wtorek, 8 grudnia 2015

Tiamat - Wildhoney (1994)




Dzisiaj w tej współczesnej odsłonie Tiamat nie znajduje się w orbicie moich zainteresowań. Nie jest to spowodowane jakością nagrywanych płyt bo zwyczajnie kilku ostatnich albumów to nawet nie słyszałem. Może jest to mój błąd i tracę kawał dobrej muzy z lenistwa, a może ta moja ignorancja tylko na dobre wychodzi bo w mojej pamięci Tiamat pozostaje kapelą o której mówiąc czy pisząc, robię to wyłącznie przez pryzmat takich klejnotów jak Clouds czy właśnie Wildhoney. Faktem jest, że sprawdzając dorobek z ostatniej dekady mocno bym zaryzykował, zatem póki przekonującej rekomendacji z kompetentnych źródeł nie otrzymam to tego ryzyka nie podejmę i w mojej pamięci ekipa Johana Edlunda nadal kojarzona będzie ze znakomitym dorobkiem z pierwszej pięciolatki lat dziewięćdziesiątych i co najmniej dobrym, a z pewnością odważnym z kolejnych kilku lat. W miejscu nie stali, każda następna płyta była względem poprzedniczki inna i przez czas dłuższy ta modyfikacja miała wymiar rozwojowy. Chociaż pisząc o Wildhoney jasno daje do zrozumienia, że w mojej opinii było to opus magnum w ich dyskografii to absolutnie, szczególnie A Deeper Kind of Slumber z perspektywy czasu nie uznaje za dzieło jakościowo wątpliwe. Różnica między nimi leży nie tylko w ogromnym sentymencie jakim darzę Wildhoney ale przede wszystkim wiąże się z tajemną magią jaka krążek z 1994 roku spowija. To coś trudnego do ujęcia w słowach, możliwego do doświadczenia tylko tym co podatni na ten rodzaj dźwiękowej wrażliwości. Mnie to uczucie nadal bliskie i uległość w stosunku do tego rodzaju estetyki nie obca, choć ograniczona jedynie do kilku pełnoletnich już krążków. Klimat w jakim Wildhoney zatopiony to szczególna mikstura ciężaru mozolnego riffu i ulotnych onirycznych nastrojów generowanych przez instrumenty klawiszowe, osobliwe efekty i z intuicją dozowaną ciszę. Misternie tkana, pełna przestrzeni konstrukcja dominuje, rozlewając się swobodnie w otwartą formę w której to emocje wyznaczają zakres tego co stosowne. To rodzaj malowania dźwiękiem finezyjnych, plastycznych kompozycji i uzyskiwania tym zabiegiem efektu duchowego oczyszczenia. Wespół ze spójną zawartością muzyczną idzie też detalicznie przemyślana filozofia graficzna z paletą odcieni czerwieni, żółci i czerni idealnie wpisując się w koncept. Każdy z utworów z osobna jak i w ujęciu komplementarnym, przesiąknięty jest intrygująco zjawiskową aurą z odpowiednio intensywną dozą tajemnicy w poetyckiej formule tekstów. Hipnotyzuje i uzależnia melancholią, ekscytująco rozbudza pasję, pieści kołysząc zwiewną melodią i przytłacza masywnym riffem - bawi się subtelnymi kontrastami utrzymując napięcie. Wykorzystuje rozwiązania praktykowane w rocku progresywnym i przenosi je na grunt metalowy.  W tym kontekście określanie swego czasu Tiamat metalowym Pink Floyd nie wydaje się nawet i dzisiaj na wyrost. To najwyższej jakości wytrawna porcja artystycznej  strawy dla duszy.

P.S. Bez komentarza pozostawię dziwaczne zachowania Edlunda, które w sieci sam umieszcza - jego obłęd jego sprawa. Nie zachęca jednak ten stan psychiczny do zapoznania się z jego obecnym twórczym dorobkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj