niego Welles oczekiwał, a że chłodna i sztywna zarazem poza w jego filmach jest charakterystyczna, to efekt jest właśnie taki bardzo sceniczny. Podsumowując już - bowiem nie ma konieczności po raz milionowy analizować treści, tym bardziej w kontekście wspomnianego braku znajomości fundamentu, dodając iż trudno oddać zapewne było atmosferę oryginału (znający się na Kafce podkreślają!), tym samym uważam bez porównania opiniować o efekcie przez pryzmat oddania ducha jego oryginalnej prozy. Odrobinę wstyd mi teraz własnego, w pełni już świadomego literackiego zaniedbania i obiecuje sobie, iż jeśli jeszcze kiedykolwiek zdecyduję się wejść w świat kinowej adaptacji klasycznego, a przede wszystkim mocno wymagającego intelektualnie dzieła literackiego, to jeśli nie przebije się wcześniej przez oryginał, to chociaż drobiazgowo przestudiuję jedno z jego dostępnych fachowych opracowań. To może nie zmieni sytuacji z doświadczeniem jego ducha, ale z pewnością da mi poczucie uczciwego podejścia do kwestii wymaganej w nawet quasi recenzjach analizy treści. :)